Sezon urlopowy (wspomnienia z przeszłości)

– Zauważyłem, że rozpoczął się sezon urlopowy.

– Jak zwykle błyskawicznie kojarzysz. Bo? – zapytał Ufo.

– Wyszedłem na balkon.

– Tak?

– Rano. Z kawą. Wiesz espresso z mlekiem.

– No tak.

– Nagi. Z pytongiem na wierzchu.

– ???

– Gorąco jest. Nie będę spał przecież w piżamie. Jak zimno jest nie śpię, to teraz mam spać??

– OK.

– Stoję. Patrzę. Podziwiam. Zielono dookoła, ostatnie piętro. I słyszę: dzień dobry sąsiedzie! Gorąco się zrobiło co?

– Kto to?

– Sąsiadka. I się usmiecha. Taka furkocząca 40 tka. Blond. Nawet zadbana. Wiesz z tego gatunku co żyje żeby pracować, się naciągać i na wakacje na Bali jechać gdzie dosiada atrakcyjnych przedstawicieli płci przeciwnej.

– I co zrobiłeś?

– Odpowiedziałem: dzień dobry, przysłoniłem ptaka spodkiem i oddaliłem się godnie z balkonu.

– Godnie?

– Truchtem.

– A skąd ten urlop?

– Normalnie nigdy jej w domu nie ma. W firmie doradczej pracuje. Musi mieć urlop.

25477420_9cb406ad74_bPhoto by José M. Ruibérriz   a Creative Commons license

Chłopaki z Egiptu

– Mam takiego kolegę sędziego. I jego rodzice pojechali do Egiptu. Na wakacje. Wygrzać się. I pewnego dnia jego ojciec wstał rano, ubrał się podszedł do drzwi i… centralnie zesrał w gacie.

– Jak to zesrał? – zdziwił się JO. – Do kibla nie zdążył??

– Od razu widać, że w Egipcie nie byłeś – machnął ręką  Marian.

– Otóż jak już się zesrał to owszem zdążył – pokiwałem głową. – I nawet cały dzień tam spędził. Jak w końcu wyszedł, bo przyszedł jakiś egipski doktor to powiedział do żony, że jeszcze rano wydawało mu się, że zrobienie dwójki to najprzyjemniejsza część dnia. A teraz zmienił zdanie. No, więc ten mój kumpel go wyśmiał, że jak to można do sracza nie zdążyć. Bo, co jak co kontrolę nad zwieraczami to mimo 6 dych na karku ojciec powinien mieć. Zestarzałeś się ojciec – powiedział. Nic w tobie ducha bojowego kozaków nie zostało.  Już tylko kefir, zefir i cioplenki sortir.

– Co kurwa? – zdziwił się Marian.

– Kefir, zefir i ciepły kibel idioto.

– A matka? – zainteresował się Jo.

– Nic jej nie wzięło. Twarda jak stal. I rok później ten mój kumpel pojechał do Egiptu z taką ostrą laską żeby ponurkować.

– W wodzie?

– Też. No i nurkował z nią rano w łóżku, a później zebrał się żeby zrobić już nurkowanie głębinowe na 30 kilku metrach, szedł uśmiechnięty i zadowolony korytarzem strzelając blinki zębami, wiecie jak to facet po dobrym rżnięciu aż WTEM…

… zesrał się w gacie – dokończył ponuro Marian.

– Jakbyś tam był. I opowiada mi – Człowieku!!! To było jakby nagle ktoś mnie za jelito chwycił i skręcił. Nawet kroku nie zdążyłem zrobić!!

– A dalej?

– A dalej to wrócił do pokoju, wyrzucił spodnie i gacie do kosza na śmieci i wziął laptopa na kolana. I obejrzał 12 odcinków LOSTa. Pod rząd. I powiedział, po powrocie że w życiu już do Egiptu nie wróci.  A już zwłaszcza w opcji all inclusive.

17843828_801f400365_o

Photo: mnadi Creative Commons

Piszę list. Do siebie za 10 lat

Cześć stary. Lubię Cię wiesz? Mimo, że jesteś – jestem? potwornie starym pierdzielem. 47 lat? Nawet nie przypuszczałem, że dożyjemy czegoś takiego.

Mam nadzieję, że się nie spasłeś bydlaku??? Wiesz, skoro przez 37 lat udało ci się nie przekroczyć 80 kilogramów to nie ma powodu żebyś nagle miał chodzić z pękatym kałdunem.

Poza tym ju noł skoro Brad Pitt potrafi mieć tarę na brzuchu mając 5 dych na karku, to ty też potrafisz.

Mam nadzieję też, że ci nadal staje. To może pod względem wielkości nie jest największy organ męski – ale my faceci przykładamy do niego zasadniczo duże znaczenie. Część nawet największe.  Choć to nieprawda, że rządzi nami kutas. To przecież oczywiste, że rządzą nami cycki.

Czytaj dalej

37

Nigdy nie przypuszczałem, że będę tak stary.

Kiedy miałem 15 lat – zastanawiałem się momentami jak to będzie kiedy nadejdzie rok 2000. Jak to będzie kiedy ukończę studia (nie wiedziałem wtedy jeszcze jakie), jak to będzie być całkowicie dorosłym, odpowiedzialnym i pukać te fajne rude laski z wielkimi balonami.

I wiecie co? Rok 2000 minął 13 lat temu.

Film „Chłopaki nie płaczą” ma 13 lat.

13 lat temu zaczęli kręcić M jak miłość.

13 lat temu oddali do użytku most Świętokrzyski, który później wystąpił w każdej reklamie w tym kraju.

Ja pierdolę 13 lat temu otworzono mBank.

W piątek widziałem się ze swoim przyjacielem ze studiów. Uświadomiłem sobie, że znam go już 17 lat.

Jestem stary, stary, STARY!!!! Koniec dramatu.

Jest taka piosenka Franka Sinatry “It Was A Very Good Year”.

Śpiewa z jakimi kobietami był kiedy miał 17, 21 i 35 lat.

Mi najbardziej podobała się ta zwrotka kiedy opisuje siebie jako 35 – latka.

“When I was thirty-five

It was a very good year

It was a very good year for blue-blooded girls

Of independent means

Wed ride in limousines

Their chauffeurs would drive

When I was thirty-five”

Co się wydarzyło kiedy miałem 36 lat?

Od razu po urodzinach wylądowałem w szpitalu. Przy okazji chciałbym uświadomić wszystkich, którzy uważają że ratunkiem dla państwowej służby zdrowia jest całkowite sprywatyzowanie służby zdrowia – odpowiadam ni chuja. Przepraszam – doprowadzi to do sytuacji, że pewnych chorób zwyczajnie nie da się wyleczyć, bo się to nikomu nie będzie opłacać.

Moja choroba – nazwijmy ją „podwójny botoks w prawy pośladek i depilacja nóg laserem” należała do gatunku takich, że żaden szpital prywatny nie był w stanie technicznie jej przeprowadzić.

Po prostu nogi miałem zbyt owłosione.

W szpitalu wylądowałem w dwójce, ba nawet z prysznicem – całość wyremontowana za unijne pieniądze i byłoby całkiem przyjemnie gdyby nie to, że obok mnie wylądował facet który miał nieszczęście upaść twarzą na studzienkę kanalizacyjną.

Ludzie – ale on chrapał! Ja pierdziele jakże ja współczułem jego żonie. Zwłaszcza po czwartym spacerze który odbyłem w ciągu jednej nocy. Nie, zatyczki też nie pomagały.

Z pobytu w szpitalu najbardziej jednak zapamiętałem kolacje podawane o godzinie 16. Za pierwszym razem dostałem: dwie kromki suchego chleba, jedno obrane jajko na twardo i kawałek masła ot tak wielkości połowy łyżki. Za drugim był już wypas – jajko zastąpił dietetyczny twarożek.

W grudniu okazało się, że moja książka sprzedaje się z przyspieszeniem Sputnika 2 z suką Łajką na pokładzie (Łajka niestety zdechła w trakcie lotu, a i tak nie przewidywano jej ściągnięcia z powrotem co jest kolejnym dowodem na to, że jak faceci wystrzelą sukę w kosmos to nie przewidują jej powrotu).

W styczniu siadłem do pisania drugiej części. I wyznam wam szczerze niewiele już z tego okresu pamiętam, bo nie chcę pamiętać.

Zapierdalałem tak że do czerwca pozbyłem się zaległego urlopu z poprzedniego roku i właściwie całkowicie wykorzystałem urlop na rok obecny.

Najwięcej książki napisałem siedząc niczym mnich na strychu u moich rodziców rozpoczynając w sesji pierwszej o 7 rano a kończąc o 13 a kontynuując w sesji drugiej od 14 do 19 (jak ktoś zapyta jak powstają moje teksty zakurwię z laczka i poprawię z kopyta).

To był rok podróży. Byłem w Los Angeles, Czechach, Hiszpanii i Francji. I do LA kiedyś jeszcze wrócę.

Do niedawna moim ulubionym miastem w USA był Nowy Jork. Przy drugiej wizycie w Los Angeles jednak absolutnie zadurzyłem się w tym mieście. Jest dzikie, szalone i różnorodne. I tylko tu możesz zobaczyć gdzie i przed jakim klubem nocnym padł z przedawkowania znany aktor, tylko tu możesz zza szyby luksusowego samochodu oglądać bramę rezydencji Hugh Hefnera, tylko tu widzisz kolejkę na 700 metrów do roli w drugorzędnym serialu i tylko tu możesz zobaczyć jak wyglądało miejsce gdzie kręcono Californication.

Patrzę na ten rok, który już minął, oglądam swój ryj w lustrze i pocieszam się że i tak wyglądam pięć lat młodziej niż w rzeczywistości i myślę, że do nędzy jestem już na tyle stary i cyniczny, że mogę sobie pozwolić na patrzenie z nadzieją w przyszłość.

2431_8851

Na hiszpana vol 2.

Były dwa momenty w których zorientowałem się dlaczego tutaj jest takie cholerne bezrobocie.

Pierwszy kiedy spacerując ulicami Cordoby zobaczyłem 50 straganów z identycznym barachłem – identyczne fartuszki kuchenne z bykiem, identyczne wachlarze w 65 wzorach, identyczne figurki, identyczne azulejos. I identyczne znudzone miny sprzedawców, bo od biedy ktoś ten nawóz made in china oglądał, ale kupować to już nie było komu.

I drugi moment kiedy stałem pod drzwiami przyzwoitej restauracji w Sewilli i z opadniętą szczęką przeczytałem: zamknięte z powodu urlopu od 1 sierpnia do 15 września.

Nie, no rozumiem sam chciałbym mieć półtora miesiąca urlopu. Ale robić go sobie w środku sezonu turystycznego to trzeba mieć wyjątkowo duże cohones.

OLE!

Dziś za człowieka, który odniósł sukces uważa się jednostkę , którą stać na podróże. Która pracuje przez 48, 49, 50 tygodni w roku a następnie może pojechać gdzieś daleko, poznać nowych ludzi, zjeść kilka mniej albo bardziej smacznych rzeczy (chorizo z pieca tak, cuttlefish z pieca nie, risotto z ośmiornicą tak, sałatka ze słodkim serem i orzechami nie), wykorzystać kartę kredytową do oporu i wrócić budząc zazdrość bliźnich.

Czym więcej tych podróży w roku – tym jesteś bardziej wolny. Really?

Tym samym w nieunikniony sposób doszliśmy do momentu najważniejszego: czy warto zapierdalać przez 50 tygodni dla dwóch tygodni urlopu, który właśnie się skończył?

Oczywiście, że nie warto.

Co to za wymiana 2 za 50?

To jak targ niewolników, kiedy łaskawy pan zezwala ci na oddalenie się na krótką chwilę od plantacji bawełny i bata.

Zasadniczo lepiej jest mieć własne życie przez cały rok niż przez dwa tygodnie.

Co robiłeś w swoim życiu? Pracowałem 42 lata dla kopro po 12 godzin na dobę – za to co roku dwa tygodnie spędzałem na wakacjach. Fajnie brzmi nie?

Winter is coming. Czuję to w powietrzu. Nie ma już ciepłych wieczorów. Czuję pustkę, jak czas zapierdala i przesypuje mi się przez palce.

W czwartek rozmawiałem z kumplem (poszliśmy na dwa piwa, były cztery), że kiedy wygra 12 mln. w Lotto napisze wypowiedzenie własnym gównem na najbardziej kosztownym papierze.

Zapytałem czy będzie pisał będąc na sraczu, czy siedząc przy prokuratorskim biurku.

Wpycham w Barcelonie bilet w kasownik metra, na co maszyna coś tam mieli, mieli i w końcu nie wydaje biletu ani nie wpuszcza mnie do środka.

Na karcie zostało 9 przejazdów z 10 więc idę do słupa naciskam guzik i zaczynam się kłócić z panią porządkową aby tutaj zeszła i zwróciła mi mój prawowicie nabyty bilet.

Dyskusja trwa długo, w końcu pani mówi, że idzie ale nie idzie albo idzie wolno, więc znowu do słupa, znowu naciskam, znów powtarzam historię.

Pani przychodzi wyjmuje długi blankiet biletów po czym wciska go przemocą w gardło maszyny, ale maszyna nie chce go połknąć.

Powtarza to kilkakrotnie ciągle bez skutku.

Wreszcie, podchodzi do specjalnej skrzynki, wyjmuje specjalny klucz, blokuje bramkę, zdejmuje pokrywę wyjmuje mój bilet spogląda na mnie jak na idiotę i mówi: to bilet na pociąg nie na metro.

Ma rację, bilet na metro cały czas mam w kieszeni.

Pani żegna się ozięble.

Za granicę jedziemy dla takich wspomnień.

0971_70d1_500