Moja nowa książka GWIAZDOR. „Przyjaźń kontra sława, miłość kontra koks”

Tak książka zabrała mi półtora roku życia, czyli co by nie mówić kawał czasu (robię to zdecydowanie za wolno, wiem, coś z tym muszę zrobić, wiem).

Ostatnio ktoś zadał mi na Fejsie pytanie: jak napisać bestseller? Odpowiedziałem szczerze, że nie wiem. Nigdy nie kalkulowałem, że to się opłaci a tamto nie.

Przy pierwszej książce pisałem, bo dobrze się przy tym bawiłem i fajnie się do tego piło. A poza tym i kobiety były jakoś bardziej wyrozumiałe jak słyszały, ze ktoś bawi się w literaturę.

Później starałem się po prostu opowiadać o tym co mi w duszy akurat grało. O tym co mnie śmieszyło i smuciło. O tym co budziło we mnie grozę. I to czego się bałem.

Piszę książki takie jakie chciałbym czytać. 

Tak jest i tym razem.

W wywiadzie dla Onetu o „Gwiazdorze” powiedziałem coś takiego:

Słuchałem, jak wygląda luksusowy seks biznes i dziwiłem się czasami mocno, słysząc nazwiska kobiet, które tam pracowały i pracują. Słuchałem, jak się ustawia związki, bo para internetowych celebrytów budzi większe zaangażowanie i lepiej się sprzedaje. Słuchałem, jak agenci ratują swoich klientów, słuchałem, dlaczego celebryci nie chcą się przyznawać do swojej orientacji seksualnej. Słuchałem tego wszystkiego nie po to jednak, aby napisać coś, co się wydarzyło, ale po to, aby historie, które opisuję, były prawdopodobne„.  

Mam nadzieję, że moje najnowsze „dziecko” wam się spodoba. Oto fragment książki. 

Czytaj dalej

To o nas [FRAGMENT]

– Patrz, niby głupia jak paczka gwoździ, niby łatwa jak Izabela Łęcka, jak Francja w tysiąc dziewięćset czterdziestym, a jak pyskuje. U ciebie był kieliszek wina? – upewniłam się.

– Jeśli przyjmiemy, że butelka to kieliszek, to tak, owszem, zrobiłyśmy po kieliszku – przytaknęła złośliwie. – Jak wychodziłyśmy ode mnie, był lekki melanż. Ale żeby nie było, szłyśmy z Ubera do Kity prosto i mówiąc wyraźnie, zachowując się jak dama i wieśniaczka.

– Podaj grabie, dziewko. I tam mnie upiłaś.

– Tam zamówiłaś nam po wiadrze soku z wódką– ciągnęła Paulina. – Pokazywałaś publicznie cycki i chciałaś tańczyć, kręcąc dupą, na stole.

– Kłamiesz! – krzyknęłam.

Od razu tego pożałowałam. W mojej głowie wybuchł tym razem granat i zawyła syrena alarmowa.

– Ubarwiam, a to zasadnicza różnica – wyjaśniła.

Czytaj dalej

Fragment „Pokolenie Ikea Kobiety”, który nie znalazł się w książce 

Środa

– Czyli nie poderwałeś aptekarki?

Krzysztof patrzył gdzieś dziwnie w bok.

– Tak czy nie? – zapytałem.

Cisza.

– Tak czy nie??? – Powtórzyłem stanowczo.

– No nie do końca. – wyjęczał wreszcie.

– To znaczy?

– No chciałem ją poprosić ale … – zaczął się jąkać

– Ale bylem totalna pizdą i ściemniałem kolegom. – dokończyłem za niego. – One nie gryzą, wiesz?

Czytaj dalej

Każdy kryje w sobie jakiś BRUD

15 maja Niedziela,

godzina 19.25

Nazywają mnie Relu. Kiedyś miałem telefon na ścianie. Gdy dzwonił, odbierałem, nie wiedząc, kto chce ze mną rozmawiać. Teraz jest łatwiej. Teraz wiem, kto dzwoni, bo numery się wyświetlają. Mogę nie odebrać.

Nazywają mnie Relu. Lubię bary w hotelach i lotniska. Nie lubię poznawać ludzi. Ludzie są przewartościowani. Cały czas czegoś ode mnie chcą. A ja się wtedy męczę. Ludzie cały czas opowiadają mi historie. Rzadko kiedy są w nich szczęśliwi. Zazwyczaj są bardzo nieszczęśliwi. A w barach i na lotniskach można ich tylko obserwować. Jak bakterie pod mikroskopem. Tak jest okej.

Jest maj. 19.25. Jestem w Koszalinie. Nie lubię Koszalina. Jest w pierwszej trójce najbrzydszych miast w kraju. Trójkąt bermudzki: Włocławek, Radom, Koszalin. Wielka płyta i koleiny jak tory tramwajowe ciągną się tu przez całe miasto. W tle Agnieszka śpiewa, że ona już tutaj nie mieszka. Słusznie, ja też bym się wyprowadził.

Czytaj dalej

Jak uwieść kobietę? (w wielkim mieście)

Kiedyś dawno, dawno temu byłem w Niemczech. To chyba było Monachium. Towarzyszył mi radca prawny, który zbliżał się już do końca swojego życia – miał może nawet jakieś 45 lat.

Trzeciego dnia, kiedy mieliśmy wolne popołudnie poszliśmy na zakupy. Szukał prezentu urodzinowego dla swojej żony. Chodziliśmy długo po centrach handlowych.Proponowałem mu biżuterię – odmówił. W końcu zatrzymaliśmy się przed artykułami gospodarstwa domowego, gdzie wybrał prosty, biały, elektryczny czajnik za jakieś 29,99 euro.

Od razu wsadził go do koszyka zadowolony jakby mu ktoś w kieszeń nasrał.

– Stary nam się zepsuł – wyjaśnił radośnie.

– Czekaj, chcesz żonie kupić czajnik? -zapytałem.

– No tak – odpowiedział.

– Czajnik na urodziny? – dopytałem bo zrobiło mi się nieco słabo.

Pokiwał energicznie głową, że wszystko się zgadza. Przez moment proponowałem mu jeszcze drewnianą miskę, która moim zdaniem była również okropna jako prezent na urodziny. Ale z całą pewnością lepsza niż pieprzony czajnik.

Odmówił.

– Moja żona lubi praktyczne prezenty – wyjaśnił.

I wiecie co? Po latach zrozumiałem, że miał rację. Czy jego żona chciała dostać coś innego? Być może. Ale to ona wybrała go na męża – zakładam z pełną świadomością wad i zalet.

Czytaj dalej