Spójrzcie na tę kobietę. Tak wtedy wyglądała bogini seksu. Gdyby w XIX wieku istniał serwis na literę I, ona dostawałaby najwięcej lajków. Lekko pyzata, duże oczy, lekko nadęta, twarz dziecka. (Moja babcia Lodzia wyglądała podobnie w czasach młodości). To Baby Doe Tabor.
Rozpaskudzona, pożądana, wyszła za mąż za człowieka dwa razy od niej starszego, którego odbiła jego żonie. Żyła w luksusach, umarła w nędzy. A wszystko na Dzikim Zachodzie.
Będąc w Odessie poszedłem więc do opery na Giselle, czyli „najpiękniejszy balet romantyczny XIX wieku”. Zaczęło się dobrze, bo przed spektaklem lali w barku całkiem niezły koniaczek. Po dwóch – świat wydał nam się miejscem pięknym i szlachetnym.
Do czasu. Zasiadłem na balkonie, oglądam i aż mi się czajnik zagotował. Ale – nie uprzedzajmy faktów.
Mamy ładną dzidę, w tej roli przepiękna wieśniaczka Giselle. O Giselle stara się beta, czyli leśniczy Hilaron. Ma stabilną fuchę, wielką flintę i zero szans. Każda kobieta już czytając te słowa wie, że taki kolo to się może do małżeństwa nadaje, ale do romantycznej miłości już nie bardzo. Giselle poznaje Chada z kwadratową szczeną, powyżej 180 cm wzrostu, który podchodzi do niej i mówi: “Siema maleńka, pomogę ci z winobraniem”.
(Jestem Dominik i podoba mi się Twoja mini
Kręcą mnie Twoje cycuchy o wielkości dyni
Rozbieraj się do bikini by czynić swoją powinność)
Giselle nie wie, że ten facet to w rzeczywistości książę Albert ze Śląska (młody, przystojny, bez chorób wenerycznych, moja beta nigdy pusta). Nie był Polakiem, tylko był Ślązakiem. To różnica, jak między twarogiem, a serem. Niby podobne, ale jednak nie. Miłość jest wielka i oczywiście od pierwszego wejrzenia (dzisiaj: włożenia).
Będąc w Zagrzebiu zobaczyłem Muzeum Spierdolonych Relacji. To znaczy muzeum miało nieco bardziej porządną nazwę „Museum of Broken Relationship”. Ale nie bądźmy językowymi purystami, każdy wie, o co chodzi. Spierdolone, to spierdolone, po co drążyć?
Stanąłem przed tym szyldem i tak stojąc tam, pomyślałem, że wszystko się zmieniło i już się nie odmieni. Albowiem nie spocznę, nie klęknę, nie napiję się setki rakji ani nawet pół, nie zagryzę Ćevapčići ani suchą szynką, dopóki tego muzeum nie odwiedzę. I wszedłem, ba, nawet kumplom bilety postawiłem, bo inaczej nie chcieli wejść, psiejuchy.
Zawartość muzeum to artefakty ze związków, które nie wypaliły.
I tak z zainteresowaniem obejrzałem, jak panie wzrokiem badają różowego penisa nadesłanego przez pewną Wiedenkę. „Byłam w nim szaleńczo zakochana od pierwszego wejrzenia, ale zaczął mnie za bardzo wkurwiać. Nie wiedziałam co zrobić z wibrującą repliką jego bakłażana to podesłałam wam do muzeum.” I bach, w gablotce różowe dildo.
Wibrująca replika bakłażana
Albo zdjęcie uroczego pomościku nad wodą (Bloomigton, Indiana, USA). A obok podpis: „Jezioro Floryda gdzie zerwałam się ze szkoły z moim chłopakiem. Strzałka pokazuje miejsce, gdzie po raz pierwszy zobaczyłam jego penisa w blasku słońca.”
Strzałka pośrodku, ale bardziej po lewemu pośrodku 😉
I nawet ja, który nie jestem romantyczny, się wzruszyłem. Tak ten chuj w słońcu mną wstrząsnął.
Gdyby ktoś mnie przypiekał na stosie, groził, że już nigdy nie zjem makaronu z truflami, nie napije się whisky, ani nie zobaczę żadnej kobiety topless, a następnie zażądał jednej, ale kluczowej rady w tym zakresie, to zacząłbym od: zabezpieczaj się i noś bokserki, a nie slipy.
Używanie prezerwatyw ma bardzo racjonalne, naukowe podstawy, zapobiega licznym kłopotom, na czele z różnymi dermatofitami, w przeciwieństwie do wszystkiego, co napisałem tutaj niżej. Bo to, co jest niżej, płynie głównie z mojego doświadczenia (i z badań psychologicznych, a psychologia to ciągle w sporej części szamaństwo i puszczanie z ogniska sygnałów dymnych, licząc, że się do kogoś dotrze).