Wyznam wam tajemnicę. Nikomu o tym nie mówiłem do tej pory. No może raz na starym, blogu, ale to było dawno i nieprawda (raz to nie zdrada,jak się nie jest do końca z kimś to nie zdrada, jak się włoży sam koniuszek to nie zdrada, na wczasach to nie zdrada a raz w dupę to nie gej).

Gotowi?

23 lata temu z trudnością dostałem się do liceum.

Wychowawczyni z podstawówki zrobiła nam darmowe korepetycje z matmy. Dla wszystkich w klasie. Przyszło nas trzech. Matę na egzaminie do liceum zdałem na pięć. Ale z polskiego to była zupełnie inna historia. Dostałem temat, który teoretycznie podpasował mi jak żaden inny.

„Mój ulubiony bohater literacki.”

Po raz pierwszy zachowałem się jak koniunkturalista. Zamiast opisywać jednego twardziela ze „Złote rendez-vous” Alistera Mcleana, który faktycznie robił na mnie wrażenie, bo prał wszystkich po ryju i dupczył naprawdę niezłe dzidy wziąłem się za rozbiór bohaterów lektur narodowych.

Mickiewicz.

Słowacki.

Kurwa może nawet ten jebany nudziarz Żeromski.

Powinienem chociaż napisać, że „Siłaczka” to książka o tym, że jak jesteś młody to jesteś głupi.

A tak? Wyszedł paw i trzy na szynach. Wtedy zrozumiałem, że nie należy robić rzeczy do których się nie ma przekonania. Powiedzmy kurwa szczerze: do liceum przyjęto mnie tylko z litości.

Najlepszym uczniem w podstawówce, był z kolei mój najlepszy przyjaciel Maciuś. Później drogi nam się rozeszły. Tak, czułem się przez moment jakby mnie dupa rzuciła. Żałuję do dziś. Ale nie jesteś w stanie kogoś zmusić do przyjaźni. Nie jesteś w stanie zmusić, aby ktoś cię lubił.

Szczerze go podziwiałem.

Jeśli można o kimś powiedzieć w tamtych czasach, że miał szczęście to właśnie o nim. Splot korzystnej genetyki doładowany większą ilością banknotów PLN. Był bystry i błyskotliwy. Jego brat był marynarzem, pływał po morzach i oceanach co w czasach realnego socjalizmu oznaczało, że był jeśli nie Bogiem to kimś dość w pobliżu.

Nauczyciele wiedzieli, czuli, że Maciuś jest przeznaczony do rzeczy większych. Że zostanie lekarzem, albo sędzią a w najgorszym przypadku przynajmniej radcą prawnym albo dobrym adwokatem.

Skazany na sukces? Tak, Maciuś był skazany na sukces. Jego rodzice byli zamożni. Jeździli nowym zagranicznym samochodem w czasach, kiedy większość społeczeństwa marzyła o maluchu. Owszem były pewne zgrzyty. Pamiętam dzień kiedy nasza wychowawczyni zrobiła jakąś klasówkę z polskiego, a Maciuś siedząc przez dwie godziny lekcyjne napisał tylko dwa zdania.

Były to całkiem niezłe zdania, ale nie był w stanie wydusić z siebie więcej. Zapytałem go dlaczego. Powiedział mi, że po prostu nie widział co ma napisać. Chciał oddać dzieło doskonałe. Nie napisał więc nic, albo prawie nic. W miarę upływu czasu ta tendencja mu się nasilała. Coraz częściej oddawał puste kartki.

Już nie był najlepszy, choć dzięki renomie wyrobionej we wcześniej ciągle był w czołówce. Nieźle zdał egzaminy do liceum.

Jego rodzice kupili dwa duże po 100 m kw. apartamenty w mieście i wybudowali dom. Jedno mieszkanie dali Maciusiowi, drugie jego bratu, sami przenieśli się do domu. Maciuś skończył liceum z takim sobie wynikiem. Jego matka była przygnębiona. Czuła, że coś jest nie tak. Brat Maciusia był przecież prymusem.

Kiedy wszyscy już położyli na nim laskę, Maciuś ich znokautował dostając się na studia. Na prawo. Na dwie uczelnie. Na obie na które zdawał egzaminy. Jak się okazało, był to przypadek konia, który spada z Empire State Building. Koń kiedy uderza z łomotem o ziemię, też się od niej na moment odbija.

Maciuś owszem studiował. Długo. Wyrzucili go z dziennych, później wieczorowych z trudem walczył o pozostanie na zaocznych. Prawo jest kierunkiem, które wymaga zajebistej systematyczności. Dostajesz cztery książki po 300 stron i masz miesiąc aby nauczyć się ich na pamięć.

Skończyłem studia, kiedy Maciuś ciągle był na drugim roku. Pojawiał się coraz rzadziej w moich albumach foto. Az gdy skończyłem jakieś 27 lat zniknął z nich  całkowicie nie dożywając w moich wspomnieniach ery cyfrowej i Facebooka. 

Wszystko się kończy. Przyjaźnie z dzieciństwa też.

Minęło kilka lat. Przyjechałem do domu, rozebrałem się a moja matka zadała mi pytanie czy nie chciałoby mi się napisać pracy magisterskiej dla Maciusia. Szczeka mi opadła prosto na sznycel po wiedeńsku.

Jego matka spotkała moją matkę na mieście i poprosiła o taką przysługę. Bała się, że jej syn sobie z tym nie poradzi.

 Odmówiłem. Zwyczajnie byłem zajęty. Poczułem jednak – to brzydkie wiem, ale nie byłem w stanie nad tym wtedy zapanować – satysfakcję. Dzikie, próżne uczucie na zasadzie: a chuj ci w dupę, przyszedłeś jednak w łachę. W tej samej chwili jednak zrozumiałem, że popełniam błąd. I zrobiło mi się wstyd.

On nigdy by mnie o to nie poprosił.

Był dumny jak Grek. Uważał za gorszego, a osiągnąłem więcej od niego.

Byłem więc żywym dowodem, jego porażki. On mając w ręku wszystkie możliwe zasoby, mając sięgnąć po wszystko, mając w zasięgu ręki cały świat – nie zrobił tego. Może nawet nie było mu dane zrozumieć czego właściwie chce. Ja mając połowę tego co on – wyprzedziłem go, przynajmniej w tej kategorii, którą ludzie biorą za życiowy sukces.

Dlaczego mi się udało a jemu nie? Przyjmując oczywiście radosne założenie, że mi się udało.

Co jest potrzebne aby osiągnąć sukces?

Pieniądze?

Kasa to żywioł. Łatwo mówić, że pieniądze są niepotrzebne jak się je ma. Ludzie cierpią nie dlatego, że nie mogą sobie kupić tego całego gówna, które w rzeczywistości nie jest im do niczego potrzebne, ale dlatego że inni mogą sobie na to gówno pozwolić.

Ale ja zaczynałem od zera. I znam też takich, którzy również zaczynali od zera, są w moim wieku i mają teraz dziesiątki milionów.

Fizyczna atrakcyjność? Zgrabna dupa? Uroda to dobra rzecz. Może nie zostaniesz prezydentem USA, jeśli nie masz przynajmniej 1,80 wzrostu (Clinton – 188, Obama – 1,85, W. Bush – 1,82, H.W. Bush 1,88).  

Ale wiesz kto to jest Peter Dinklage? To koleś, który ma 135 cm, jest brzydki jak kupa a marzą o nim kobiety na całym świecie, śliniąc się na jego widok. Dinklage gra Tyriona Lannistera w serialu “Gra o Tron”.

Inteligencja? Oczywiście jeśli myślisz wolniej jest trudniej. Ale od pewnego poziomu intelektu szanse się wyrównują.

Tak naprawdę nie jest potrzeba ci fizyczna atrakcyjność, inteligencja, kasa, znajomość psychologii społecznej.

A co jest potrzebne?

Wytrwałość.

Nie przez tydzień, miesiąc czy rok. To sytuacja kiedy budzisz się rano, i masz robić pompki i ma być ich 50 i naprawdę nie masz siły ale robisz te 50 pompek. A następnego dnia budzisz się rano i mówisz zdechnę ale zrobię 51 pompek.

Talent nie oznacza wytrwałości

Znam niewiarygodnie piękne, inteligentne kobiety, które mogłyby osiągnąć wszystko. I przez tydzień nie palą, przez dwa tygodnie się nie puszczają, przez miesiąc ciężko pracują – ale później odpuszczają.

Brakuje im wytrwałości.

Znam ludzi, którzy są ode mnie lepsi we wszystkich aspektach. Są bardziej błyskotliwi, lepiej piszą, mają lepsze pomysły.

Mój kumpel założył z 16 blogów. Kiedy jednego z nich poprowadził systematycznie przez rok, zrobiono z jego historii sztukę teatralną. Energii jednak zazwyczaj starczało mu na jakieś trzy miesiące. Po czym się poddawał. Cały czas ma potencjał aby mnie przebić.

Ale to nie chodzi o potencjał.

To chodzi o efekt.

Do sukcesu prowadzi pozornie prosta droga. Składa się z pięciu elementów, stojących razem niczym orkiestra na wiejskim weselu pełnym kiczu, tipsów, wódki, niewygodnych butów (a na koniec ktoś kogoś i tak bzyknie gdzieś na zapleczu).

pasja – jeśli robisz coś z miłości pieniądze i tak przyjdą.

praca – zapierdalasz i się przy tym dobrze bawisz.

świadomość uciekającego czasu. Kiedy ludzie naprawdę zaczynają żyć? Kiedy mierzą się ze śmiercią.

Potrzebny jest też kop w dupę we właściwym momencie – matka, przyjaciele, nieznajomi, ludzie, którzy są w stanie cię zainspirować. Bo w pewnym momencie każdy ma wątpliwości. I wtedy potrzebna jest osoba, która lśniącym czubkiem buta strzeli cię prosto w rów.

Tak, tak zgubiłem piąty element. Ten piąty to: chęć nieustannego rozwoju. Nasze życie ma to do siebie, ze w pewnym momencie się zatrzymuje. Brakuje nam celu. Jest kobieta albo mężczyzna u boku, jest mieszkanie albo dom, jest dużo chińskich elektronicznych zabawek, jest dziecko albo dzieci i co dalej?

A chodzi o to aby cały czas szukać. Nowych doznań, nowej wiedzy, nowych przyjemności. Z dziecięcą ciekawością świata.

Masz 40 lat i całe życie chciałaś się uczyć hiszpańskiego? Zrób to.

Chcesz skończysz szkołę? Do dzieła.

Chcesz przejechać Stany w kabriolecie ze Wschodu na Zachód? Zbieraj kasę.

I ta druga osoba, która z nami jest musi nas do tego zachęcać. Musi nas napędzać abyśmy byli lepszymi ludźmi. Abyśmy starali się bardziej. Inaczej sens naszego istnienia sprowadza się do podbijania magnetycznej karty przy wejściu do biurowca, zwanego Mordorem.

Mojemu przyjacielowi z dzieciństwa zwyczajnie zabrakło wytrwałości.

Życzę ci stary druhu abyś ją odnalazł. Nigdy nie jest za późno. 

4602805654_db8b6569fb_b

Photo by Chris Devers/CC Flickr.com

Inspiracje:

Cytat „raz to nie zdrada. jak się nie jest do końca z kimś to nie zdrada, jak się włoży sam koniuszek to nie zdrada, na wczasach to nie zdrada” – pochodzi z flimu „Porno” Marka Koterskiego.

44 uwagi do wpisu “Historia, mojego kumpla która wam pokaże że można mieć wszystko a i tak nie odnieść sukcesu

  1. Bardzo dobry tekst na temat tego, jak osiągnąć sukces, jak dojść do celu. Z mojego punktu widzenia to praca, odwaga, wytrwałość, czasem bezczelna pewność siebie, czasem odpuszczenie na chwilę-tak by za moment znowu spróbować, to masa porażek i masa sukcesów…a przede wszystkim wiara w siebie, w swoje możliwości i otaczanie się ludźmi, którzy napędzają, motywują i pomagają wzrastać.
    Czasami ma się to szczęście, że dostaje się od matki natury pakiet: uroda, intelekt i osobowość:)

    Liked by 1 osoba

    1. Ten wpis mi przypomniał słowa wypowiedziane przez Steve’a Jobsa (skopiuję większy kawałek, bo kojarzyłem tylko końcówkę). Zajebiście ujęte.
      „Sometimes life hits you in the head with a brick. Don’t lose faith. I’m convinced that the only thing that kept me going was that I loved what I did. You’ve got to find what you love. And that is as true for your work as it is for your lovers. Your work is going to fill a large part of your life, and the only way to be truly satisfied is to do what you believe is great work. And the only way to do great work is to love what you do. If you haven’t found it yet, keep looking. Don’t settle.”

      Lubię

      1. Dużo już w tym wątku zostało powiedziane, w tym część bardzo trafnie, ale to – to jest akurat przykład na TOTALNY BULLSHIT!
        Tak się niestety składa, że znam sporo ludzi którzy kochają to co robią. I w większości przypadków dokładnie z tego powodu cierpią w różnym matężeniu. W jednym przypadku cierpi otoczenie „lovera”, chocon sam jest w swoim niebie a w jednym jest super – bo jak szóstka w lotto oto trafiło się że przedmiot miłości, czyli zajęcie – jest przypadkiem do tego dochodowe, akceptowane przez otoczenie i niewyniszczające 😉

        Kariery, przebieg życia, milestones, wypowiedzi, książki tzw. ludzi sukcesu były analizowane przez całe rzesze próbujących powtórzyć, odtworzyć, znaleźć prawidłowość.
        Dobra wiadomość jest taka, że znakomita większość znalazła tę samą prawidłowość, zła jest taka, że „odkryliśmy że nie ma żadnej prawidłowości”.

        To o czym mowa w tym wątku, czyli wytrwałość w dążeniu do celu, to warunek konieczny. I absolutnie niczego nie gwarantuje. Wytrwałość gwarantuje tylko zużycie w specyficzny sposób.
        W ogóle nie ma żadnej gwarancji na coś tak kapryśnego jak sukces. Samych rodzajów sukcesu jest wiele, ale zapewne większość tutaj rozumie go jako coś w stylu „zarobić mnóstwo kasy, być sławnym, szanowanym, cytowanym, być obiektem podziwu”.

        Pomijając że tylko niektórzy w ogóle chcą takiego sukcesu(bo na przykład tak definiowany – dla mnie, biorąc pod uwagę cenę jaką za to trzeba zapłacić – to wyobrażenie koszmaru. Jestem introwertykiem), to aby go osiągnąć – trzeba wytrwałości, jasne, trzeba dobrze zdefiniować cel, oczywiste, ale do tego trzeba mieć zwyczajnie szczęście w losowaniu. Kilku losowaniach.

        Trzeba być ekstrawertykiem o sporych zdolnościach interpersonalnych. Można je szkolić, podkręcić, nie można ich stworzyć. Trzeba mieć zdolność do wyrzeczeń. Raczej wrodzone niż nabyte. Trzeba mieć predyspozycje a najlepiej realny talent i pewnie trzeba przy okazji ileś tam razy znaleźć się we właściwym miejscu i czasie. Czasem to będzie czyjeś łóżko, więc i wygląd dobrze mieć. Też z genów(ale można podkręcić 🙂

        Wiele rzeczy trzeba, wiele trzeba poświęcić. Wygrywa jeden na stu. Chętni na start. TERAZ 😉
        Chyba jesteście zdeterminowani, no nie? 🙂

        a dlaczego Jobs to bullshit?
        Jest wiele zaburzeń poznawczych, jednym z popularniejszych jest „błąd retrospekcji” gdy patrząc wstecz po sukcesie nie widzimy pasma zdarzeń(z czego wiele było kompletnie przypadkowych) tylko wybieramy jedno-dwa zdarzenia i jakąś decyzję albo pomysł(często wymyślone) aby uprawdopodobnić „tak, to ja od początku do końca tak to zrobiłem”.
        Mnóstwo ludzi odnosi sukces, w tym wielu własnymi siłami. Rowling na przykład. Robiąc to co lubią.

        Jobs po prostu był szefem zespołu który wyprodukował coś co się sprzedało.
        Jego przykład jest „przedęty”.

        Lubię

  2. Panie Piotrze! Za 2 miesiące i 15 dni skończę 20 lat. Jestem po 1 roku studiów dziennych. Kierunek:dziennikarstwo. Pochodzę z małej miejscowości i odkąd pamiętam wmawiałam sobie,że gdy wyjadę na studia będzie lepiej. Inaczej. Zrealizuję swoje pasje. Znajdę sobie pracę. Będę się rozwijać i poszerzę horyzonty. Słowem-ogarnę się życiowo i będę szczęśliwym człowiekiem. Studia dziennikarskie nie były moim marzeniem w przeciwieństwie do fotografii,którą pasjonuję się od czasów szkoły podstawowej. Jednak bojąc się wybić spod presji ambicji rodziców : „co z fotografii będziesz miała” , „to tylko zainteresowanie”,”to bez przyszłości”,”skup się na maturze” itp wybrałam półśrodek. Dziennikarstwo? W sumie to lubię pisać,w sumie to głównie jak jest mi źle ale przecież ten kierunek niejako łączy się z fotografią…i Warszawa-mam tam znajomych,przyjaciół i trochę rodziny-nie będę sama a w dodatku miasto hiper mi się podoba. Okej-myślałam-wilk syty i owca cała. Pierwszy semestr był okej-młodzi ćwiczeniowcy,którzy szli z duchem czasu nie zatracając jednak poziomu intelektualnego w styczności ze świeżakami skutecznie potrafili zainteresować,przemówić,konstruktywnie wytknąć błędy. I pomimo miliona przedmiotów,które mnie zupełnie nie interesowały chciało się wstawać i chciało się wierzyć,że oto się rozwijam i może faktycznie coś z tego będzie. W drugim semestrze jednak przyszło mi się zmierzyć z rzeczywistością: ważna jest obecność a nie umiejętności,gadanie byleby gadać plusuje a wykładowca może po Tobie jeździć jak po łysej kobyle,bo tak. Musiałam robić rzeczy kompletnie bez sensu ,a kiedy próbowałam przedstawić własne zdanie oceny jakimś dziwnym trafem leciały w dół-moje poglądy nie były zgodne z poglądami wykładowcy. Jestem raczej outsiderem i mam przypadłość Pana kolegi. Uważam,że albo się coś zrobi porządnie albo lepiej w ogóle tego nie robić. I tak z artykułów,których temat mogłam wybrać sobie sama miałam 5 natomiast z tych narzuconych odgórnie 3,a nawet 2- „Wie Pani…coś w tym artykule mi się strasznie nie podobało” mówił ćwiczeniowiec stawiając mi na koniec 3 z ocen 5,4,4,5,2. To wyrobiło we mnie przekonanie,że nie warto. Nie warto się starać,bo przeciętniacy mają 5 za samą obecność,choć noszą t-shirty z Ramones,bo są ładne i są z H&Mu. Nie warto się starać ,bo może Pan/Pani doktor ma dziś zły humor i jest przekonany/a,że jego pozycja jest równa Bogu a mądrość niepodważalna i nieograniczona. Nie warto,bo czego byś nie robił tak na prawdę każdy na to leje-bo może.Przestałam więc robić cokolwiek i…. oceny miałam praktycznie takie same jak w pierwszym semestrze. Zrozumiałam,że w życiu nie można chodzić półdrogami i kierować się półśrodkami,bo nic z tego nie będzie. Zrozumiałam jaki popełniłam błąd kierując się zdaniem rodziców. Zrozumiałam,że albo wszystko albo nic a szklanka albo jest pełna albo pusta-nie do połowy. Jednak pomimo tego ciężko było mi zdobyć w sobie motywację,by przedsięwziąć cokolwiek. To przekonanie wyniesione ze studiów chyba osiadło mi na stałe gdzieś w psychice. Aparat kurzy się na półce,platformy blogowe świecą pustkami a oferty pracy przelatują mi przez palce,bo po co próbować skoro szanse marne i tak każdy ma to w d*pie a w tymczasie mogę sobie pospać. Tak to obecnie u mnie wygląda. Panie Piotrze,dziękuję za ten wpis. To pierwsza rzecz od miesięcy,która coś we mnie ruszyła-jakąś motywację do zrobienia czegoś. Do wstania z łóżka. Będę do tego wpisu wracać w chwilach gorszego zwątpienia ;-)! Pozdrawiam.

    Liked by 1 osoba

  3. Wytrwałość miał bym tu wątpliwości co do użycia tego słowa
    Wytrwałość tak ale mądra czyli zapewne przemyślana albo przypadkowa (czyli ktoś ma po prostu szczęście). Jest takie powiedzenie o rolniku który co roku orał pole ale nie siał czyli nic nie zbierał. To tak jak z talentem można rzeźbić cudowne rzeczy ale jak nie umiesz tego sprzedać i tak nie będziesz nikim więc wytrwałość to zdecydowanie za mało, pasja to za mało i praca również za mało. Musi być to coś co łączy to wszystko w kupę. życie jest jak puzzle jak masz wszystkie elementy to stopniowo je układasz a jak brakuje to choćbyś siedział dniami i latami nie spasujesz ich, czasami brakuje tej osoby z zewnątrz która brakujące elementy dostrzeże ale to trzeba mieć szczęście aby trafić na taka osobę.Dlatego nie zapominajmy o charakterze, osobowość, środowisku w którym się wychowaliśmy.

    Liked by 1 osoba

  4. Alistar MacLean to byl pisarz. Zlote rendez-vous, Tylko dla Orlow, Dziala Nawarony, Lalka na lancuchu i wiele innych jego ksiazek towarzyszylo mi kiedy dorastalem i zastanawialem sie co zrobic zeby bzyknac. Alistar MacLean sugerowal: badz obojetny

    Zadzialalo 😀

    Lubię

  5. To, co napisałeś także. Ale jeszcze coś: „Wilki muszą być głodne”. Musi Ci się zajebiście chcieć.
    Dwa kejsy:
    Pierwszy: Najczęściej (nie zawsze, wyjątki większość wymienia z pamięci) ludziom, którzy zbudowali firmy, skeszowali się na giełdzie lub u inwestora, bardzo trudno powtórzyć taki sukces. A kiedy chodzi o grupę zdolnych menadżerów – to jest jeszcze trudniej. Kiedy nie masz nic – jesteś cholernie żądny sukcesu. A kiedy już go osiągnąłeś – znasz ryzyko, wiesz, jak bardzo trzeba zapierdalać. A z drugiej strony masz kaskę na podróże, gadżety, przyjemności. To po co ryzykować? Życie ucieka? Jak wilki nie są głodne, to nie polują. Tak się wyjaśnia na przykład znaczne obniżenie jakości zarządzania w Agorze po jej wejściu na giełdę.

    I drugi kejs: Słowa Kirka Douglasa o swoim synu – Michaelu (obaj są znani z cholernej pracowitości i wytrwałości). Kirk mówił o swoim synu, że go podziwia. Bo już ma wszystko – kasę, wykształcenie. On sam (Kirk) był dzieckiem imigrantów, analfabetów, przybyszów z Europy Środkowo-Wschodniej. Musiał, strasznie zapierdalać, żeby osiągnąć cokolwiek. I zrobił to. Zapewnił znakomite wykształcenie swoim dzieciom, wspomógł kasą. I powtarzał, że Michael nie musiał tego robić, więc go podziwia, że mu się chce.

    Wracając do Twojego kumpla z podstawówki – gdyby mi rodzice kupili 100 metrowy apartament na początku studiów, gdybym wiedział, że mi zawsze dadzą na jedzenie, ciuchy, wódę i fajki, też by mi się nie chciało. Ani studiować, ale tracić czasu na inne rzeczy poza konsumpcją…

    Liked by 2 people

  6. Panie Ikea, ja rozumiem metafory, licencia poetica itpd., ale w „Złotym rendez-vous”, które jest jedną z moich ulubionych książek McLeana, naprawdę nie ma żadnego mięśniaka, który rozwala wszystkich i dupczy laski, tylko pierwszy oficer, który bohaterem zostaje raczej z przypadku, a złych pokonuje dzięki pomyślunkowi…

    Lubię

  7. Autorze drogi gdzie się podziała Twoja wytrwałość w serwowaniu czytelnikom historii Olgi, Marlenki, Lisic, Blondyny… tudzież innych?
    Jesteś im to winien – bo to o nich historie utrzymały ten blog. I winien jesteś to ludziom. Z tych samych powodów.

    Lubię

  8. Uproszczona analiza sytuacji z tego postu trąci infantylizmem i raczej nikomu się nie przysłuży. Opisane tu wykolejenie, o którym mowa ma zwykle zbyt głębiej sięgające przyczyny niż „brak wytrwałości”.

    Lubię

  9. U mnie, tylko zaczęło się podobnie……wymarzone liceum, do którego na wstępnych egzaminach: piątka z matmy i trzy plus z polskiego. Zabrakło mi pół punktu żeby się dostać. Zawiedziona, smutna i obrażona na cały świat wyjechałam na wakacje, pozostawiając matce wybór szkoły do której miałam chodzić przez następne cztery lata. Na marginesie, szkoła przez nią wybrana była porażką – nowo utworzone liceum przy zespole szkół mleczarskich ( teraz, to wywołuje we mnie salwy śmiechu, aczkolwiek wtedy do śmiechu mi nie było ). W tym momencie rodzicielka nie umiejąc sama rozmawiać ze mną, powinna była zaprowadzić mnie do psychologa ( choć pewna do końca nie jestem, czy w latach 90 porady psychologiczne były dostępne dla plebsu :))) Zostawiona sama sobie, wkurzona, obrażona, od tego momentu zaczęłam wszystko olewać…. Mam kilka lat więcej i dopiero teraz zaczynam ogarniać o co w tym wszystkim chodzi. Nadrabiam stracony czas.
    Peter, wszystkie twoje teksty łykam jak czapla ryby, chociaż rzeczywiście ten jest wyjątkowy – fragmenty ważne dla mnie powiesiłam na ścianie 🙂 żeby pamiętać, kiedy ponownie dopadnie mnie coś w stylu : „pier…..ę wszystko” .

    Lubię

  10. Dobrze napisane… slodko- gorzko, cynicznie no i te nlperskie wstawki o sukcesie ! Ho ho.
    Jasne, ze nie wszystkim sie spodoba, ale ale tak to juz jest.
    A ja tam na szczescie nigdy z Mordorem nie romansowalem, ani nie zamierzam.
    A mam teraz cykady za oknem i papugi.

    Lubię

  11. Alistar zajebiście to podsumował:

    Jeśli pragniesz sukcesu tak bardzo jak pragniesz oddychać, kiedy brak Ci powietrza, wtedy osiągniesz cel.

    J. K. Rowling – autorka „Harrego Pottera” została odrzucona w 12 wydawnictwach, które twierdziły, że jej rękopisy są kiepskie. Michael Jordan spudłował ponad 9 tysięcy razy i przegrał ponad 300 meczy. Thomas Edison próbował ponad 10 tysięcy razy.

    Z tymi pompkami jest fajny przykład. Jedna pompka dziennie więcej, pięć sekund dłużej biegania co drugi dzień, wstawanie codziennie wcześniej o jedną minutę, jeden subskrybent bloga dziennie – małymi krokami da się osiągnąć niesamowite rezultaty.

    Lubię

  12. Wyznam wam tajemnicę. Nikomu o tym nie mówiłem do tej pory. No może raz na starym, blogu. hahahha

    Czy tylko ja mam wrażenie, że autor jest idiotą i żyje w internecie? 😀 zna dziesiątki multimilionerów, tysiące puszczalskich panien (wszystkie są puszczalskie wg niego) i setki bezdomnych. pierdole… brednie

    Lubię

  13. Gratuluje sukcesu, jakikolwiek by on nie był.
    Masz racje Wytrwałość się liczy a to z kolei wiąże z motywacją.
    U mnie jej zabrakło, była do puki się nie wypaliłem, a stało się to szybko w wieku 21 lat tuż po wielkim porzuceniu polibudy warszawskiej.

    W skrócie wyglądało to tak.

    „Szykujesz się na podróż życia, masz mały ale piękny jacht, właściwie to łódź ale rodzice
    poświęcili wszystko na tą podróż wiec dla ciebie jest wypasiona. Zresztą dotychczas największy zbiornikiem była żwirownia u wujka na wsi.
    Masz zrobione zapasy, mapę, plan docelowych przystani, cele. Na start już w porcie dostajesz zajebisty wiatr jest ok płyniesz wież dokąd zmierzasz. Czujesz że nic cię już nie powstrzyma. Przez rok wszystko jest pod kontrolą odwiedziłeś już kilka zaplanowanych przystani, i zrealizowałeś mniejsze cele. Coś cię jednak niepokoi od kilku miesięcy wszędzie ciemne chmury, nie widać gwiazd. Masz problemy z nawigacją ale dajesz rade. Zrywa się sztorm, jesteś przygotowany. Walczysz 3 dni potem tydzień zamienił o się to w 3 miesiące. Dajesz za wygraną, przykrywasz się brezentem zamykasz oczy. Po pewnym czasie budzisz się na środku oceanu. Bez nawigacji, mapa zniknęła, gwiazd ciągle nie widać codziennie pochmurno, kompletnie nie wiesz gdzie jesteś. Dokąd zmierzać? Dookoła mgła czasem opada wtedy Próbujesz różnych kierunków myślisz ze już jesteś na właściwej drodze. ale wracasz w poprzednie miejsce nie możesz się wydostać niczym w trójkącie bermudzkim.
    Mijają dni tygodnie lata. Masz już 10 ty rok twojej podróży, a właściwie to walki, wyczerpałeś wszystkie możliwe plany, nie liczysz już na cud, ani pomoc. Jesteś zdany tylko na siebie i ocean. Łódź zaczyna ci się sypać, wymaga remontu. Codziennie zero wiatru, wokół tylko bezszelestna tafla wody, dryfujesz zapasy żywność się kończyła przetrwasz góra może 3-6 mc. Straciłeś kompletnie orientacje dokąd teraz, Brzegu nie widać, jesteś sam, było zainwestować w silnik albo wiosła a nie żagiel, z którego właściwie zostały tylko strzępy.”

    Naprawdę zabrakło mi wytrwałości 10 lat bez żadnych wskazówek i pomocy mnie przerosło.
    Najgorzej jest wtedy kiedy wyczerpiesz wszystkie zasoby, fundusze, wiarę, pomysły.
    Myślę że mój problem polegał na tym ze nie zainwestowałem wcześniej w relacje i
    większość czasu spędziłem w samotności nie mając nigdy drugiej połowy.
    Sprawdza się tu powiedzenie „Samemu możesz iść szybciej ale we dwójkę dojdziesz dalej”.
    O wiele dalej! Sukces to pojęcie względne ważne czy jesteś w nim szczęśliwy. Kiedyś spotkałem bezdomnego dziękował Bogu za każdy dzień za to że miał gdzie spać i co jeść, znalazł kawał nadgryzionego zestawu z restauracji a spał aż 4 h bo koty nie dawały spokoju. Jego dom to wózek z kilkoma znalezionymi gadżetami ale dla niego to był pałac 6 gwiazdowy.
    Pozdrawiam tych co wyzbyli się ego a poczucia własnej wartości i swojego samopoczucia nie budują ilością i ceną otaczających zabawek, markowych ciuchów, dyplomów super uczelni, sławnych znajomych. Prawdziwym człowiekiem jesteśmy bez tego to zbędna kurtyna i maska.
    Powtórzę jeszcze raz sukces to pojęcie względne, nie kasujmy tych którzy rzekomo go nie mają i dla każdego jest czymś innym. Wydaje ci się że jesteś lepszy? Wydaje ci się że ktoś ma ból dupy? Owszem wydaje ci się ale Tylko po to by utwierdzić swoje ego że jesteś kimś ważnym. Jesteś nikim potrafisz to przyjąć? Jesteś taki sam jak wszyscy przed Bogiem. Każdy ma swoją historię, doświadczenie, lekcje do przerobienia.
    PS. To mój pierwszy post po przeczytaniu Twojej książki, moje refleksje nie są do Ciebie ale do każdego. Zrozumiałem, że sukces to nie wszystko to nie jest nasz cel tu na ziemi, a może nim być rozwój samoświadomości poprzez zbiór doświadczeń.”Niema jednej jedynej właściwej drogi. Jest wiele nieskończonych drug i wszystkie prowadzą do celu. Nawet kiedy zmierzają w przeciwnych kierunkach”

    Liked by 1 osoba

    1. Zapomniałem dodać 10 lat poszukiwań nie poszło na darmo. Samotność dała ten plus ze miałem czas przemyśleć to wszystko. „Poznaj samego siebie a poznasz wszystkie tajemnice Wszechświata…” I dla mnie to jest sukcesem niczego nie żałuje.

      Lubię

  14. Piszę to wszystko dlatego, że mieszkam od niedawna w stolicy i zaniepokoił mnie ten cały ruch pokolenia ikea i ogólnie cały ten warszawo-centryzm. Smuci mnie to, że podlegam ocenie po samym wyglądzie, to czy gość zechce ze mną rozmawiać kiedy mu powiem, że nie jestem po super uczelni i nie mam zajebistej pracy z 8 koła na miesiąc. To, że kobieta zamiast ze mną będzie rozmawiać z gościem w markowych ciuchach pokazując swój pseudo wysoki status. Cała ta pogoń i parcie na karierę, nieustanny brak czasu, szybki przygodni seks bez zobowiązań. O związkach czy dzieciach zapomnij, bo to nie modne teraz ma być tęczowe, mamy wolność bo tak w żydo-tv podali. Że wszystko musi być cool top trendy jazzie czy co tylko inne a język Polski stał się zatracony korpo-polsko-anglo-slangiem. Ale cóż takie czasy efekt multikulti, nadmiaru wyboru, komformizmu i 20 lat życia w neokolonii jakim stał się ten kraj po 89.

    Liked by 1 osoba

    1. „Zrozumiałem, że sukces to nie wszystko to nie jest nasz cel tu na ziemi, a może nim być rozwój samoświadomości poprzez zbiór doświadczeń”.

      A ja z tego wszystkiego co napisałeś, widzę że nie tyle „zrozumiałeś” co kompletnie się pogubiłeś, wyciągnąłeś błędne wnioski z dotychczasowych niepowodzeń i przyjąłeś retorykę „to ONI są wszystkiemu winni”.

      Stosunkowo typowy przebieg stosunkowo nieudanego życia. Nie zrozum mnie źle, z tego co piszesz, to jestem o dobrą dekadę starszy od Ciebie i widziałem(znam) już kilka takich egzemplarzy.
      To jest w miarę standardowe. Błędne założenia dotyczące edukacji,jej przebiegu i skutków, początkowe niepowodzenia na rynku pracy, całość w połączeniu z przekonaniem o niedocenieniu i własnej wyjątkowości(jesteś może jedynakiem?) oraz wpojoną w dzieciństwie naiwną religijnością, w rodzaju „mindfuck” a nie duchowość.

      Coraz częściej spędzasz wieczory siedząc na forum Frondy(albo podobnym) z browarkiem, no, góra czterema i jesteś o krok od zgorzknienia, poczucia wykluczenia i przyjęcia jako fakt – że świat jest zły i rządzony przez potwory a ludzie to debile które nie mają jaj aby temu przeciwdziałać.

      Ja bym zaproponował reset życiowy. Dla siebie, dla rodziny…choćby i przyszłej.
      Ale jak tam sobie wolisz.
      Ja mam podejście wolnościowe, i uważam że każdy ma prawo spierdolić sobie życie w dowolny, wybrany przez siebie sposób 🙂

      Lubię

    2. Syriuszu,

      Rozni sa ludzie w Warszawie. Sadzac po tekscie o „zydo-tv” to raczej wolisz obwiniac innych za swoje niepowodzenia.

      Moja porada jest taka, ze srodowisk tu jest multum. Mozesz isc do Jazdowa i spotkasz tam ludzi, ktorzy zajmuja sie pszczolami i gdzies maja jakie masz ciuchy. Mozesz isc na crossfit i bedzie tak samo. Mozesz wreszcie isc do Syreniego i spotkac korpo zolnierzy.

      Warszawa, w przeciwienstwie do wielu malych miast, ma opcje dla prawie kazdego.

      Wiec zamiast wylewac zale na forum znajdz cos co da ci radoche

      Lubię

  15. „I ta druga osoba, która z nami jest musi nas do tego zachęcać. Musi nas napędzać abyśmy byli lepszymi ludźmi. Abyśmy starali się bardziej.” I tu opisałeś idealny związek z idealną kobietą. Nie ma nic gorszego jak dziewczyna mówiąca na Twoje marudzenie, że Ci się nie chce, żebyś dał sobie spokój skoro Ci się nie chce. A tak ogólnie to fajny tekst. Dodam tylko, że chyba tak jest, że jak ktoś startuje od zera ma mega motywację, żeby pokazać sobie, wszystkim którzy w Ciebie nie wierzyli i całemu światu, że potrafisz, że zdołasz. I takie osoby się nie poddadzą ani w pracy, ani po pracy. Przynajmniej ja tak mam. Ale widzę co się dzieje, jakie podejście do życia mają osoby, które wszystko miały podstawione pod nos przez rodziców. Im się po prostu nie chce, oni po prostu nie są wojownikami. Oni idą przez życie kierując się tylko dobrą zabawą nie zdając sobie sprawy, że rodzice kiedyś umrą albo zachorują i nagle okaże się, że taki 40 latek ma zero doświadczenia, nie wie co to znaczy systematyczna praca.

    Lubię

  16. Nawiązując do matury; Wymyśliłam sobie temat związany z motywem więźnia. Idę podjarana do polonistki, mówię o „Skazanym na Shawshank”, może „Zielona mila” etc.. Szkoda,że tak mało mówiło się w liceum o Guantanamo… W każdym razie, stara, wysłużona polonistka trzy razy zamieliła jęzorem na temat wartości literackiej, no i przystałam na jej kanonowe propozycje. Nic dziwnego, że na maturę poszłam bez przekonania, a wyszłam z marnym wynikiem. Do składników sukcesu należałoby dodać: Miej w dupie, co każą myśleć ci inni!
    I apropo tego Dinklage: Która oni marzy? Powaga? I co chciałyby z nim robić? Włożyć go sobie do kieszeni czy zrobić breloczek do kluczy?

    Lubię

  17. W podstawówce i gimnazjum też błyszczałam że swoimi czerwonymi paseczkami na świadectwach, tylko po chuj mu to było, skoro w liceum jest mu cholernie ciężko, a życie które się toczy koło mnie jest dużo bardziej wartościowe niż to, co nam przekazują w szkole. Jak iść na studia to tylko te, które pomogą nam w spełnianiu marzeń.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s