Mecenas Jakub Walewski leżał na ziemi związany jak cielak na targu. Kajdanki miał na rękach. Kajdanki miał na nogach. Pot zalewał mu oczy, serce waliło jak młotem, a on wciąż próbował zrozumieć, w którym dokładnie momencie ten dzień postanowił się spierdolić.

Wszystko zaczęło się przecież podręcznikowo.

5.30 – ulubiona siłownia na Wilanowie. Godzinny bieg w dobrym tempie, czekoladowo-bananowy szejk, zimny prysznic.

7.30 – JEGO kancelaria przy ulicy Wspólnej.

„Na Wspólnej znajdziemy to miejsce, gdzie miłość,

wiara, nadzieja na przyszłość…”

Nadziei zdecydowanie mu nie brakowało. Zwłaszcza odkąd saldo jego konta rosło szybciej niż jego ego. Ten rok miał być rekordowy. Zarobi dwadzieścia procent więcej niż w poprzednim. Minimum.

10.30 – wpadł Sierpacki. Jego przydupas albo – jeśli ktoś woli oficjalne nazewnictwo – młodszy wspólnik.

– Masz tu grypsy od Wazy – powiedział do Jakuba, rzucając na stół pokryte drobnym pismem kartki w kratkę. Waza – „pierwszy tego imienia” – był w karierze Walewskiego jednym z najważniejszych klientów. Prokurator podejrzewał go o trzy morderstwa, oskarżył o jedno, i to sprzed wielu lat.

–Może weźmiesz, kurwa, megafon i ogłosisz to przez okno? – zapytał, patrząc na Sierpackiego z wyższością. – Następnym razem, jak będziesz chciał błysnąć, nasmaruj się wazeliną.

– Sorki. – Młody zreflektował się natychmiast.

Jakub od dawna uważał się za lepszego od innych adwokatów. Nietykalny. Niewidzialny. Wyjątkowy. „A jak ktoś ma skrupuły – mawiał Walewski – to powinien się do proktologa zapisać, a nie w mecenasy iść”. To, co robili, to nie było tylko naruszenie zasad etyki i godności zawodu, ale zwykłe przestępstwo; utrudnianie postępowania karnego. Który to był artykuł Kodeksu karnego? – zastanowił się. Nieistotne. Zresztą, Walewski był „czysty”, tylko Sierpacki by wpadł – jego problem, jego ryzyko, wiedział, za co bierze pieniądze.

14.00 – Jakub wstał zza swojego wielkiego biurka w kancelarii, po czym poprawił jedwabny krawat, wygładził materiał nieskazitelnie białej, oczywiście szytej na miarę koszuli. Włożył marynarkę. Grypsy złożył na pół i wsadził do kieszeni, jakby były paragonem z Biedronki.

Nigdy nie czytał tych wiadomości. Po pierwsze niewiele by zrozumiał, a po drugie niewiedza jest błogosławieństwem. Plan był prosty – dostarczyć kartki do mieszkania na Grójeckiej. Tam czekał człowiek Wazy, któremu Walewski nadał uroczy pseudonim „Śmieciarz”.

Typ miał ciemną karnację, równie ciemny kucyk, zamiłowanie do kiczowatych dresów Under Armour i poczucie humoru niczym Mariusz Pudzianowski.

14.15 – kiedy Jakub był już w samochodzie, dostał zdjęcie od Weroniki. Stała tyłem, oparta rękami o wielkie panoramiczne okno i wypinała tyłek. Przełknął ślinę. Jego plany zakładające jak najszybsze załatwienie spraw zawodowych momentalnie ewoluowały. Weronika doprowadzała Walewskiego do absolutnego szaleństwa. Była chyba najładniejszą sztuką, jaką posuwał. Rysy twarzy jak u lalki. Wielkie niebieskie oczy. Przebierała się dla niego za aniołka Victoria’s Secret, co Jakub uważał za najbardziej podniecającą rzecz dla każdego faceta. Przede wszystkim jednak prezentowała wyjątkowe umiejętności w innej dziedzinie i nie miało to wiele wspólnego z anielskością. 

Zaparkował matowego CLE coupé, zastawiając jakąś bramę na Woli, i po chwili był już u Weroniki. Cała sprawa zajęła góra dwie minuty. Bojąc się, że nieźle się wygłupił, a Weronika zrobi sobie z niego bekę przed swoimi psiapsi, zdecydował się na dogrywkę.

A to oznaczało, że Śmieciarzowi trzeba będzie zapodać parę farmazonów – ocenił cynicznie, poprawiając w windzie koszulę, żeby nie marszczyła się na brzuchu.

16.00 – stał przy swoim Mercedesie, bluzgał i kopał w oponę. Jakiś debil spuścił mu powietrze z kół. Nie mógł czekać na pomoc drogową, najbliższy Bolec z jakimś Rahulem na kierownicy miał być za dziesięć minut (DZIESIĘĆ!), więc wsiadł z obrzydzeniem do tramwaju numer dziesięć. Później przesiadł się w dziewiątkę, która jechała aż do Alei Krakowskiej. W myślach nadal złorzeczył zjebowi, któremu przeszkadzała zastawiona tylko przez nieco ponad godzin brama.

16.30 – zapukał do mieszkania Śmieciarza. Cisza. Zmarszczył czoło. To coś nowego. Typ powinien siedzieć na dupie i czekać. Zapukał ponownie, tym razem pięścią. Nagle drzwi się otworzyły i ktoś wciągnął go do środka za krawat. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Walewski zaliczył takiego gonga w twarz, że zadzwoniły mu zęby. Z łoskotem wywalił się na podłogę i poczuł na gardle łapę wielką jak wieprzowy kotlet.

To nie był Śmieciarz. Śmieciarz miał kucyk, ten tutaj co najwyżej na nim jeździł. Powinien też zainwestować w przeszczep, bo miał na łbie dwie potężne armaty.

16.31 – niski, łysiejący trzydziestolatek uderzył go ponownie.

– Kim ty, kurwa, jesteś? – wycharczał Walewski. – Jestem adwo… – Nie zdołał dokończyć.

Jakub znowu nie zobaczył ciosu. Poczuł go. Świat eksplodował bólem. Bomba była taka, że roztrzaskała mu wargę. Bolało jak cholera, a krew zaczęła mu momentalnie kapać na koszulę.

– Gdzie są grypsy? – zapytał zimno „Zakolak”.

– W kieszeniiii marynarkiii – zakwilił Walewski.

16.32 – Zakolak zerwał z niego marynarkę i wywrócił kieszenie na lewą stronę. Nic. Sprawdził wewnętrzne. Też nic. Zaklął i jednym szarpnięciem rozerwał materiał.

Walewski patrzył oszołomiony. Kim jest ten pojeb? Gdzie są grypsy? Będę musiał poważnie porozmawiać z Wazą, pomyślał. Za taki brak elementarnego szacunku dla togi należy się odszkodowanie. Minimum dwadzieścia tysięcy. Plus marynarka.

Zakolak obszukał go jeszcze dokładniej. Śmierdział wiśniówką. Kontrola na lotnisku była przy tym grzecznościowym powitaniem.

Nadal nic.

Postraszą i puszczą – uspokajał samego siebie Walewski. Nie zabija się przecież adwokatów. Dobrze wiedzieli, co by się działo. NRA by ich zagryzła.

Chociaż w tym jednym ta banda zachowywała jeszcze jakąś solidarność. Bo co to za gang, co swoich nie broni?

– Gdzie? – zapytał beznamiętnie mężczyzna, po czym nadepnął Walewskiemu na dłoń i zaczął ją miażdżyć buciorem.

Kości zatrzeszczały.

– Nie wiem! – zawył Jakub. – Może zostawiłem je u Weroniki. Albo… w tramwaju.

Zakolak wyciągnął kastet. Walewskiemu głos nagle uwiązł w gardle, a jądra się skurczyły. Znowu będzie bił, pomyślał. Ten kolo to jakiś psychol!

Cios wycisnął Walewskiemu powietrze z płuc. Kolejny przyjął już w pozycji embrionalnej.

Gorzej było później. Dostał kilka kopów, a Zakolak przeszukał go raz jeszcze. O wiele dokładniej, nie omijając żadnego otworu w jego ciele. Na koniec uderzył go w głowę.

Świat nagle zgasł.

22.34 – Walewski obudził się, a czarne plamy tańczyły mu przed oczami. Zimno. Ból. Wszechobecny, paraliżujący ból. Minęła chwila, zanim zrozumiał, że ma zakneblowane usta i kajdanki na kończynach.

Zakolak stał nad nim. Przerażenie rozrywało Walewskiemu krtań. Serce biło w szaleńczym tempie. Walewski stęknął rozpaczliwie. Zakolak pociągnął go za spętane nogi, po czym położył na torach. Jakubowi puściły zwieracze i to byłoby bardzo przykre dla otoczenia, gdyby ktokolwiek poza Zakolakiem znajdował się w pobliżu.

Mężczyzna wyjął mu knebel. Walewski poznał, że zrobiono go z jego slipów od Armaniego. Mężczyzna rozpiął mu kajdanki. Najpierw na rękach. Później na nogach. Odwrócił się i odszedł. Walewski chciał się ruszyć. Nie mógł. Zobaczył światła zbliżającego się pociągu. Zawył. Załkał. Gwizd syreny, jeden długi, trzy krótkie. Rozpaczliwie rzucił ciałem. Niestety w ogóle go nie słuchało. Jakub usiłował się szarpnąć. Trzasnęło kilka zębów w jego szczęce. Prawie udało mu się sturlać z nasypu.

Prawie.

W ostatnim ułamku sekundy, zanim światło zgasło, pomyślał, że tyle tego niby było. Beztroskie dzieciństwo, długa nauka, a później mozolne pięcie się w górę na sam szczyt… W sumie był już blisko. I chętne kobiety, i dobre samochody. I wakacje cztery razy za granicą, i widział Wiedeń, i Bangkok, i Nowy Jork, i Tokio, a nawet Jezusa w Rio.

A teraz tęsknił za mamą i za tym, żeby go przytuliła.

CHCESZ DOSTAĆ „MIASTO” NAJSZYBCIEJ JAK TO JEST MOŻLIWE?

PO TO JEST PRZEDSPRZEDAŻ

„MIASTO” kupisz tu:

https://www.empik.com/miasto-swist-paulina-piotr-c,p1755562207,ksiazka-p

Tak, będzie też audiobook

Jedna uwaga do wpisu “FRAGMENT POWIEŚCI „MIASTO” PIOTR C. PAULINA ŚWIST (TYLKO TUTAJ)”

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.