Jeśli chodzi o zeszłoroczne postanowienie noworoczne zrzucenia 10 kg, wszystko zmierza w dobrą stronę. Zostało jeszcze tylko 15 kg.”

To mój ulubiony mem, jeśli chodzi o postanowienia noworoczne, bo jest prawie szczery, a w ciągu ostatnich kilku dni widziałem go na Facebooku tylko milion dwieście tysięcy razy. Taki czas.

To w sumie niezwykle optymistyczne, że w ludziach jest tak potężne pragnienie zmian i to zmian na lepsze. Jak to było w mojej nowej ulubionej książce: „Potrzebuję zmiany. Potrzebuję nowego życia. Dlaczego nowego życia nie można kupić, zamówić przez internet, dlaczego go nie przesyłają zapakowanego w celofan i przygotowanego do użytku?” No nie można, niestety. Nikt za ciebie nic nie zrobi, nikt cię nie zbawi, nikt cię nie zmieni. Musisz zrobić to sam/sama. Nie zrobisz? To chuj, jak Batorego komin (chodzi mi o statek).

Te nasze pragnienia są w swojej masie dość proste. Wszystkim nam chodzi o to, aby schudnąć parę kilo, rzucić palenie, pojeździć po świecie, mieć trochę kasy i dużo miłości. Ewentualnie, jak to mawia pewna ładna brunetka o robionych cyckach, ta kolejność może ulec zmianom, bo: „będzie kasa, będzie miłość”.

Czujemy się brudni, chcemy, aby wraz z nowym rokiem nasz świat stał się nagle czysty, jakby go ktoś potraktował wybielaczem. 

Żeby poprawić swoje życie na lepsze, trzeba wiedzieć, co nam sprawia przyjemność.

Jak się ma 22, 23 albo 29 lat to człowiek przede wszystkim nie wie, czego chce. Jak to ładnie ujął Janusz Głowacki, życie wygląda wtedy jak w sztukach Sarah Kane, gdzie bohaterowie podcinają sobie żyły wśród okrzyków „fuck me” na zmianę z „love me”. A czasami dochodzi do tego „zjebałaś mi życie, dziwko”. Ewentualnie  ktoś wysyła sms, że się rozmyślił i związku nie będzie, bo i takie przypadki znam z praktyki, a związek był sześcioletni.

A jak ktoś już wie, czego chce, to się boi do tego przyznać, bo jeszcze się ktoś obrazi. Albo się wstydzi przyznać, czego chce, przed samym sobą. Bo, na przykład, jakaś laska nie chce wyznać, że jeśli chodzi o jej życiowe aspiracje, to ona chce mieć męża. Trójkę dzieci i ciasto w piekarniku. Ale jej głupio, choć niesłusznie. Bądź na odwrót, ona nie chce mieć męża, tylko chce wyjść za pracę i od rana do nocy pieścić się z Excelem ku chwale rosnących słupków korporacji. A tego już, jej zdaniem, nie wypada powiedzieć, bo wyjdzie na bezduszną sukę. Nikomu nie kłamiemy tak dobrze, jak sobie.

Ludzie, a kobiety już w szczególności, mają wielkie problemy z dbaniem o swoje własne potrzeby. Może dlatego, że żyją z piętnem towaru, który szybko traci przydatność do spożycia.

xxx

 Z pisarzami to jest tak, że ludzie oceniają ich po tym, co ostatnio napisali, lecz ja oceniam siebie po tym, jak wyglądam w lustrze. I widzę, że trzeba działać. Bo już rozumiem, jak niewiele czasu mi zostało. Ja chcę mieć lepsze życie. Po prostu. Czasami, więc, leżę w łóżku i myślę: o co ci, kurwa, chodzi?

Aby wiedzieć gdzie mam iść, muszę wiedzieć, czego chcę, a to się zmienia. Każdego dnia wieczorem, tuż przed położeniem się do łóżka, wpisywałem do worda jedną najfajniejszą rzecz z całego dnia. Robiłem tak przez trzydzieści dni grudnia. Ten dokument nazywa się „Dobre rzeczy”  i dał mi dużo do myślenia.

Nie ma tam dużej ilości taniego ani drogiego porno, ani nawet zbyt dużej ilości masowania ego (jestem przecież taki zajebisty, jak gofry z bitą śmietaną i truskawkami) bo ja już wiem, że imponowanie komuś jest czymś zupełnie innym niż bycie imponującym.  

Jest tam, natomiast, dużo o relacjach z innymi ludźmi, trochę jedzenia, dużo seriali, trochę pisania, trochę kawy, trochę zimnej wódki. Proste rzeczy. Zaskoczyło mnie, że nie ma tam pracy, nie ma tam pieniędzy. I zrozumiałem, że teraz najbardziej potrzebuję teraz wolnego czasu. Że chcę czegoś doświadczyć, coś poczuć i chcę zrobić to szybko. Że musze wyrobić w sobie predyspozycje do odczuwania radości, bo moje pokolenie jest w tak zjebany sposób skonstruowane, że nie potrafimy się cieszyć ani z drobiazgów ani z rzeczy dużych. I moim noworocznym  postanowieniem jest to, aby się tego nauczyć.

W tandetnych czasopismach piszą: nie umiesz zadbać o swoje potrzeby. Ale może właśnie to jest to. Może to jest czas, aby o nie, kurwa, zadbać.

Żeby zmienić swoje życie na lepsze w nowym roku, trzeba przestać się bać.

Kobieta na tym zdjęciu ma 44 lata.

y8eiuywi-2

Amy Cuddy (@amyjccuddy) | Twitter

Tak, wygląda młodo. Tak, w tej czarnej kiecce prezentuje się całkiem nieźle. Nie, nie jest w moim typie, choć lubię inteligentne kobiety, ale tak nieco lepiej zbudowane, jeśli wiesz, co mam na myśli (C i powyżej a każdy ma swoją damę z łasiczką).

Kobieta ma na imię Amy.

W wieku 19 lat Amy przeżyła wypadek. Wyrzuciło ją z samochodu, przez przednią szybę. Przekoziołkowała kilka razy. Kiedy się obudziła w szpitalu, okazało się, że ma uraz głowy i to poważny. Przed wypadkiem była bardzo zdolna. Błyskotliwa. Po wypadku stała się nagle przeciętna. Jej iloraz inteligencji spadł nagle o dwa poziomy. Zmuszono ją do opuszczenia uczelni. Grzecznie jej wytłumaczono: „Amy, już nigdy nie skończysz studiów. Nie powinnaś tu być. Jest wiele innych rzeczy, którymi możesz się zająć”.

To jedna z najbardziej potwornych rzeczy na świecie, jednego dnia być inteligentnym, a drugiego już nie. Mnie to przeraża. Może dlatego, że mój mózg to coś, na czym mogłem polegać przez całe życie.  

Amy czuła się bezsilna (jest kobietą, kobiety często czują się bezsilne). Ale pracowała ciężko (kobiety często są silniejsze od mężczyzn). Ukończyła studia (bo mózg jest jak mięsień, kiedy go ćwiczysz, ulega regeneracji i się wzmacnia). Owszem, trwało to o cztery lata dłużej niż w przypadku jej koleżanek i kolegów.

Poszła zrobić doktorat na Princeton. Na początku trzeba tam wygłosić przed 20 osobami 20 minutową mowę (chyba lubią liczbę 20). Amy oszalała z przerażenia. Zadzwoniła do swojej opiekunki z roku Susan Fiske i powiedziała jej, że odchodzi. Że nie da rady. NIE POWINNO MNIE TU BYĆ – wyznała.

Fiske odpowiedziała coś, co ją zamurowało. Powiedziała: będziesz udawać. Wygłosisz wszystko, co każą ci przygotować. Będziesz to powtarzać tak długo, aż mimo, że będziesz przerażona, sparaliżowana, poczujesz, że wychodzisz z siebie, zrozumiesz: „O matko, ja to robię! Osiągnęłam to. Ja naprawdę to robię”.

I  Amy to zrobiła. Nie odeszła. Ale teraz dobrze wie, co to znaczy walczyć ze swoim strachem. Amy jest znana z powodu tej pozy:

maxresdefault

You Tube

To tzw. Wonder Woman. Ten układ ciała mówi: jestem silna. Jestem asertywna. Jestem zdecydowana.

Amy ze swoimi dwiema koleżankami postanowiła przetestować, jak mowa naszego ciała wpływa na nasz mózg. Uczestnicy tego eksperymentu wchodzili do pokoju, pluli do fiolki, przyjmowali na dwie minuty pozycję siły, albo pozycję słabości. Odpowiadali na kilka pytań i znowu pluli. Dzień, jak co dzień, na każdej stołówce studenckiej albo u mnie w pracy.

body-language-power-poses

You Tube

Co wyszło z tych badań?

Po dwóch minutach pozowania w pozycji siły, testosteron tych osób rósł o 20 proc. Po dwóch minutach w pozycji słabości, testosteron tych osób spadał o 10 proc. Po dwóch minutach pozowania w pozycji siły, kortyzol, czyli hormon stresu, spadał  25 proc. Po dwóch minutach w pozycji słabości, kortyzol rósł o 15 proc.

Wnioski? Nasze ciało wpływa na nasz umysł. 120 sekund wystarczyło, aby nasz mózg stał się bardziej asertywny, bardziej pewny siebie.

To jest moja rada na nowy rok. Przyjmij pozycję siły. Chodzi o to, aby być kimś kto działa, mimo że się boi.

Żeby zmienić swoje życie na lepsze trzeba swoje postanowienie sylwestrowe realizować przez 30 dni.

Daliśmy sobie wmówić, że liczy się cel. Sprzedaj towaru za 100 tysięcy, dostaniesz ponton gratis. Poleć z kumpelą z pracy na Maderę, jej mąż będzie miał pretensje, twoja żona będzie miała pretensje, ktoś ci zrobi zdjęcie, a ty chciałeś tylko zaliczyć fajną laskę. 

Klasyczny cel sylwestrowy wygląda tak:

1 stycznia laska staje na wadze. Nie może uwierzyć, więc płacze. Pociągając nosem, staje jeszcze raz na wadze. Waga pokazuje tyle samo, co przed chwilą. Laska się rozbiera do majtek, staje na wadze po raz trzeci. Waga pokazuje: fuck you, dziwko. Zdesperowana laska zdejmuje majtki. Nadal nic. Teraz krzyczy i wygraża połowie rodziny i znajomych za świąteczne ciasta.

A później jest już silne postanowienie: schudnę do wakacji 20 kilo, na plaży będę wyglądać tak, że żaden facet, patrząc na mnie, nie będzie mógł leżeć na plecach, a Emily Ratajkowski oraz Jen Selter (wredne puszczalskie suki) nie będą mogły spać po nocach.

I w wariancie realistycznym laska idzie na fitness trzeciego, czwartego oraz piątego stycznia (szóstego pije, bo ile można ćwiczyć tak na trzeźwo). Wytrzymuje do końca miesiąca, a później szuka jakiejś diety, która również nie działa. W wariancie pesymistycznym laska nie je, nie pije, rzyga, aż chudnie te 20 kilo, a po wakacjach tyje 25 kilo.

Dlatego: cel jest do dupy, liczy się zwyczaj.

Zwyczaj to: będę biegać cztery razy w tygodniu. Zwyczaj to: będę uprawiać seks cztery razy w tygodniu. Zwyczaj to: we wtorki, środy, soboty oraz niedziele będę chodzić na siłownię. Żeby zaadaptować coś, jako zwyczaj, nasz mózg potrzebuje tę czynność powtarzać przez 30 dni.  Po przekroczeniu 30 dni, przestajemy o tym myśleć. Nasze ciało działa wtedy na automacie.

Daj szansę swoim postanowieniom 

Te nasze sylwestrowe obietnice wydają się głupie i naiwne, ale okazuje się – co było i dla mnie zaskoczeniem – często bywają skuteczne.

Pokazał to dr John Norcross, psycholog z University of Scranton w Pensylwanii. Norcross zbadał 400 osób w okresie między 26 a 31 grudnia, zadając im pytania o postanowienia sylwestrowe. I te 400 osób podzieliło się na trzy mniejsze i większe grupy.

Pierwsza nie chciała nic zmieniać w swoim życiu. Może byli zadowoleni, może po prostu jeszcze nie wytrzeźwieli po kolacji wigilijnej. Generalnie postępowali zgodnie z zasadą: „postanowienia noworoczne mam głęboko w dupie. I tak nikt nie lubi chudych i trzeźwych dziewczyn”. Należy pić i tańczyć i się obściskiwać, a później następuje ranek.

Druga grupa uznała, że, owszem, jakieś zmiany w życiu by się przydały, ale nie zaraz po Sylwestrze, bo po Sylwestrze to się kaca leczy Saridonem popijanym colą, i jajecznicą z tłustym boczkiem, a nie zmienia życie. To zawsze można zrobić później.   

Ale trzecia grupa, reprezentująca 41 proc. osób, przyznała, że ma jakieś tam plany. Mniejsze i większe, odważne i mniej odważne, ale z różnych przyczyn dla nich ważne i trudne, bo czekali na jakiś wyraźny przełom, aby odważyć się na wcielenie ich w życie. 

Grupę drugą (skacowani) i trzecią (sylwestrzaki) dzieliła, jednak, mocno skuteczność ich postanowień. Przez dwa tygodnie swój plan chwacko realizowało 51 proc. skacowanych. Po sześciu miesiącach ta grupa skurczyła się do 4 proc. Sylwestrzaki okazują się bardziej zacięte. Przez dwa tygodnie swoje obietnice spełniało 71 proc. osób. A po sześciu miesiącach okazało się, że swoje przyrzeczenie nadal realizuje 46 proc. osób.  

xxx

Co jest tak magicznego w okresie końca starego roku i początku nowego? Może chodzi o to, że to jedyny moment, w którym – czy chcemy czy nie – musimy się zatrzymać i pomyśleć. Bo coś się kończy, coś się zaczyna, a to zmusza nas do refleksji.

Kiedy ryzykować, jak nie wtedy, gdy jest się młodym? Kiedy próbować, jak nie wtedy, gdy masz niewiele do stracenia?

Co się stanie, jeśli upadnę?

A co się stanie, jeśli pofruniesz?

xxx

PS. Amy została wykładowcą na Harvardzie. Na koniec jej pierwszego roku pracy przyszła do niej studentka. W Stanach aby zaliczyć zajęcia trzeba brać w nich udział. Amy ostrzegła ją: albo zaczniesz mówić, albo oblejesz. Studentka spojrzała na nią z łzami w oczach i powiedziała: nie powinno mnie tu być…

Amy w nagłym błysku zrozumiała wtedy, że ona już tak nie myśli. Tak długo udawała silną, aż się nią stała. Spojrzała na przerażoną dziewczynę i powiedziała: Właśnie, że powinnaś! Powinnaś tu być! Jutro na zajęciach wejdziesz do sali i wygłosisz najlepszy komentarz, jaki tu dotychczas słyszano.

I wiesz, co? Ta studentka wygłosiła  zajebisty komentarz. Ludzie spojrzeli na nią z niedowierzaniem. Po raz pierwszy ją dostrzegli. Kilka miesięcy później, była to zupełnie inna dziewczyna. Nadal się bała. Ale potrafiła już przełamać ten strach. 

rsonnevqery-aral-tasher

unsplash.com

Inspiracje:

Amy Cuddy: Your body language shapes who you are

How to Succeed with Your New Year’s Resolutions

 

37 uwag do wpisu “Jak spełnić swoje noworoczne postanowienia (prawie pewny sposób) 

  1. Boję się wielu rzeczy. Boję się zmian. Boję się przejąć kierowanie nad własnym życiem, bo to oznacza wzięcie na siebie odpowiedzialności. Ale najbardziej boję się, że tak już będzie na zawsze wyglądała moja egzystencja. Tego nie chcę, bo każdego dnia tracę do siebie odrobinę szacunku. Chcę przestać bać się zmian, przestać być życiowym quit’erem, chcę być szczęśliwa. Chcę zmienić pracę, zmienić wiele rzeczy w związku (albo i związek, chyba już do tego dojrzałam), zmienić się w swoją lepszą wersję, z której będę odrobinę bardziej dumna. I chcę to robić każdego dnia. Chcę znaleźć swoje zgubione po drodze szczęście.

    Polubienie

    1. Jak byś była w mojej głowie !!! Ale wiesz czasami warto skupić się na tym co jest ważne teraz,bo przyszłość i tak przyjdzie …i nawet jak uparcie będziemy chciały ją zmienić to ona i tak będzie miała to ostatnie słowo,pozdrawiam

      Polubienie

  2. Świetny wpis. Już jakiś czas temu poszłam za Twoją radą. Zrobiłam sobie swoją trzydziesto dniówkę. I wiesz co? Moje życie zmieniło się diametralnie. Twojego bloga zaczęłam śledzić w okresie, w którym było ze mną, w skrócie ujmując, „średniawo”. Byłam na etapie poszukiwania jakiegoś sensu, poszukiwania siebie. Owszem, miałam wówczas pracę, skończyłam studia jedne, drugie, trzecie… ale uważałam się za życiową fajtłapę i żyłam w przeświadczeniu, że to mi się nie uda, tamto mi się nie uda i w ogóle nie warto próbować. A miałam mnóstwo marzeń, także tych dziecięcych. Końcem 2015 kupiłam bilet i na miesiąc poleciałam w pizdu! Przerażało mnie to. Życie mnie przerażało. Myślałam ze strachem o tym czy się nie zgubię w obcym mieście, a co dopiero kraju. Poleciałam gdzieś, gdzie ludzie mnie nie znali, miałam „czyste konto” i zaczęłam poznawać siebie. To był początek. Nie przeszłam wtedy jakiejś spektakularnej przemiany ale skorupa na około mnie zaczęła pękać. 2016 rozpoczęłam z przytupem lądując w szpitalu, przeszłam operację, zaczęłam leczenie. W czasie między jednym a drugim pobytem w szpitalu spełniłam swoje największe marzenie. Potem zaczęłam myśleć, na początku wmawiać sobie, że skoro dałam radę z tym i pokazałam wszystkim oraz sobie, że nie jestem ofiarą losu to cała reszta, cały świat stoi przede mną otworem i nie ma rzeczy z którą sobie nie poradzę. Tak długo i intensywnie skupiałam się na tym, czytając różne motywacyjne książki oraz śledząc historie innych osób, że w to uwierzyłam. A dziś po prostu to wiem, wiem że dam radę. Mam pasje, która stała się motorem napędowym mojego życia i mam cele, które realizuje z dziką satysfakcją. Dziś mam urodziny i to chyba pierwsze od kilku lat, które zaczęłam z uśmiechem na ustach, bo kurewsko się cieszę, że jest nowy rok, nowy dzień i za chwilę spełnię kolejne marzenie.

    Polubienie

  3. Panie Piotrze, abstrachując od historii Pani Amy związanej z osiąganiem życiowych celów z kategorii praca, edukacja (która oczywiście napawa optymizmem, ale osobiście bardziej przypadła mi do gustu postać Nicka Vuijcica).
    Nie ma czegoś takiego jak wyrobienie predyspozyzji do odczuwania radości.
    Nie przestawimy się na tryb spontaniczności z dnia na dzień z własnym umysłem.
    Jest to możliwe w jednej tylko sytuacji: gdy wyrobimy sobie predyspozycję do wpuszczenia kogoś do naszego świata na dłużej niż jedną dobę.
    Kogoś, kto wyzwoli w nas dawno uśpione emocje. Gdy zobaczymy, że ta osoba jest zainteresowana nami nie tylko cieleśnie.
    A jeżeli nie liczymy wariantu z duszą, to jeszcze jest coś takiego jak umysł, który dla wielu kobiet i mężczyzn jest podstawowym miernkiem namiętności.

    Wtedy przestaniemy się skupiać na podstawowych czynnościach, jak gotowanie, sprzątanie, planowanie kolejnego dnia pod względem zasobności koszyka produktów.
    Zaczniemy robić, to co chcemy i planujemy w tej właśnie chwili: zaparzymy kawę, nie jedną a dwie, nie o 6.30 jak zawsze, ale wcześniej lub później
    i nawet jak sie zorientujemy, ze właśnie wybiliśmy się z codziennego rytmu, to nie odczujemy stresu z tego powodu.

    To się zdarzyć może i z reguły zdarza się nagle,
    tylko oczy trzeba mieć otwarte
    Z czasem wszystko przemija, wraca rutyna,
    Dla niektórych właśnie to sens życia się nazywa

    Polubienie

  4. Jedno sprostowanie nawyki wyrabia się troszkę dłużej niż 30 dni i okres ten jest zależny od osoby. Polecam Siłę Nawyku jako bazę wiedzy na temat zwyczajów.

    Jedno podzielenie się. Uwielbiam 30 dniówki jak ja je nazywam. Czyli wyzwania na każdy miesiąc. Wg mnie to bardzo dobre narzędzie do testowania i sprawdzania co nam pasuje, czy czegoś na prawdę potrzebujemy itd. Sprawdza się również jako początek pracy nad sobą.

    Jedno powodzenia w życiu w którym pamiętasz że Twój czas jest skończony. To na pewno będzie ciekawe życie 🙂

    I na koniec jedno dziękuję. Dziękuję za przekazanie histori Amy i przypomnienie o jej pracy badawczej. No i za wpis który po raz kolejny mówi że życie ma koniec.

    Polubienie

  5. Dużo ludzi w ciągu w sylwestrowym ciągu alkoholowym myśli, że nagle może wszystko. Lepiej postawić sobie 1 cel zamiast 10, ale go w pełni zrealizować. Dlatego schudnę kuźwa w tym roku poniżej tych je****** 90 kg.

    Pozdrawiam !

    Polubienie

    1. Też założyłem sobie kilka lat temu, że zejdę poniżej tych 90 kg. Szlag to trafił. Bo… przytyłem do prawie setki. Tylko obwód w pasie mi spadł ze 105 do 95…
      Zrzucenie masy to nie taki łatwy cel. Bo jak pójdziesz na siłkę, to może się okazać, że w pasie Ci spadnie, ale masy nabędziesz…

      Polubienie

  6. Dziękuje za kolejny, bardzo fajny wpis.
    Jak zwykle rozbawiłeś mnie początkiem, a na koniec dałeś do myślenia.
    Coś w stylu „Requiem for a Dream” 🙂

    Co rok mam ten sam cel.. Niezmienny.. i każdego dnia ciężko pracuję, by go osiągnąć.
    I najlepsze jest to, ze co roku choć ryje jak dzik w błocie i poświęcam temu na prawdę wiele, to stoję w miejscu, a czasem się nawet cofam,
    Mam nadzieję, że 2017 przyniesie wreszcie jakiś progress..

    Polubienie

    1. Jeśli pracujesz, poświęcasz i dążysz do celu, ale efektu nie ma i stoisz w miejscu, to najwyraźniej używasz niewłaściwych metod.
      Niektórzy nawet mówią, że to definicja szaleństwa: gdy robisz wciąż to samo, ale oczekujesz innych efektów.

      Polubienie

  7. W Twoim P.S. zamiast „Ta studentka wygłosiła zajebisty komentarz” przeczytałem: Ta studentka wygrała zajebisty kalendarz. I bardziej mi to pasowało do tych całych starań o dotrzymanie obietnic noworocznych. Możemy się starać, spinać, walczyć ciężko, aby w pewnym momencie życia dojść do wniosku, że istotne jest całkiem coś innego niż nam się wydawało, a to o co dotychczas walczyliśmy to taki gadżecik, właśnie taki kalendarz na ścianę.
    Pani Amy jawi mi się jako odpowiednik amerykańsko-korporacyjnego myślenia: jak się napnę to dam radę. A jej porady nasunęły mi na myśl żonę głównej postaci graną przez Anette Bening w filmie American Beauty i jej kasetę słuchaną podczas jazdy samochodem.

    Polubienie

    1. Na bank to był tylko sen. Mam to samo wrażenie – widocznie to taki sen z gatunku „powtarzalne” 🙂
      Ale to akurat jest OK. Ideas worth spreading.
      Tylko…TED ma tę wadę, że nie używają w nim słowa „kurwa” co niejako z definicji odziera każdą ideę z jakiejś części warstwy emocjonalnej
      A przynajmniej dla niektórych :).

      Polubienie

  8. Witam.
    Moje przemyślenia nt. postanowień trochę różnią się od Twoich. Noworoczne postanowienia to brednia. Nie dlatego, że działają czy nie. Ludzie zamiast zacząć robić daną rzecz teraz, przekładają to na nowy rok. W tym roku się nie udało? Trudno, może za rok będzie lepiej. I znów czekamy na nowy rok. Nowy rok i znowu nic z tego… Spokojnie, za 11 miesięcy znów będzie szansa. Nie. Jeśli ktoś chce tak żyć to polecam w kalendarzyku skreślać każdy odwleczony dzień. I tak do nowego roku. Może zobaczy tą stratę czasu.
    Druga rzecz to stawianie sobie celów „z kosmosu”. Do wakacji schudnę 30 kg. Przez ten czas nie cieszymy się tak bardzo z naszych efektów bo nadal nie osiągnęliśmy celu. Schudliśmy 10 kg? Świetnie, ale gdzie tam do 30… Po co? Po co stawiać tak duże cele? Polecam książkę Slight Edge (nie ma w języku polskim? Podziękuj za tą świetną motywację do nauki angielskiego!). Postawmy sobie następujący cel. W tym tygodniu schudnę 1 kg. Co za problem? 1 kg? Pff… Jest! Udało się! I tak co tydzień. Co tydzień mózg dostaje nagrodę bo spełniliśmy cel.
    Nauczyć się angielskiego? Nie. W tym tygodniu nauczę się nazw zwierząt. W następnym podstawowe przedmioty.
    Polecam. Nowy rok to 365 dni w którym możemy postawić 365 celów. 365 razy być zadowolonym bo osiągnęliśmy nasz cel. 1 mały cel nic nie zmienia? Nie prawda. Jest on motorem napędowym do wykonania następnego celu. Po jakimś czasie jeśli nie postawimy sobie jakiegoś celu to będziemy na siebie źli.

    Polubienie

  9. O Amy warto doczytać, wykładowczynią już nie jest a badanie o power poses miało poważne błędy i po powtórzeniu nie potwierdziło hipotez. Ale zarobiła sporo na ludzkiej naiwności.

    Polubienie

    1. Kurcze, jak możesz dzieciom mówić, że św. Mikołaj nie istnieje? Musisz być taki wredny? Jak człowiek w coś uwierzy, to się tak stanie. Jak ktoś uwierzy, że od plucia 3 razy dziennie będzie silniejszy i bardziej asertywny, czy skuteczniejszy, to może się okazać, że tak mu się stanie. Że tym bzdurnym pluciem przełamał swój strach…

      Polubienie

  10. „Klasyczny cel sylwestrowy wygląda tak:

    1 stycznia laska staje na wadze. Nie może uwierzyć, więc płacze. Pociągając nosem, staje jeszcze raz na wadze. Waga pokazuje tyle samo, co przed chwilą. Laska się rozbiera do majtek, staje na wadze po raz trzeci. Waga pokazuje: fuck you, dziwko. Zdesperowana laska zdejmuje majtki. Nadal nic. Teraz krzyczy i wygraża połowie rodziny i znajomych za świąteczne ciasta.” -Umarłam:)

    Polubienie

  11. Co roku mam jedno postanowienie noworoczne, że w następnym roku zapiszę się do fryzjera na wspaniałą sylwestrową fryzurę . Powstaje ono 31 grudnia około godziny 18 w trakcie walki z lokówką, suszarką, suszarko-lokówką, lakierem, pianką i niewzruszonymi kudłami. Inne postanowienia nie są związane z datami a bardziej z wydarzeniami. Nie mieszczę się w ubranie sprzed pól roku – wiadomo co robić.
    Ostatnio byłam na dwóch rozmowach kwalifikacyjnych. Obie wprost wzorcowo spie@#^&łam. Nie pomogło myślenie, że jestem fajna jak gofr z bitą śmietaną i truskawkami i wszyscy mówili, że dam radę. Zżarł mnie strach. Na dodatek moja naturalna predyspozycja do odczuwania szczęścia pomimo niepowodzeń nie pozwoliła mi wyciągnąć konstruktywnych wniosków po pierwszej wpadce. Ale nie znałam wtedy metody z pozycją siły. Muszę wypróbować następnym razem. Może na mnie zadziała. 🙂

    Polubienie

  12. Amy to typowa bohaterka internetu, zrobila jakies badania z ktorych cos jej wyszlo – tlum sie nie zna wiec lykal wszystko, szybko na TEDa i wydanie ksiazka aby zagwarantowac status celebryty bohatera.
    Potem badania sa podwazane przez powazne instytucje naukowe wiec jej teoria jest warta tyle co Stefana spod alkoholowego, z ta roznica ze Amy oprocz tego ze jest bohaterka jest takze milionerka bo tlum bardziej interesuje przemowienie na youtube niz jakosc jej teorii.
    A Stefana ciagle nikt nie chce sluchac..

    Polubienie

    1. Bo Stefanowi nikt nie powiedział:
      „Słuchaj, nowe zęby/licówki może i kosztują 20K, ale dzięki nim i ciuchom za drugie 20K zarobisz 1000K na opowiadaniu bzdur że nie potrzebujesz nowych zębów tylko postanowienia noworocznego” 😉

      Polubienie

  13. Ja po raz pierwszy zrobiłem sobie coś takiego jak noworoczne postanowienia. Mam w tym roku kilka celów, które pragnę osiągnąć i wiecie co? Póki co mija drugi tydzień stycznia a ja nadal trwam w postanowieniach. Jeśli tak dalej pójdzie to będę z siebie mega dumny.

    Polubienie

  14. Nie wiem po co ludzie demonizują datę 01 stycznia – przecież to tylko umowna data, taka jak każda inna. Ale jeśli to takie ważne, to postanówcie sobie, że następnego 01 stycznia zluzujecie gumę od majtek i zaczniecie żyć swoim życiem, a nie będziecie go kreować na potrzeby innych ludzi. – zapominacie, że to Wasze życie. Postanówcie sobie też, że zaczniecie kochać siebie i robić to, na co macie ochotę.

    Po drugie, jak czytam podobne wpisy, artykuły itp to czuję, że jesteście z WIELKIEGO MIASTA WARSZAWY – miasta lansu, depresji, wydumanego nieszczęścia i innego syfu (metafora), ale dosłownie też – smog . Tu nie ma modnych lokali, nie ma klubów nocnych, jest kino, kilka bibliotek, kilka restauracji z dancigiem (sic!), kryty basen, kilka porządnych boisk przy szkołach, w sezonie zimowym miejskie lodowisko, a drugie śniadanie przygotowujemy sobie sami w domu i zabieramy je do pracy zawinięte w papier śniadaniowy.
    Odnoszę wrażenie, że szczęście wyniosło się z WMW ( he he brzmi podobnie jak bmw – w wolnym tłumaczeniu bolid młodzieży wiejskiej) do nas na prowincję. A to szczęście na prowincji jest bardzo proste – nie mam kont na facebooku, instagramie, twitterze i innych diabelskich portalach. Jak mam ochotę, to pójdę do kina, albo na spacer do lasu – bo blisko mam kilka lasów. Jak jest ciepło jeździmy na rowerach, ale nie po ścieżce rowerowej w mieście, ale po okolicy, ewentualnie jedziemy na piknik, na który zabieramy zwykłe jedzenie przygotowane przez nas samych łącznie z samodzielnie upieczonym chlebem, samodzielnie przygotowaną w domu wędliną i jajkami – jajek sami nie znosimy, jajka kupujemy od okolicznych gospodarzy 😉 A zimą sanki – akurat kilka dni był fajny śnieg i chociaż jesteśmy w wieku 40-50 lat, to bawimy się jak dzieciaki. Dwa razy do roku wypad do WMW, do galerii handlowej po sezonową garderobę, chociaż ten zwyczaj też już upada, bo handel przenosi się do internetu. Na urlop wyjeżdżam tam, gdzie JA mam ochotę, a nie dlatego, że wszyscy w korpo już tam byli oprócz mnie. A jak mam ochotę, to zostaję w domu, żeby odmalować duży pokój – my na prowincji nie mamy salonów – mamy małe i duże pokoje 😉 To, co jest modne, to jest dobre dla ludzi ograniczonych umysłowo, szukających recepty na życie w poradnikach pisanych przez cwaniaków, na portalach społecznościowych i w kultowych serialach… I przede wszystkim nie muszę się codziennie napinać i lansować. Garsonkę lub garniturek zakładam do pracy tylko dlatego, że lubię klasyczne ubrania dobrej jakości. Lubię być ubrana, nie elegancko, lecz schludnie – bo jak powiedział w filmie Uwikłanie Prezes Sawin do Prokurator Szackiej : elegancja zaczyna się od 10 000 tysięcy, a Pani, to jest co najwyżej schludnie ubrana ;D;D
    Życzę Wam wszystkiego dobrego i przede wszystkim dużo miłości… do samych siebie !

    PS. Zamiast kolejnego podręcznika jak żyć, polecam Wam piosenkę M. Malńczuka pt: Kocham się

    Polubienie

    1. @”ja to ja”- Z całego serca cieszę się, że wiedziesz szczęśliwe życie, również życzę wszystkiego dobrego, miłości, buzi buzi, klapa goździk rąsia cmok, na zdrowie etc. etc.
      Nawet i to, że nie musisz sama znosić tego jajka aby móc je zjeść – dokłada cegiełkę do pozytywnego obrazu prowincji. Jednak myśl o zjadaniu lub sprzedaży na kopy własnego potomstwa, zniesionego gdzieś pomiędzy kolejnymi etapami porannej krzątaniny – dopiekania chleba na kanapki, zakładanie schludnych majtek etc etc) jest niepokojąca i mało estetyczna.
      Ale ja nie o tym chciałem, tylko o tym – nie wiadomo czy bardziej rozczulającym czy rozbawiającym – pełnym współczucia i z trudem skrywanej moralnej i egzystencjalnej wyższości wywodzie o szczęściu jaki popełniłaś.
      Otóż w tym wszystkim(rzecz jasna jestem wdzięczny za troskę o moje szczęście) – jest pewien mały haczyk.
      A polega on na tym – że najprawdopodobniej przeoczyłaś drobiazg taki, że jakby się tak przejechać po Polsce(a niektórzy się przejechali wiele razy wszerz i wzdłuż 🙂 to widać gołym okiem, że procent ludzi szczęśliwych i nie – jest wszędzie mniej więcej taki sam.
      Zaskakujące, ale tak jest!
      Co bardziej zaskakujące – ogromna większość mieszkańców Warszawy mieszka w niej bo…zwyczajnie lubi. A bardzo duża część – zwyczajnie z wyboru. Własnego, nie rodziców.
      I jak wszędzie indziej – żyją, bywają szczęśliwi, bywają nieszczęśliwi…
      Recepty na szczęście nie ma, uniwersalnej. Jeden lubi życie szybkie, intensywne, miejski zgiełk(z którego przecież w każdej chwili można uciec, a miejskie trasy rowerowe to opcja, nie obowiązek!), inny spokojniejsze, małomiasteczkowe klimaty, jeszcze inny będzie szczęśliwy dopiero mieszkając w chatce ulepionej własnoręcznie z gówna i sitowia – max eko i co ważne, nie z Ikei.
      Ważne, aby mieć wybór!
      A ja go mam – w końcu w każdej chwili mogę pieprznąć tym wszystkim, wyjechać na prowincję, kręcić kiełbasy, znosić jajka i takie tam.
      Tylko jakoś nie chcę 🙂

      Polubienie

  15. ups! skasowało mi się zdanie, po słowie smog, powinno być:”Jestem z małego miasta.” i dalej dopiero : Tu nie ma modnych lokali, nie ma klubów nocnych, jest kino, kilka bibliotek, kilka restauracji z dancigiem (sic!), kryty basen, kilka porządnych boisk przy szkołach, w sezonie zimowym miejskie lodowisko, a drugie śniadanie przygotowujemy sobie sami w domu i zabieramy je do pracy zawinięte w papier śniadaniowy.”

    i luz, każdemu się, zdarza 😀

    Polubienie

  16. Z powodu braku nowego wpisu przejrzałam jeszcze raz powyższy. 🙂
    Sprawdziłam sobie tę Amy. Ona tylko z przodu wygląda tak fajnie, najwidoczniej lansowana przez nią pozycja powoduje skrzywienie kręgosłupa w odcinku piersiowym.
    Za to mąż Amy jest ok.
    I jeszcze jedno – „predyspozycje do odczuwania radości”. Biofeedback można sobie kupić i poprawić, posprawdzać różne stany odczuwania.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s