Pazury

Lisice właściwa i niewłaściwa siedziały w pokoju pochłonięte piłowaniem pazurów. Dwa posągowe rudzielce siedziały niczym sfinksy.

– Oglądałaś mecz?

– Nie, nie lubię sportu – odrzekła starsza nie odrywając wzroku od paznokci. Pazury musiały być idealne. Później miała zamiar je pomalować na burdelową śliwkę.

Starsza lisica była bardzo dumna ze swojego looku ale Christina Hendricks. Cycki miała na szczęście mniejsze ale za to włosy dłuższe. Na szczęście bo jaka normalna kobieta była w stanie udźwignąć na plecach takie bomby lotnicze???? A w jej przypadku i tak rozmiar był stanowczo ponadnormatywny. Zresztą starsza lisica nie spotkała jeszcze mężczyzny, który składałby jakiekolwiek zażalenia w tej sprawie. .

– Co piszesz? – zainteresowała się.

Lisica młodsza porzuciła na chwilę paznokcie i pracowicie wstukiwała smsa na swoim telefonie. – Wpadnę do ciebie, ale, wiesz, bez całowania, bo jakieś choróbsko mnie wzięło – zrelacjonowała.

– Aha – mruknęła pod nosem w odpowiedzi. lisica właściwa.

Tartak pilniczków rozbrzmiewał przez chwilę po pokoju, czasem któraś dmuchnęła, żeby usunąć pył spiłowanych płytek.

– A ty słyszałaś? Podobno z tej Marlenki… – zaczęła znowu niewłaściwa.

– Tej z nieruchomości? – nadstawiła uszu właściwa.

– Tej właśnie. Straszna zdzira z niej.  

– Taaak? – uprzejmie dzieląc uwagę na pół zainteresowała się trochę bardziej właściwa.

– Dała ponoć Marianowi. Teraz daje Czarnemu. A przecież to mężatka!

– Czarnemu to w sumie też bym dała – oceniła jakość opiłowanego palca wskazującego lisica właściwa i postanowiła wyciągnąć lakier.

– Eee, on mi jakoś pedałowato wygląda – oceniła lisica młodsza. – Za to Marian! Marian ma w sobie coś dzikiego. Taki wielki, nieokrzesany kutas. Wiesz co taki typ potrafi w łóżku????

– Uhum – Lisica właściwa jak kobra ściągnęła wzrokiem niewłaściwą i przyszpiliła. – Ta Marlenka to tylko z Czarnym i Marianem?

– Ja tam więcej nic nie wiem.

– Ale powiesz jak się dowiesz?

– No pewnie.

Zapach acetonu wylewał się z małych pojemniczków i zaległ cienką warstwą po pokoju. Obie malowały. Po 10 minutach lisica właściwa wyciągnęła z szuflady suszarkę i puściła strumień ciepłego powietrza na paznokcie.

Następnie podniosła dłoń powyżej głowy, ułożyła drapieżnie palce, zaczęła obracać powoli ręką w lewo i prawo.

Była bardzo zadowolona.

Takimi właśnie pazurami, wiedziała dokładnie komu, chciałaby przeorać plecy.

Ojciec

JO pojechał z Romkiem do lekarza na badanie kontrolne. To znaczy bronił się jak mógł, narzekał, prychał, apelował do wyższych, uczuć, tłumaczył, że o 10.30 musi być w sądzie ale nie wskórał nic. Żona JO zmierzyła go bacznym wzrokiem po czym stwierdziła zimno, że nastąpił czas kiedy musi wyrobić swoją średnią statystyczną bycia ojcem czyli osiem minut dziennie.

JO jadąc do przychodni zachowywał się w miarę naturalnie.  W końcu jadąc ulicami Warszawy, nie sposób się powstrzymać czasem od „kurwa”, tudzież „ty chuju”, „ja pierdolę co za debil!” czy „gdzie jedziesz złamasie”?

Postanowił się pohamować dopiero gdy Romek z tylnego siedzenia zaczął gdakać naprzemian: „ulwa!” „juj!”, „ulwa!”, „juj!”.

Czytaj dalej

Autostopowicz

– Byłem u fryzjera – wyznał dumnie JO.

– Dumny jestem jakbym sam cię urodził – uśmiechnął się złośliwie Marian. – A co tam robiłeś jak umyli ci i nawoskowali czachę?

Czytaj dalej

Masaż

Poczułem zapach Chanel Allure. Czyli jaśmin, mandarynka i chyba róża.  Zapach zakradł się do mnie od tyłu i zaczął bardzo profesjonalnie robić masaż karku.

– Trzy centymetry niżej.  Dzięki, że mnie odwiedziłaś kiedy byłem chory – mruknąłem z wyrzutem.

– Chciałam. Ale co Twoim zdaniem miałam powiedzieć Andrzejowi??? Że gdzie idę wieczorem?

– Jeszcze trochę w prawo. Prawdę. Żyć należy prosto. Idziesz odwiedzić kolegę z pracy.  Który może skonać w każdej minucie.

– Czarny Twoja reputacja cię wyprzedza. Zgodziłby się gdybym szła z wieńcem na twój grób. Poza tym nie nudziłeś się. Olga cię odwiedzała.

– A co by było na szarfie na wieńcu? – zainteresowałem się.

Czytaj dalej

Maskara

– Halo? – Marian odebrał, dzwoniła żona.

– Marian! Kupisz mi maskarę, ja nie mam czasu!! – rozwrzeszczała się znienacka słuchawka Mariana.

Marian z obrzydzeniem, jakby tarantulę trzymał za odwłok, odsunął od ucha telefon, na jakieś 10 cm i słuchał dalej.

– Pójdziesz do Douglasa i mi kupisz coś fajnego, ma pogrubiać i podkręcać rzęsy, aha i szczotka a być wygięta!!

Perła potu zalśniła na czole Mariana, zaraz obok błękitnej żyłki, która pojawiła się nie wiadomo skąd.

– Sama se nie możesz kupić??! – odwrzasnął.

– NIE… MAM… CZASU!! – zaryczała słuchawka – A… TY… MASZ… BLISKOOOOO… – zaryczała i zasapała.

– Już dobra, dobra – pojednawczo zniżył ton Marian – To weź mi napisz smsa dokładnie co mam kupić, bo wiesz, że się nie znam.

Połączenie momentalnie zrobiło over.

Zapadła cisza.

Nim ktoś ją przerwał przyszedł sms.

– No co się gapicie? – zapytał Marian – Luzik, jak zawsze się nie wyrabia z niczym, a ja muszę ratować sytuację.

– To se nie może przez internet jak każda normalna kobita zamówić? – zapytał JO.

– Nie. Woli sama kupować.

– Przez ciebie?

– Lepiej przeze mnie niż przez internet – wyszczerzył się Marian.

Marian wylazł z pracy. Do Douglasa w Złotej Teresie jak na jego gust było o 100 metrów za daleko. Przeczytał sms: Givenchy, Phenomen’Eyes Mascara.

– Pieprzyć Douglasa, zresztą na jasny chuj mnie wysyła, idę do Rossmana, czym się jedna jebana maskara od drugiej różni, ceną i metką co najwyżej – postanowił.

Wszedł i nie opierdalając się w ogóle podszedł do sprzedawczyni perfum, pudrów i tuszów do rzęs i patrząc prosto w oczy zaczął:

– Dzień dobry, potrzebuję pomocy, potrzebuję maskary – zastygł.

– Jakiej? – padło pytanie uzupełniające.

– No wie Pani, takiej dla kobiety, do brwi…

– Rzęs chyba?

– To nie to samo?

– Nie, jak Pan chce maskarę to do rzęs. Ma wydłużać, pogrubiać?

– Nie wiem – Marian bezradnie rozłożył ręce – ma być pokręcona.

– ??

– Nie prosta, pofalowana, ta szczoteczka – wydusił.

Sprzedawczyni była młoda, miała ciemne odrosty pod blond fryzurą i różowe paznokcie ale i tak Marian chciwie patrzył na jej tyłek gdy schylała się na dolną półkę.

Już zaczynał nawet puszczać wodze fantazji. Nic szczególnie wyrafinowanego. Szybka laska w samochodzie załatwiłaby sprawę.

– To powinno być to – nieświadoma ciężkiej pracy językiem sprzedawczyni podniosła się, rozkręciła maskarę, fakt, szczotka była czarna i pofalowana, zołza powinna być zadowolona.

– A ile to w ogóle kosztuje? – zapytał jeszcze.

– 10zł.

Marian był wniebowzięty, miał jakieś mgliste pojęcie, że kwoty przeznaczane przez starą na kosmetyki nie są aż tak żenująco niskie, ale jak raz solidnie spieprzy, to może i ona się od niego na dobre odpieprzy.

Zadzwonił telefon. Odebrał.

– Gdzie jesteś?

– W Ro… w sklepie.

– W Douglasie?

– Tak, tak…

– I co wybrałeś?

– Piękna maskara, Loo-ve-ly – przeczytał.

– Jaja sobie ze mnie robisz? – wrzasnęła słuchawka.

– No nie, pani poleciła, podobno supermarka.

– Czy ja mówię po estońsku????? Wyrzuć to gówno do śmietnika, idź do Douglasa i kup mi to co Ci pisałam!!!,

Obok stał ochroniarz, taki starszy, szerszy w barach, siwawy, brązowe oczy, zapytał:

– Co tam? Żona zła? Dobrej maskary Pan potrzebuje? Dobrze słyszałem?

Marian przeklął w duchu swój zasmarkany smarkfon.

– Nooo… tak…

– To co za problem?

Ruszył wzdłuż półek pieszczotliwie gładząc produkty opuszkami lewej ręki.

Marian się zaniepokoił, pedał, czy co?

Ochroniarz jak po sznurku podszedł do L’Oreala i sięgnął po jeden produkt, podał Marianowi.

– To powinno być to.

– Dobre to jest? – zapytał, rzucił okiem na cenę, jakieś 80zeta, więc zaczęło mu się wydawać, że może i dobre, wolałby przepić tą kasę, ale trudno.

– L’Oreal to panie produkuje i dla Lancome i dla Guerlaina i dla innych.

Marian zbaraniał, bo skąd niby dorosły chłop ma takie rzeczy wiedzieć?

Patrzył z niedowierzaniem na ochroniarza, na plakietce dodatkowo miał napis – szef.

– Co pan tak patrzy? Aktorem jestem, drugoplanowym, to się znam.

Pół godziny później w domu.

– Kupiłeś?

Marian podał opakowanie.

– Co to jest? – warknęła.

– No maskara.

– Co to za gówno? Dlaczego nie kupiłeś tego o co prosiłam???

– A co za różnica? – zdziwił się Marian. -Jedno maskara, drugie maskara. Dobra jest w sklepie mi mówili.

– Debil!!! – wrzasnęła.

Manifestacyjnie otworzyła drzwi szafki, jej ręka wsunęła się do środka, usłyszał pacnięcie, po którym się skrzywił. Maskara wylądowała koło zgniłego pomidora i kartonu po mleku.

Ta sama ręka, która dokonała egzekucji maskary, wyprostowała palec wskazujący i pokazała drzwi.

Wkurwiony Marian spojrzał na jej twarz, po czym doszedł do wniosku, że nie ma sensu kłócić się z wariatką i sięgnął po kluczyki od samochodu.