Piszę list. Do siebie za 10 lat

Cześć stary. Lubię Cię wiesz? Mimo, że jesteś – jestem? potwornie starym pierdzielem. 47 lat? Nawet nie przypuszczałem, że dożyjemy czegoś takiego.

Mam nadzieję, że się nie spasłeś bydlaku??? Wiesz, skoro przez 37 lat udało ci się nie przekroczyć 80 kilogramów to nie ma powodu żebyś nagle miał chodzić z pękatym kałdunem.

Poza tym ju noł skoro Brad Pitt potrafi mieć tarę na brzuchu mając 5 dych na karku, to ty też potrafisz.

Mam nadzieję też, że ci nadal staje. To może pod względem wielkości nie jest największy organ męski – ale my faceci przykładamy do niego zasadniczo duże znaczenie. Część nawet największe.  Choć to nieprawda, że rządzi nami kutas. To przecież oczywiste, że rządzą nami cycki.

Czytaj dalej

37

Nigdy nie przypuszczałem, że będę tak stary.

Kiedy miałem 15 lat – zastanawiałem się momentami jak to będzie kiedy nadejdzie rok 2000. Jak to będzie kiedy ukończę studia (nie wiedziałem wtedy jeszcze jakie), jak to będzie być całkowicie dorosłym, odpowiedzialnym i pukać te fajne rude laski z wielkimi balonami.

I wiecie co? Rok 2000 minął 13 lat temu.

Film „Chłopaki nie płaczą” ma 13 lat.

13 lat temu zaczęli kręcić M jak miłość.

13 lat temu oddali do użytku most Świętokrzyski, który później wystąpił w każdej reklamie w tym kraju.

Ja pierdolę 13 lat temu otworzono mBank.

W piątek widziałem się ze swoim przyjacielem ze studiów. Uświadomiłem sobie, że znam go już 17 lat.

Jestem stary, stary, STARY!!!! Koniec dramatu.

Jest taka piosenka Franka Sinatry “It Was A Very Good Year”.

Śpiewa z jakimi kobietami był kiedy miał 17, 21 i 35 lat.

Mi najbardziej podobała się ta zwrotka kiedy opisuje siebie jako 35 – latka.

“When I was thirty-five

It was a very good year

It was a very good year for blue-blooded girls

Of independent means

Wed ride in limousines

Their chauffeurs would drive

When I was thirty-five”

Co się wydarzyło kiedy miałem 36 lat?

Od razu po urodzinach wylądowałem w szpitalu. Przy okazji chciałbym uświadomić wszystkich, którzy uważają że ratunkiem dla państwowej służby zdrowia jest całkowite sprywatyzowanie służby zdrowia – odpowiadam ni chuja. Przepraszam – doprowadzi to do sytuacji, że pewnych chorób zwyczajnie nie da się wyleczyć, bo się to nikomu nie będzie opłacać.

Moja choroba – nazwijmy ją „podwójny botoks w prawy pośladek i depilacja nóg laserem” należała do gatunku takich, że żaden szpital prywatny nie był w stanie technicznie jej przeprowadzić.

Po prostu nogi miałem zbyt owłosione.

W szpitalu wylądowałem w dwójce, ba nawet z prysznicem – całość wyremontowana za unijne pieniądze i byłoby całkiem przyjemnie gdyby nie to, że obok mnie wylądował facet który miał nieszczęście upaść twarzą na studzienkę kanalizacyjną.

Ludzie – ale on chrapał! Ja pierdziele jakże ja współczułem jego żonie. Zwłaszcza po czwartym spacerze który odbyłem w ciągu jednej nocy. Nie, zatyczki też nie pomagały.

Z pobytu w szpitalu najbardziej jednak zapamiętałem kolacje podawane o godzinie 16. Za pierwszym razem dostałem: dwie kromki suchego chleba, jedno obrane jajko na twardo i kawałek masła ot tak wielkości połowy łyżki. Za drugim był już wypas – jajko zastąpił dietetyczny twarożek.

W grudniu okazało się, że moja książka sprzedaje się z przyspieszeniem Sputnika 2 z suką Łajką na pokładzie (Łajka niestety zdechła w trakcie lotu, a i tak nie przewidywano jej ściągnięcia z powrotem co jest kolejnym dowodem na to, że jak faceci wystrzelą sukę w kosmos to nie przewidują jej powrotu).

W styczniu siadłem do pisania drugiej części. I wyznam wam szczerze niewiele już z tego okresu pamiętam, bo nie chcę pamiętać.

Zapierdalałem tak że do czerwca pozbyłem się zaległego urlopu z poprzedniego roku i właściwie całkowicie wykorzystałem urlop na rok obecny.

Najwięcej książki napisałem siedząc niczym mnich na strychu u moich rodziców rozpoczynając w sesji pierwszej o 7 rano a kończąc o 13 a kontynuując w sesji drugiej od 14 do 19 (jak ktoś zapyta jak powstają moje teksty zakurwię z laczka i poprawię z kopyta).

To był rok podróży. Byłem w Los Angeles, Czechach, Hiszpanii i Francji. I do LA kiedyś jeszcze wrócę.

Do niedawna moim ulubionym miastem w USA był Nowy Jork. Przy drugiej wizycie w Los Angeles jednak absolutnie zadurzyłem się w tym mieście. Jest dzikie, szalone i różnorodne. I tylko tu możesz zobaczyć gdzie i przed jakim klubem nocnym padł z przedawkowania znany aktor, tylko tu możesz zza szyby luksusowego samochodu oglądać bramę rezydencji Hugh Hefnera, tylko tu widzisz kolejkę na 700 metrów do roli w drugorzędnym serialu i tylko tu możesz zobaczyć jak wyglądało miejsce gdzie kręcono Californication.

Patrzę na ten rok, który już minął, oglądam swój ryj w lustrze i pocieszam się że i tak wyglądam pięć lat młodziej niż w rzeczywistości i myślę, że do nędzy jestem już na tyle stary i cyniczny, że mogę sobie pozwolić na patrzenie z nadzieją w przyszłość.

2431_8851

Na hiszpana vol 2.

Były dwa momenty w których zorientowałem się dlaczego tutaj jest takie cholerne bezrobocie.

Pierwszy kiedy spacerując ulicami Cordoby zobaczyłem 50 straganów z identycznym barachłem – identyczne fartuszki kuchenne z bykiem, identyczne wachlarze w 65 wzorach, identyczne figurki, identyczne azulejos. I identyczne znudzone miny sprzedawców, bo od biedy ktoś ten nawóz made in china oglądał, ale kupować to już nie było komu.

I drugi moment kiedy stałem pod drzwiami przyzwoitej restauracji w Sewilli i z opadniętą szczęką przeczytałem: zamknięte z powodu urlopu od 1 sierpnia do 15 września.

Nie, no rozumiem sam chciałbym mieć półtora miesiąca urlopu. Ale robić go sobie w środku sezonu turystycznego to trzeba mieć wyjątkowo duże cohones.

OLE!

Dziś za człowieka, który odniósł sukces uważa się jednostkę , którą stać na podróże. Która pracuje przez 48, 49, 50 tygodni w roku a następnie może pojechać gdzieś daleko, poznać nowych ludzi, zjeść kilka mniej albo bardziej smacznych rzeczy (chorizo z pieca tak, cuttlefish z pieca nie, risotto z ośmiornicą tak, sałatka ze słodkim serem i orzechami nie), wykorzystać kartę kredytową do oporu i wrócić budząc zazdrość bliźnich.

Czym więcej tych podróży w roku – tym jesteś bardziej wolny. Really?

Tym samym w nieunikniony sposób doszliśmy do momentu najważniejszego: czy warto zapierdalać przez 50 tygodni dla dwóch tygodni urlopu, który właśnie się skończył?

Oczywiście, że nie warto.

Co to za wymiana 2 za 50?

To jak targ niewolników, kiedy łaskawy pan zezwala ci na oddalenie się na krótką chwilę od plantacji bawełny i bata.

Zasadniczo lepiej jest mieć własne życie przez cały rok niż przez dwa tygodnie.

Co robiłeś w swoim życiu? Pracowałem 42 lata dla kopro po 12 godzin na dobę – za to co roku dwa tygodnie spędzałem na wakacjach. Fajnie brzmi nie?

Winter is coming. Czuję to w powietrzu. Nie ma już ciepłych wieczorów. Czuję pustkę, jak czas zapierdala i przesypuje mi się przez palce.

W czwartek rozmawiałem z kumplem (poszliśmy na dwa piwa, były cztery), że kiedy wygra 12 mln. w Lotto napisze wypowiedzenie własnym gównem na najbardziej kosztownym papierze.

Zapytałem czy będzie pisał będąc na sraczu, czy siedząc przy prokuratorskim biurku.

Wpycham w Barcelonie bilet w kasownik metra, na co maszyna coś tam mieli, mieli i w końcu nie wydaje biletu ani nie wpuszcza mnie do środka.

Na karcie zostało 9 przejazdów z 10 więc idę do słupa naciskam guzik i zaczynam się kłócić z panią porządkową aby tutaj zeszła i zwróciła mi mój prawowicie nabyty bilet.

Dyskusja trwa długo, w końcu pani mówi, że idzie ale nie idzie albo idzie wolno, więc znowu do słupa, znowu naciskam, znów powtarzam historię.

Pani przychodzi wyjmuje długi blankiet biletów po czym wciska go przemocą w gardło maszyny, ale maszyna nie chce go połknąć.

Powtarza to kilkakrotnie ciągle bez skutku.

Wreszcie, podchodzi do specjalnej skrzynki, wyjmuje specjalny klucz, blokuje bramkę, zdejmuje pokrywę wyjmuje mój bilet spogląda na mnie jak na idiotę i mówi: to bilet na pociąg nie na metro.

Ma rację, bilet na metro cały czas mam w kieszeni.

Pani żegna się ozięble.

Za granicę jedziemy dla takich wspomnień.

0971_70d1_500

Na hiszpana

Jakby mi pan Jezus gołą stopą po piersi przeszedł – powiedział kolega próbując 20 letniej whisky nabytej przez swoją siostrę w sklepie wolnocłowym.

Whisky pili w trójkę: on, siostra i ówczesny facet siostry, który oddawał się kobietom za buty sportowe (kupowały mu w prezencie a on je chędożył, najbardziej lubił adidasy).

Historia ta skończyła się tak : siostra wyrzuciła faceta, facet zamieszkał w porzuconym samochodzie na Ursynowie, samochód ktoś podpalił a kolega ukradł butelkę z połową zawartości co oznaczało, że mu smakowało.

I najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie kłamię ani nawet nie ubarwiam co świadczy, że życie jest bogatsze w historie od wyobraźni najlepszych scenarzystów, bo takie „Shameless” to się u nas codziennie w kraju dzieje.

Ale odpowiadając na pytanie jak było na wakacjach mogę powiedzieć: „Jakby mi pan Jezus gołą stopą po piersi przeszedł”, choć cholera jestem niewierzący.

Pół roku wcześniej zarezerwowałem w wypożyczalni Centauro samochód „Ford Fiesta or similar” za 270 euro z pełnym ubezpieczeniem, bo nie chcę się w trakcie wakacji martwić czy mi przypadkiem ktoś zderzaka nie porysuje.

Więc chcę już płacić a tu okazuje się, że samochód kosztuje nie 270 euro a 330 euro. Normalną praktyką w takim przypadku jest bierze się auto z pełnym zbiornikiem i oddaje z pełnym zbiornikiem, tu jednak wypożyczalnia robi za stację benzynową, bo na wstępie doliczyła mi paliwo za 60 euro a kazała wóz zwrócić z pustym (kto zwraca samochód z pustym zbiornikiem no kto??? zawsze coś na dnie pozostanie).

Więc dostałem kluczyki do auta, patrzę Fiat – myślę Punto (w końcu przypominam „Ford Fiesta or similar”), staję przed samochodem oglądam w przód i w boki i jakbym nie klepał oczami widzę taboret.  

W sensie Fiata Pandę.

O takiego właśnie:

centauro

Wzruszyłem ramionami, nie będzie mi przecież taki drobiazg relaksu psuł. Coś mnie tknęło i obszedłem go jeszcze dookoła, kopiąc znacząco w opony i spluwając dookoła (w końcu w naszym narodowym krwiobiegu jest wyszukiwanie aut nówka, sztuka, dziadek Niemiec emeryt do kościoła dojeżdżał).

Przy przednim zderzaku się zatrzymałem. Problem z nim był właściwie niewielki, po prostu był pęknięty na połowę. Wróciłem się do pani z wypożyczalni (w środku kolejka jak za socjalizmu za kaszanką) informując, że zderzak przedni kaput i nie wstanie, na co pani machnęła ręką że mam się nie przejmować, bo w opisie po hiszpańsku wszystko jest już opisane.

Sprawdziłem, faktycznie było.

Znów wzruszyłem ramionami, wsiadłem do auta, patrzę w dół na jasną tapicerkę a na niej piękna czekoladowa plama centralnie między nogami.

Ktoś jadł batona w trakcie jazdy. Żeby było zabawniej na siedzeniu Olgi obok również była plama, i również w tym samym miejscu, co oznacza, że użytkownicy prawdopodobnie jedli go symultanicznie.

Już chciałem wysiąść i zgłosić to do pani wypożyczającej ale jak mi się przypomniała kolejka to żal się mi siebie samego zrobiło i dałem sobie spokój.

Przekręciłem kluczyk w stacyjce,  ruszyłem do przodu i się zdziwiłem, bo czymś takim w życiu nie jeździłem – wspominałem wcześniej o taborecie? To Pandą jeździ się tak właśnie jakbyś dosiadał taboret. Przynajmniej na początku, bo później zdążyłem się przyzwyczaić.

To był jednak dopiero początek.

Zatrzymuję się na stacji, kupuję jakąś kawę, wracam przyglądam się samochodowi z oddali i coś mi nie gra. Patrzę jeszcze raz i nadchodzi olśnienie, to cudo ma ujebaną centralnie antenę.

Złamaną tak, że tylko jakiś podzespół elektroniczny widać. Prawdopodobnie ktoś jej w myjni nie odkręcił, wałek czyszczący przeszedł i urwało.

Wsiadam i chcę wrzucić wsteczny.

Chce ale nie mogę, jakby złośliwego muła za ogon ciągnął pod górę. Auto rocznik 2013, przebieg 18 tys. km.

Zastosowałem metodę uniwersalną numer jeden: sprzędło, jedynka, neutral, sprzęgło, wsteczny, zaparłem się, posiniałem na twarzy ale WSZEDŁ. I od tej pory przez dwa tygodnie było tak samo, wrzucenie wstecznego było jak wizyta w klubie fitness,

Tego samego dnia wieczorem, wysmażyłem do wypożyczalni obraźliwego maila, no co zaproponowano mi że mogą dopisać usterki do listy, albo dać mi nowe auto. Oczywiście z tej drugiej opcji zrezygnowałem. Taboret? Owszem. Kulawy? A jak. Ale tymczasowo mój nie? Przyzwyczaiłem się.

Panda żeby nie było na ulicach hiszpańskich miast jadąc do przodu, sprawdzała się świetnie, a najbardziej mi się podobała w trakcie parkowania, bo można nią było wjechać właściwie wszędzie a na fajnych dwupasmowych hiszpańskich drogach przepisowe 120 jechała całkiem przyzwoicie i nie huczała przy tym  zanadto.

Hiszpańskie miasta skrojone sa ewidentnie pod niewielkie auta, do końca życia będę wspominał scenę jak wychodząc z publicznego garażu zobaczyłem faceta, który usiłował wjechać do niego Audi Q7, Cóż to było za show proszę państwa, prawe przednie koło na krawężniku, lewe tylne na krawężniku, a z lewej strony zaraz przy drzwiach ściana, z prawej strony słupki. Ani wyjść, ani zakręcić. Po 15 minutach kiedy łzy już mi leciały po policzkach pan się w końcu złamał i odjechał.

Wracając z Grenady do Barcelony postanowiłem, że skoro mam oddać samochód z pustym bakiem, to będzie on z pustym bakiem. Do celu było 20 km, przewidywany zasięg miałem 25 km, ale nie pękłem tylko wyłączyłem klimatyzację, spływając od razu cały potem ale na wszelki wypadek zamknąłem też okna.

Ale dojechałem? Dojechałem.

No, a kiedy przyszedłem zwrócić Pandę i stanąłem w dużej kolejce to przyszła ta sama pani co mi wóz wydawała i zapytała kto zwraca. Wystąpiłem z szeregu ja i jeszcze jeden pan, tak koło 50 i z brzuchem. Pani zapytała czy z samochodami wszystko ok., na co spojrzeliśmy z panem  na siebie znacząco, pokiwaliśmy obaj głowami, a pani wzięła kluczyki i sobie poszła.

I to było zdanie samochodu po hiszpańsku.

6542_bb44