Nazywam się Piotr C. i  kiedy byłem małym dzieckiem nie dalibyście złamanego grosza za mój sukces.

Nazywam się Piotr C. Zjebałem w swoim życiu wiele rzeczy na maksa. Po trosze jestem socjopatą, po trosze pracoholikiem. Uczcie się na moich błędach.

Nazywam się Piotr C. i mało brakowało, a wykonywałbym teraz zawód, którego nie lubię, bo tego chcieli moi rodzice.  

Nazywam się Piotr C. i teraz zadam ci pytanie: Czy przeszłoby ci przez gardło stwierdzenie „Moje dziecko pracuje na kasie w Biedronce i jest szczęśliwe”?

Boli, prawda?

Ile masz własnej kasy?

Jakiś czas temu poznałem bardzo bogatego biznesmena. Ten biznesmen ma syna, który bardzo chciał pojeździć w wakacje pociągami po Europie. Przyszedł do swojego ojca i powiedział: „Tato, potrzebuję 2 tys. zł. Chcę z kumplami pojeździć pociągami po Europie.”

Jak widzicie – gotowy projekt. Dotacje z Unii na takie przyznają. Początek, środek, zakończenie. Finansowanie, wartości poznawcze, bo w końcu chodzi o zwiedzanie świata.  

Ojciec, którego było stać, aby kupić cały pociąg łącznie z torami, zapytał:

– A ile masz własnej kasy?

– Zero – odpowiedział bez namysłu syn.  

– To ja też ci dam zero – odpowiedział ojciec i wrócił do czytania gazety.  

Syn nigdzie nie pojechał. Ale w następnym roku wziął swojego 20-letniego golfa, na którego sam zarobił, i bujnął się do pracy do Norwegii. Przez pierwszy tydzień spał w aucie. Pracował fizycznie. Ale przywiózł 12 tys. zł. Ojciec spojrzał na niego niby to z marsową miną, ale wewnątrz puchł z dumy. Dołożył swoje 12 tys. zł. i syn pojechał na wakacje do Azji.  

I teraz zastanawiacie się, dlaczego ten ojciec był takim chujem, że swojemu ukochanemu dziecku nie dał trochę kruzejros, aby ten porozbijał sobie dupę po Europie. Przecież go stać, nie? Odpowiem: bo ten biznesmen jest mądrym człowiekiem, który wie, że dzieci trzeba nauczyć polować. To tak jak z dokarmianiem leśnych zwierząt. Jeśli zwierzę dostaje od ludzi żarcie, to już nie chce ścigać zwierzyny. To zbyt męczące.

Dzieci potrzebują najków a edukacja jest święta

Trzy tygodnie temu opublikowałem notkę „Wiesz jak spieprzyć sobie życie nie mając jeszcze 30tki?

Na fejsie, gdzie ją zalinkowałem, jeden z czytelników, o imieniu Piotrek, napisał tak: 

Mnie dziwi jeszcze inne zdanie w tym artykule: „Kredyt na mieszkanie, pensja 2000 brutto i pińcset złotych alimentów przy dobrych wiatrach nie brzmi zachęcająco” – trochę może to będzie kontrowersyjne, ale… jak można myśleć o ślubie, dziecku, kredycie na mieszkanie… przy takiej pensji?”

Na to odpowiedziała Marta:

“‪Japrdl. Typie, sięgnij wzrokiem dalej niż czubek własnego nosa, to może zauważysz, że w małych miastach większość ludzi żyje za taką pensję i utrzymuje za to swoje rodziny. Myślisz, że praca w korpo za 5k netto czyni cie odpowiedzialnym i daje dopiero przyzwolenie na układanie sobie życia osobistego?

A później już była rzeźnia. Ja rozumiem Piotrka, tak jak rozumiem i Martę. Rodzice zawsze chcą zapewnić dzieciom przyszłość. Tyle, że jest to nieco inna przyszłość niż oni mieli.

Dzieci potrzebują kursów hiszpańskiego i butów Nike. Tabletów, wyjazdów na zielone szkoły, mocnych komputerów, na których pójdą nowe gry, smartfonów i zajęć dodatkowych. Przede wszystkim zajęć dodatkowych. Dzieci stały się elementem statusu. Jeśli rodziców stać na to, aby uczyły się francuskiego i hiszpańskiego to wszystko jest w porządku. Jeśli będą grały na fortepianie to wszystko jest w porządku.  Dżesika z chowu klatkowego i Brajanek z wolnego wybiegu. 

Edukacja w naszych czasach jest jak Jezus Chrystus i Budda. Jest święta. Jak alkohol dla alkoholika. Jak kokaina w koedukacyjnym kiblu w klubie. Kokaina, którą wszyscy ciągną i wszyscy wierzą, że załatwi ich problemy.

Tylko widzicie, ja jestem już tak stary, że widzę wokół siebie dziewczyny i facetów, którzy byli wychowywani w jej kulcie.

I jakoś nie tryskają radością.

Sukces albo śmierdź. No to zaśmierdziałem

Prace dzielą się na dwa rodzaje. Zajebiste roboty, gdzie robisz niewiele i płacą ci fortunę. Owszem są takie. Jedne na tysiąc. Oraz cała reszta, gdzie aby dostać przyzwoite pieniądze musisz się nazapierdalać od rana do nocy. A czasami możesz też się nazapierdalać i gówno z tego mieć, bo i takich fachów jest całkiem sporo.

Przez ostatnie 27 lat czyli od czasu kiedy socjalizm dostał kopa w dupę, żeby mieć jakiś szmalec rodzice zapierdalali ponad wszystkie normy. Od rana do nocy. Jak Wincenty Pstrowski na przodku. Tyle, że nie pod hasłem ‘Socjalizm górą’, ale: ‘Musimy dać swoim dzieciom wszystko to, czego nie mieliśmy sami’. I dawali. Srając szkłem, jeśli trzeba.  

Efektem są ludzie, którzy dostali za dużo. Którzy nigdy nie musieli walczyć, za to cały czas słyszeli, że mogą wszystko i są skazani na sukces. Którym rodzice nosili tornistry, bo były ciężkie. Którzy próbowali wszystkiego, a nie umieją nic. Nawet sport uprawiali do pierwszego bólu i odpuszczali. Którzy cały czas słyszeli „Uważaj, bo coś sobie zrobisz”, (nie kop pana, bo się spocisz) przez co teraz głównie siedzą w strefie komfortu. Którzy długo nie mogli rozpocząć zwykłego życia, bo spędzali je w szkołach. Którzy od rodziców dostali mieszkania, samochody, telewizor, kuchenkę, lodówkę, mikser i wibrator.

Którzy ślub biorą za pieniądze rodziców. Którzy cały czas słyszą ‘My ci pomożemy’, więc nigdy nie muszą się troszczyć o siebie. Którzy, ponieważ nigdy nie musieli brać za siebie odpowiedzialności, nie potrafią brać odpowiedzialności za innych. Którzy ciągle mieszkają z rodzicami, bo tak jest wygodniej (robi tak ponad 40 proc. młodych Polek i Polaków). Którzy boją się wziąć za trudne rzeczy, bo to grozi porażką, a porażka mogłaby sprawić, że ich wrażenie zajebistości mogłoby być wystawione na szwank. Którym powiedziano, że żyjemy w świecie, w którym wystarczy chcieć, by mieć. Bo pewne rzeczy wypada mieć bez wysiłku. Którzy są zaprogramowani na sukces. Sukcesem ma być świetna robota. Kupa hajsu. 

Sukcesem ma być związek. Romantyczny jak Leonardo DiCaprio w Titanicu i polany karmelem, co podsyca telewizja, kino, piosenki, nawet, kurwa, gry komputerowe.

Tyle, że wszystko jest możliwe tylko w reklamach. Trzydziestoletni mężczyzna w apartamencie z oknami od podłogi do sufitu, kosztującym jakieś 2 miliony złotych, przytula swoją piękną żonę, świeżo wypuszczoną od fryzjera i patrzą obydwoje z dumą na uśmiechającego się niemowlaka.

A wszystko za 2 tys. brutto. I pięć stów alimentów. 

Sukces albo śmierć. A jeżeli tego sukcesu nie ma, to znaczy, że sprawiło się zawód. Sobie i rodzicom.

Mężczyźni, którzy mają za dużo. Kobiety, które  potrzebują ojca

Efektem tego sposobu wychowania jest plaga mężczyzn niegotowych. Niegotowych do życia, które ich przeraża. Nieumiejących nawet naprawić gniazdka w ścianie. Egoistycznych i narcystycznych. Którzy uważają, że są najlepsi. Paradoks polega na tym, że w tym samym momencie uważają, że są najgorsi. Nieszczęśliwych w pracy i w życiu. Którzy boją się zaangażować. Którzy cały czas szukają nowego związku, bo może nowy związek ich ocali.  

Efektem tego jest plaga kobiet, które boją się powiedzieć facetom „Nie. Spierdalaj. Chcesz odejść? Zabierz śmieci.”

21766914_10155297636669213_129636046_o

Rysunek: nieladnierysuje

Które uważają, że są zjebane od samego początku. Tkwiące w jednym związku, a w tym czasie marzące o innym. Które nie potrzebują partnera, tylko ojca, który będzie w stanie precyzyjnie nakreślić im granice, mówić „Nie”, ale będzie przy tym wyrozumiały.

Które nie pozwalają się poznać, nie pozwalają się przebić przez swoje pancerze, bo po części same siebie nie znają, a po części boją się, że ktoś je zrani. Co najwyżej zacytują przypowieść prababki: „Nigdy nie pokazuj facetowi całego swojego tyłka”.  

Takie kobiety i takich mężczyzn łączy, tak jak pisałem w ‘Pokoleniu Ikea’, tylko jedno: strach.

Mamy kompetencje tylko do zaciągania kredytów

Urzeka mnie ta wiara, że pieniądze załatwią wszystkie nasze deficyty.  Że będziemy szczęśliwymi ludźmi, jeśli w dzieciństwie pójdziemy na określoną ilość zajęć dodatkowych. Albo jeśli będziemy mieli markowe buty, czy wyjedziemy x razy za granicę.  

Dorosłe dzieci są spieprzone, bo rodzice zamiast dawać im czas, dawali im kompetencje do pracy w korpo i zaciągania kredytu hipotecznego. Nie przekazali, że od sprzedawania burgerów w McDonaldzie, owszem, można się nabawić odcisków i oparzeń na rękach, ale proste prace wykonywane w młodości uczą życia. Nie przekazali, bo uważali że byłby przypał przed znajomymi, gdyby posłali dziecko do takiej roboty. Przecież taka harówa jest dla miernot. A poza tym, lepiej żeby dziecko w tym czasie się uczyło, prawda?

Nie mówili: „Nie wszystkie związki, które cię czekają, będą udane. Być może twoje małżeństwo będzie pomyłką. Będzie nudne.” Nie przekazali zdrowego poczucia własnej wartości, dzięki któremu, można w takich sytuacjach zacząć od początku. I kolejny związek zbudować już lepszy. Chronili je, przez co dzieci te nie nauczyły się jak smakuje porażka. I ile sił kosztuje zwycięstwo. Nie powiedzieli, że niekoniecznie będą milionerami, ale mogą być zadowoleni z życia.  

Co powtarzali? „Jeśli będziesz się dobrze uczył, to osiągniesz sukces.” Ale sukces przynosi nie szkoła, nie milion dwieście tysięcy kursów, tylko pasja. Samo jej odkrycie jest życiowym sukcesem.

 Sukces bierze się z ambicji.

Z buntu.

Z innego myślenia. 

Z drążenia jednej dziedziny. 

Z tego wszystkiego, co szkoła tępi.

Z bycia nieszablonowym. Niepokornym wobec autorytetów. A szkoła od czasów Bismarcka, kiedy wsadzono dzieci za ławki ceni pokorę. Ceni grzeczne dzieci, które notują wszystko w zeszytach. 

Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką rodzice mogą dać dzieciom, jest akceptacja. 

Że praca w sklepie jest ok, pod warunkiem, że czują się szczęśliwi. Bo ktoś musi pracować w sklepie i nie każdy musi mieć gigantyczne ambicje. Że jest to ich życie i nie mogą dać sobie wmówić, jak mają żyć.  

Nie popełniajcie błędów swoich rodziców.

marvin-meyer-242794

Photo by Marvin Meyer on Unsplash

Źródła: Stwierdzenie: „Jak widzicie – gotowy projekt. Dotacje z Unii na takie przyznają.” jest parafrazą jednego zdania z wystąpienia Jacka Walkiewicza na Tedx. Tyle, że Walkiewicz mówił o trampolinie. Bardzo go lubię, bardzo szanuję, a jak ktoś tego filmu nie widział to polecam. 

 

252 uwagi do wpisu “Czy przeszłoby ci przez gardło: „Moje dziecko pracuje na kasie w Biedronce i jest szczęśliwe”?

  1. Słuchajcie, powiedzcie mi co się dzieje w głowach młodych ludzi, którzy tak chętnie zaciągają wysokie kredyty na pół swojego życia?
    Moi znajomi wzięli prawie 1 mln kredytu na dom, rata ponad 4 tys zł mies. Fakt- dom BAJKA, rzadko takie się widuje w Polsce, ale wraz z kosztami miesięcznymi plus kredyt to będzie im zabierać 1/3 miesięcznych zarobków, bo zarabiają dobrze. Ale skąd pewność, że za rok,10, 30 będzie ta sama praca, te same zarobki, i co najważniejsze- to samo zdrowie?

    Polubione przez 1 osoba

      1. To zależy… Zarabiam w kraju parenaście na rękę miesięcznie (jakies 5x tyle, co moi rodzice we dwójkę) w wieku 24 lat i co z tego, jak sobie pomyślę, że na stare 40-letnie mieszkanie do remontu musiałbym zapierdalać jakieś 4 lata (zakładając w miarę spokojne odkładanie np 5 kafli/msc), żeby nie wpakować się w kredyt. Pewnie jeszcze z połowę tego na remont. Jednocześnie z każdej strony widząc niedojdy życiowe, którym rodzice fundują mieszkania, studia, samochody, śluby, wesela etc 🙂

        Polubienie

      1. Czytam czytam i czytam, zarabiam ponad 2x tyle, mam na to czas a to oznacza ze się z Tobą nie zgadzam. Powiem jedno, szkoła, studia, dyplomy… jeśli nie jesteś w tej dziedzinie wybitny, nie będziesz zarabiać kokosów. Niestety byłem na studiach, ale to nie dzięki nim zarabiam, one pokazały mi co robić by być fajnym korpoludkiem z przyzwoitą pensją. Dopiero wyjście ze strefy komfortu oraz ryzyko nauczyły mnie dużo zarabiać. Pozdrawiam tych odważnych i te odważne – nie bójcie się ryzykować, życie jest tylko jedno, nawet jeśli już masz zobowiązania, odważ się i weź sprawy w swoje ręce

        Polubione przez 1 osoba

      2. Ja zarabiam tyle i zaglądam… Ten artykuł odzwierciedla dokładnie to, co mam teraz w głowie. Chciałbym, aby moje dzieci zarabiały tyle lub więcej, pod warunkiem, ze będą z tym szczęśliwe. Moi rodzice rzadko mi coś dawali, a w wieku 16 lat w wakacje zapierdalałem na budowie mojego ojca przez 10-12h, bo ekipa robiła „na akord”… To właśnie chciałbym przekazać swoim dzieciom, jednak obawiam się, ze podobnego myślenia wśród rodziców jest coraz mniej.

        Polubienie

    1. Mieszkanie to jest akurat coś, za co i tak trzeba płacić. Lepiej spłacać kredyt niż wynajmować, bo te pieniędzy nie znikają bezpowrotnie. Trzeba być tylko tytanem woli i intelektu, żeby sobie kupić wystarczające mieszkanie, czyli nie za wielki i nie za ładne, nie wywalić pół miliona na wykończenie i spokojnie wydawać resztę zarobków na fajne spędzanie życia. To bardzo mało ludzi potrafi, kupują za dużo, za drogo, a potem czują się niewolnikami swoich kredytów. A tym czasem dobrze kupione i spłacone jest pięknym zabezpieczaniem na starość, w zasadzie bez wyrzeczeń, bo za wynajem i tak by ca 2 tysiące z kieszeni wypadły.
      Wszystko można zrobić mądrze albo głupio, ale nie o tym jest ten tekst. On jest o tym, że staranie się za bardzo w roli rodzica jest dla dziecka gorsze niż staranie się za mało…

      Polubione przez 1 osoba

      1. I co do trumny sobie to mieszkanie włożysz? Pół życia zbiera się na mieszkanko bo swoje i własne i wgl oh i ah a potem tylko ogłoszenia wynajmę mieszkanie sprzedam mieszkanie zamienię na mniejsze. Skąd wiesz, gdzie będziesz żyła za kilka kilkanaście lat? Ja wolałabym mieć wynjmowane, bo moge byż wszędzie, a tak mam mieszkanie rodziców, w którym siedzę, sprzedać nie mogę bo nie moje pozmieniać czegoś nie moge bo nie moje xD Na szczęście nie wpadłam an extra pomysł z kredytem na 30 lat xD Chybabym nie spała po nocach xD

        Polubienie

    2. Prosta sprawa, oni majac taki dom taka prace mimo wszystko powiedzmy w przeciagu 5 lat splacili jakies 80-100 tys czyli nawet gdyby stracili prace i pozbyli sie swojej nieruchomosci beda miec po sprzedazy jakies 80 tys. I tu teraz mam pytanie. ile Ty zaoszczedzilas przez piec lat?? oni ok 100 tys. Malo tego jak im sie uda czego im zycze jak juz splaca caly kredyt a ich dzieci beda dorosle i dostana w spadku nieruchomosc to bedzie im latwiej ich a pozniej ich dzieciom i o wiele szybciej wejsc w stan doroslosci(bez obciazen bankowych, if u know what i mean). Branie kredytow tez popedza rynek wszystko sie nakreca a takie glupie gadanie bo to w sumie splaca tyle…. ble ble ble. Nie bytem w tym swiecie jest gromadzenie skarbow ale celem jes danie twojemu potomstwu lepszego zycia, BEZPIECZNEGO i nic wiecej…Pozdrawiam serdecznie

      Polubione przez 1 osoba

      1. Danie dzieciom lepszego xycia nie oznacza nasranie im pieniedzmi. Chyba nie do konca (albo wrecz w ogole) nie zrozumiales artykulu. Dzieci nalezy uczyc, jak radzic sobie w zyciu, jak szukac rozwiazan, jak stawiac czolo wyzwaniom, a nie dawac gotowca na samym poczatku zycia. Drapiezniki ucza swoje potomstwo polowac po to, zeby same sobie zaczely dawac rade, a nie do konca zycia czekaly na papu.

        Polubione przez 1 osoba

      2. Chłopie, jak stracą pracę to nic nie sprzedadzą, bo ten dom jest banku, a to co dotąd spłacili to w większości odsetki bankowe. Przy sprzedaży ponadto nie zwraca się wykończenie nieruchomości, więc gdy bank już sprzeda „ich” dom – okaże się że są jeszcze 200-300 koła dłużni.

        Polubione przez 1 osoba

      3. bedzie im łatwiej ?? Wiesz jak ludzie się tłuką z rodzeństwem o każdą złotówkę spadku ?
        po 20-30 latach zycia na własny rachunek nie znasz już swojego rodzeństwa, oni są obcymi ludźmi.

        Polubienie

      1. dlaczego mało realne ? dlaczego kupić można przecież wybudować. Moi teściowie właśnie budują dom. Ja dostałem od swoich 50 % na mieszkanie resztę co mi brakowało jako pożyczkę.

        Polubienie

    3. Za milion dom – bajka? To chyba drugi milion mieli na koncie na urządzenie i działkę w prezencie ślubnym.
      Ja mam segment pod Warszawą kupiony super tanio za 750 tys. I prawie drugie tyle poszło na urządzenie, a starałam się oszczędnie.
      To rzeczywiście bajka, że tak tanio świetny dom mają.
      A jak za rok, 10, czy 30 lat stracą pracę czy zdrowie to sprzedadzą dom i sobie pójdą do kawalerki, a przynajmniej trochę pożyją w fajnym domu.
      Jak ta rata pochłania tylko 1/3 zarobków to nie jest źle.

      Polubione przez 2 ludzi

  2. Miałam to szczęście, że rodzice wspierali mnie we wszystkim – na studiach finansowali miejsce w pokoju i życie na dobrym, ale skromnym poziomie. Również uważali, że na pracę przyjdzie czas, więc nie pracowałam i nie uważam, żeby zrobili mi krzywdę i w jakikolwiek sposób ‚upośledzili’. Doceniam wszystko, co dla mnie zrobili i to, że pozwoli na łatwiejszy start, że miałam komfort szukania siebie i własnej drogi nie walcząc o przetrwanie. To nic złego pomagać dziecku, ważne by nie przedobrzyć i pozwolić odciąć pępowinę.
    Pracuję, utrzymuję się sama, rozwijam się i próbuję – zbieram kasę na wesele, wkład własny, problemów mam jak wszyscy. Nie ma co generalizować i podjudzać do oceniania tych, którym się troszkę udało – zawsze ktoś ma lepiej, ktoś ma gorzej. Trzeba skupić się na sobie.

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Moja droga, jeśli w czasie studiów nie praciwałaś, to nie masz żadnych dobrych nawyków, a wręcz przeciwnie, będziesz wiec zmorą dla pracodawcy. Znak takich jak Ty. Dramat.

      Polubienie

      1. W czasie studiów nie pracowałam. Po zakończeniu nauki zaczęłam szukać pierwszej pracy. Zajęło mi to fakt ok. 4 miesięcy. Przez ten czas byłam na utrzymaniu rodziców i jestem im za to bardzo wdzięczna, bo zdążyłam znaleźć prace w zawodzie . Gdyby nie to poszlabym pracować gdziekolwiek, bo bym musiała. Teraz spełniam się zawodowo, sama się utrzymuje i nie jestem zmorą dla pracodawcy, z szefową mam bardzo dobry kontakt.

        Polubienie

  3. Znam kilka osób i pewnie też sam taką jestem, które skończyły studia poszły do pracy w zawodzie i… ściana, beton (praca jest, ale za bardzo przeciętne wynagrodzenie). Obiecywali na studiach gruszki na wierzbie a większość znajomych z roku i tak musiała wyjechać za granicę. Jak my młodzi sobie radzimy? Większość znajduje sobie dodatkowe zajęcie, które często staje się pasją i nie, kiedy przynosi większe dochody niż kasa z wyuczonego zawodu. Co do oceniania ludzi młodych, wydaje mi się, że są bardziej leniwi niż starsze o 10 lat pokolenie, za to nie można odmówić im kreatywności i szacunku do swojej pracy 😉

    Polubione przez 1 osoba

  4. Czytając te tekst, zorientowałam się, że miałam szczęście.
    Od dziecka wyznaczane mi było kieszonkowe. Nie było mowy o kupowaniu mi rzeczy, które nie są mi niezbędne do życia, bez potrzeby. W wieku 12 lat zamarzył mi się własny laptop, więc musiałam na niego połowę kasy odłożyć. Od 16 roku życia pracuję rozdając ulotki, w kawiarni, a teraz za kasą w księgarni. Nie musiałabym tego robić, rodzice dalej wspierają mnie finansowo, opłacają mieszkanie i dają na życie, bo studiując dziennie ciężko by było z pracą na pełny etat. Pracuję, dlatego że chcę ich odciążyć i jest mi źle, że nie mogę się jeszcze w pełni usamodzielnić. Od najmłodszych lat poznawałam wartość pieniądza i uczono mnie szacunku do pracy swojej i czyjejś.

    Jako dziecko chodziłam też na zajęcia dodatkowe, choć nikt mi nie kazał. Angielski, konie, malarstwo… To były moje wymysły, na które dostawałam zarówno fundusze, jak i aprobatę i wsparcie. Nie było mowy o zmuszeniu mnie do czegokolwiek.

    Oczywiście moi rodzice nie byli idealni, w wielu kwestiach wychowawczych popełnili błędy. Jednak tutaj spisali się chyba całkiem nieźle, czego do tej pory sobie nie uświadamiałam.

    Polubione przez 2 ludzi

  5. Czytam Cię już od jakiegoś czasu i jest to pierwszy raz kiedy skometuję Twój wpis, tylko dlatego, że tak się zirytowałam, że aż się we mnie zagotowało. Mam 20 lat, byłam na zielonej szkole, rodzice kupili mi laptopa, fajny samochód i chodziłam na korki, tańce i inne zajęcia. Aha, no i jeździmy razem na wakacje za granicę. Moi rodzice są dla mnie zawsze, gdy tego potrzebuję i dają mi to, czego sami nie mieli. To chyba dobrze, że mam w nich wsparcie, nie tylko to materialne. Ale te „rzeczy” nie sprawiają, że nie biorę odpowiedzialności za siebie czy innych, albo że boję się porażki. Wręcz przeciwnie – drugi raz nie dostałam się na moje wymarzone studia i dalej będę próbować, byłam w pracy za granicą, po której nie mogłam chodzić i bolało mnie wszystko co tylko było możliwe. Pojechałam do innego miasta, żeby tam się uczyć i pracować. Ich zachowanie mnie motywuje i sprawia, że chcę być lepsza i chcę ciągle nad sobą pracować. To gówno prawda, że ich pieniądze mogą zrobić ze mnie półmózga i osobę całkowicie nieprzystosowaną do prawdziwego życia.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Niestety, muszę się z Tobą zgodzić. Wartości które dla Ciebie są czymś naturalnym, dla innych, muszą być okupione ciężką pracą, i łańcuchem własnych (przykrych lub mniej) doświadczeń. Jestem pewien, że stawiając dwoje młodych osób z podobnym wykształceniem, umiejętnościami, ale z różnych domów, mając do dyspozycji ten sam kapitał, ktoś z domu przedsiębiorców, kapitał pomnoży kilkakrotnie szybciej, niż ktoś bez doświadczenia (powiedzielibyśmy wyssanego z mlekiem matki), a tak naprawdę to mleko, to doświadczenie wynikające z otoczenia w jakim dorastał. Oczywiście zakładając że nie mamy tu do czynienia z bogatym synusiem (córeczką) zapracowanych i bogatych rodziców… bo takie historie, często kończą się tragicznie we wczesnym wieku potomka. Trudno Cię winić za to że rodzice Ci pomagali, ale też trzeba zrozumieć tych którzy w czasie kiedy Ty robisz już dystanse maratonowe, dopiero uczą się chodzić. Moim zdaniem to w naszym kraju teraz problem pokoleniowy, i zależy w jakim kierunku pójdzie nasze społeczeństwo. Czy w kierunku doinwestowanych wykształciuchów (na wzór zachodnio-europejski) czy w kierunku myślących, umiejących ciężko pracować (i myślących do tego) ludzi… Po doświadczeniach 20 wieku, i naszej wcześniejszej historii, jestem dobrej myśli.

      Polubione przez 1 osoba

    2. nie zgodzę się z Twoją wypowiedzą, ponieważ człowiek który sam zarobił pieniądze na wszystko , najbardziej je wtedy docenia- co przekazuje ten wpis, że człowiek który ma dużo hajsu nie da synowi aby ten to rozwalił na glupoty, jeśli chce to niech sam je zarobi i wtedy wyda. Bo wydawać jest łatwo gorzej zarobić. Gorzej jesli rodzice beda dawac na wszystko i kupować wszystko bo co potem dziecko samo zrobi? Będzie taka cipa chodząca. Nie mówię, że nie moga się dołożyć – ale aby wszystkiego nie kupować, nawet kupiony samochód nawet niech to będzie jeżdżacy grat ! ALE ZA SWOJE.

      Polubione przez 1 osoba

    3. Dobra dobra, powiem Ci coś pani zagotowana. Właśnie jestem z taką osobą jak ty: rodzice dają jej na wszystko, kupują wszystko, sponsorują co ona sobie nie zapragnie, auto, paliwko zatankują, ciuchy, buty, laptop, nie laptop – dla nich to jak pierdnąć bo jej ojciec za granicą zarabia 5cyfrową sumę z dwójką albo trójką z przodu. Niczego jej nigdy nie brakowało.
      Teraz jest ze mną i nie dochodzi do niej, że ja zarabiam 1/10 z tego co jej tatuś i ja muszę ciulać miesiąc na to na co on wyciąga z kieszeni jakby fajki na stacji kupował. Nie rozumie, że mnie nie stać na nowy telewizor, najeczki, cotygodniowe wypady do galerii na zakupy, bo nowe pedalskie rurki są w modzie. Jest roszczeniowa i wydaje jej się, że jak się wyprowadzi od rodziców i zamieszka ze mną to zasponsoruję jej taki sam standard życia jak miała u nich. A jak mówię, że nie da rady to jestem skąpym sknerą, bo przecież „skoro ją kocham to powinno jej się należeć wszystko co najlepsze”. Owszem, jej rodzice chcieli dobrze, ja też pewnie chciałbym dobrze dla swoich dzieci, ale teraz ja będę musiał żyć i zapier**lać na taką księżniczkę rozpieszczoną przez „rodziców którzy są dla niej zawsze”

      Polubienie

      1. Czemu w takim razie jeszcze z nią jesteś? Ona powinna znaleźć sobie jakiegoś księcia – sponsora, a Ty przedsiębiorczą kobietę, która będzie Twoim partnerem, a nie utrzymanką.

        Polubienie

  6. Na Neflixie jest serial Czarne lustro, niepowiązane ze sobą odcinki o wizji niedalekiej przyszłości. W jednym odcinku jest fajny motyw – jak dorosłe dzieci pozywają rodziców za błędy, które popełnili w ich wychowaniu 🙂
    A może byśmy się tak odpierniczyli od rodziców i popatrzyli na to co sami dla siebie możemy zadziałać?
    Ja mam wrażenie, że najlepiej wyszli na ludzi dzieci wychowywane w PRLu, gdzie sąsiad mógł pogonić z pasem w ręku za wybite okno, gdzie na podwórku ganialiśmy się z dzieciakami w różnym wieku, musieliśmy umieć o siebie dbać, gdzie na zbite kolana szukało się liść babki i po sprawie. A rodzice mieli prawo mieć swoje sprawy, a nie musieli mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Stawiam, że niebawem powstanie nowy trend w wychowaniu, wzorowany na tym z PRL. Stawiam na specjalne kolonie, półkolonie, zajęcia dodatkowe – typu „radzę sobie sam na podwórku z kluczem na szyi”, „trening samodzielnego powrotu do domu i odrabiania lekcji”

    Polubione przez 1 osoba

    1. Owszem, masz rację, że osoby wychowane w PRLu są inne,ale pochodząc z małego miasteczka mam inną ich wizję. Dla mnie spora część osób wychowanych w PRLu to ludzie, którzy nie wyobrażają sobie piwka, dwóch, ośmiu po pracy. To nie tylko menele, stworzeni właśnie przez ów ustrój (no bo już lepiej łoić wódkę niż ocet). To są też alkoholicy (ba, wystarczy jeden kieliszek wódki pity codziennie, żeby u psychologa nazwali Cię alkoholikiem), którzy idą normalnie do pracy, zarabiają jakieś tam pieniążki, a potem wracając zaliczają sklep z alkoholem. Dla mnie to ludzie, którzy nie do końca potrafią rozmawiać o uczuciach, bo rodzice mieli za dużo tych własnych spraw.

      Ja nie urodziłam się w PRLu, chociaż niewiele brakowało. Urodziłam się dokładnie w pierwsze wolne wybory parlamentarne (27.10.1991), mój brat cztery lata po mnie. Byliśmy dziećmi podobnymi do Klaudii. Fakt – jeśli chciałam jechać na weekend do Wrocławia czy Katowic, musiałam umyć wszystkie okna i wyszorować łazienkę, ale to mała cena za te 100 czy 200 zł, prawda? Zarówno ja, jak i mój brat mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy. Oboje dostaliśmy komputery, oboje nadal dostajemy drobne pieniądze od rodziców. Oboje mieliśmy wzloty i upadki (po prostu oboje spieprzyliśmy pierwsze studia xD) i oboje jesteśmy nauczeni pracować. Nie trzeba być dzieckiem PRLu, żeby posiąść taką umiejętność. Fakt, nie zarabiamy dużo. Mój młody ma ok. 1.800 na czysto, ja mam 2000 (i w mojej karierze nauczycielskiej pewnie nigdy nie przekroczę 4 kafli). I jesteśmy szczęśliwi. Ja, tyrając jak wół za „marne” pieniądze, on – robiąc to samo.

      A, o dziwo, byliśmy takimi rozpuszczonymi dzieciakami 😀

      Polubione przez 1 osoba

      1. „Dla mnie to ludzie, którzy nie do końca potrafią rozmawiać o uczuciach, bo rodzice mieli za dużo tych własnych spraw. ”

        I dla takich przemyśleń jeszcze tutaj zaglądam. W pogoni za kasą (+rozwó techniki) hoduje się drugie już pokolenie emocjonalnych glonów. Poprzednie pokolenie nie potrafi rozmawiać o uczuciach i zalewa to alkoholem, następne pokolenie stosuje iPhone-y czy iPad-y.
        Nie daj sobie wmówić, że kretyn z korpo który zarabia 4k+ jest lepszy od Ciebie tylko dlatego, że zarabia więcej… To technika kretynów – sprowadzić wszystkich do kryterium „kto ile zarabia” bo wtedy wypadają lepiej niż są tak naprawdę warci..

        Polubienie

      1. każdy kij ma dwa końce, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeśli się było dzieckiem z małej zabitej dechami wsi, który miał wreszcie możliwość dotrzeć do podstawówki, pksem do liceum, a potem w akademiku dotrzeć do dyplomu mgr, zamiast siedzieć w chałupie z klepiskiem, to raczej nie był to ultra gówniany czas.
        A to, że komunizm dostał raka, przez terror strachu i propagandę… To człowiek cieszy się, że te czasy się skończyły.
        Chociaż, zaraz, terroryzm i propaganda, coś mi to przypomina…

        Polubienie

  7. Ludzie totalnie nie rozumieja tego tekstu. Tu nie chodzi o to czy rodzice dają, czy nie i kim się dzięki temu staniesz. Dzieci z bardzo patologicznych rodzin wychodzą na ludzi. Bardziej chodzi o schemat z którym sie zgodze. Pewne rzeczy są w dzisiejszych czasach wyznacznikiem sukcesu. A wiele ludzi widzi szczęście inaczej, na inne priorytety, wartości. Można byc szczesliwym pracując na kasie w Biedrze. Mysle ze wiele osob tego nie rozumie, nie pojmuje. Mysli sobie biedna ta Pani X. Co ona ma z zycia.

    Polubione przez 1 osoba

  8. Ja nigdy nie musiałam pracować. Raz chciałam, to poszłam do pracy, żeby zobaczyć, jak to jest. I było strasznie.
    Obecnie się boję,a rodzice mi wszystko opłacają. Przyznam szczerze, że gdyby mi tego nie opłacali, to bym poszła, gdyż jestem bardzo zdeterminowana.
    Czasami odczuwam wyrzuty sumienia.
    Postanowiłam sobie, że w następne wakacje wyjeżdżam do ciężkiej pracy.
    A od października będę zmywała naczynia w pobliskich barach, nie dla pieniędzy. Lecz dla przełamania strachu przed pracą!!!!

    Polubione przez 1 osoba

  9. Nie mogę i nie chcę się przyzwyczaić do wulgarnego języka. Drażnią mnie ludzie, którzy bez słowa k…a, pi…ę nie potrafią sklecić sensownego zdania. Dlaczego ta z Moskwy przywleczona „kultura” tak głęboko zakorzeniła się zwłaszcza wsród ludzi młodych?
    Bluzgajcie dalej, ale beze mnie

    Polubione przez 1 osoba

    1. A co Ty masz do Moskwy??? Wspaniałe, słowiańskie miasto kultury i sztuki, baletu, opery, niezliczonych muzeów. Jedź na swój ukochany (tak wnioskuję z Twojego wpisu) Zachód, przejdź się ulicami Paryża, Londynu, Berlina lub jakiegokolwiek innego afrykańskiego miasta to usłyszysz taką multi kulti kulturę, że ci uszy same się w rogaliki zawiną. Coś się nie podoba na Słowiańskiej Ziemi? Droga wolna, „Zjednoczona Europa” czeka, tylko burki nie zapomnij zabrać.

      Polubione przez 1 osoba

  10. Sorry, ale mierny tekst, wręcz postacki. Jakiś sens chcesz przekazać, ok, praca za mlodu i odpowiedzialnosc. Prawda. Ale czy przypadkiem nie szukasz winnego, ze Twoje życie to porażka?

    Polubione przez 1 osoba

  11. Hmmm a więc… Aha przepraszam w szkole uczyli nie zaczyna się zdania od „a więc” … Tyle mi ze szkoły zostało … Wywodzę się z tzw wielodzietnej rodziny , mój mąż także, w życiu nigdy nie miałam łatwo, ale mogę powiedzieć jedno – byłam i jestem szczęśliwa – nie dlatego ze „sram kasą” bo tak nie było i nie jest, ale dlatego ze zawsze wiedziałam co chcę robić i do tego dążyłam nawet wtedy kiedy zarabiałam niecałe 600zl /mc bo nawet wtedy czerpałam przyjemność z mojej pracy, moi rodzice zawsze mnie wspierali w tym, chociaż sami nie mieli kasy ale wiedzieli ze daje mi to poczucie większej wartości i to było dla nich ważne. Oczywiście w moim przypadku samorozwój jest najważniejszy wiec podjęłam decyzję o usamodzielnieniu się, rodzice nie byli zadowoleni przecież „masz prace, ktora Cię zadowala i stały zarobek, po co Ci martwic się, czy będziesz miała na zus opłaty itp” ale mając w sumie niewiele do stracenia, (robiąc dalej to co kocham) chyba mialam więcej szczęścia niż rozumu, bo moja szkoła zawężą się do dwuletniej, dziennej szkoły policealnej, założyłam własną działalność i od tego się zaczęło. Teraz zatrudniam sztab zaufanych ludzi, wiadomo jestem na początku drogi ale dalej czuje w sobie pasję, ktora mnie napędza i dalej motywuje wiec w sumie nie mogę nazwać mojej pracy „pracą” bo ja kocham to co robię i to była moja decyzja i mam tą satysfakcję ze doszłam do tego sama bez niczyjej pomocy, chociaż rodzice mówili „trzymaj się utartej ścieżki” . Myślę ze, każdy ma swój rozum i powinien brać życie w swoje ręce niezależnie od tego z jakiej rodziny się wywodzi, ja mając teraz trójkę dzieciaków oczywistą rzeczą będzie, ze będę chciała im dać gwiazdkę z nieba, na którą nie było stać moich rodziców, bo największą radością jest patrzeć na uśmiechnięte buzie swoich pociech, ale mogę tylko liczyć na to, że moje dzieci nauczą się (albo wyssali z mlekiem matki )odrobinę samozaparcia i chęć dążenia do wyznaczonych celów i tym samym do własnego szczęścia, nawet jeśli ich szczęściem okazałaby się praca na kasie w biedronce.

    Polubione przez 1 osoba

  12. Widzi Pan, Panie Piotrze C., to tylko silne niezależne ambitne jednostki podążają za swoją pasją i odnoszą sukces tak jak Pan. Niestety, często rodzice i szkoła skutecznie zabijają talenty u dzieci i wtedy dzieci nie mają pola manewru, podporządkują się, no i cały czas podążają trasą wyznaczaną przez dorosłych i edukację. I jak się zorientują i jeśli się zorientują, to z reguły jest już za późno na zmiany, bo głęboko tkwią na tej narzuconej przypadkowej ścieżce….. Mój syn jako dziecko rysował przepięknie i bardzo precyzyjnie jak na swój wiek. W szkole podstawowej na plastyce zamiast rysowania pisali sprawdziany na temat – dosłownie – co to jest kropka i kreska w architekturze i tym podobne. Na przyrodzie z kolei wykonywali jakiś rysunek do omawianego tematu i syna tak bardzo pochłonęło rysowanie kominów i dymów, bo temat był z tych ekologicznych, że pani od przyrody skrytykowała go na forum klasy i postawiła mu jedynkę, że nie uczestniczy na bieżąco w lekcji. A gdzie byli rodzice, że nie pielęgnowali i nie umacniali talentu syna? Powiem krótko. W korporacji, która pozbawia czasu i racjonalnego myślenia 🙂
    Czy to jest usprawiedliwienie? Nie. To gorzka prawda. Syn wykonuje zawód daleki od rysowania, ale bliski i równie niebezpieczny jak porzucone w międzyczasie hobby downhill&freeriding. Czy jest szczęśliwy? Boję się zapytać. Z perspektywy czasu sama najbardziej kochałam pracę, która była najmniej płatna i wiele bym dała, by móc ją dalej wykonywać mimo niskiej zapłaty.

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Nie biczuj się tak za tę korporację. Znam matki, które po pracy jako woźne latały do domu ludzi bogatych sprzątać, żeby mieć za co dwójce dzieci zrobić obiad i kupić przybory do szkoły. Ta matka też nie miała czasu na rozwijanie pasji swoich dzieci. I wcale też nie jest powiedziane, że Twoje dziecko, które pięknie rozwinęłoby swój talent, byłoby w dzisiejszym świecie w stanie się z tego utrzymać. Może i by kochało, to co robi, ale nie miałoby za co ugotować obiadu.
      bo w dzisiejszym świecie nie wystarcza ciężka praca. Trzeba mieć dużo szczęścia, pomysł, być kreatywnym i cholernie cierpliwym. Oczywiście fajnie by było mieć na start jakieś 500.000 PLN 🙂 Nie biczuj się, kochana 🙂

      Polubienie

    1. Myślisz, ze korporacja to wytłumaczenie na wszystkie niepowodzenia wychowawcze? Pracuję w korpo. Od 8 do 16. Od pn-do pt. Jak pojawi się konieczność pozostania dłużej w pracy, to jest to raz na pół roku, bo np przyjadą goście.
      Tak ma zdecydowana większość moich koleżanek i kolegów.
      Mam czas na poświęcanie czasu dzieciom, a jeżeli go nie mam, to nie z powodu pracy, ale np swoich zajęć „pozalekcyjnych”.
      Myślę, ze wielu właścicieli firm, ma znacznie mniej czasu dla siebie i więcej spędzają w pracy.
      Odnoszę wrażenie, że 99% ludzi używa „korpo” jako słowa klucza, bez pojęcia co się za nim kryje, bo naoglądali się filmów i naczytali populistycznych artykułów.

      Polubione przez 2 ludzi

      1. Wcale nie myślę, że korporacja to wytłumaczenie na brak udziału rodziców w wychowaniu dziecka, poświęcaniu mu uwagi, etc…jeżeli pracujesz w korpo to zazwyczaj masz sztywne ramy czasowe, zaczynasz o X kończysz o Y i jeżeli wracasz z racjonalnym myśleniem, masz siłę na poświęcenie dziecku czasu, nie ważne czy 2 godziny czy 4 ale na max, 100% uwagi dla niego, bez klikania w telefon czy laptop, kończąc zadanie czy projekt,którego nie zdążyłeś pomiędzy X a Y, nie odbierasz telefonu od przełożonych, itp. to jesteś prawdziwym szczęściarzem, że znalazłeś taką pracę, że trafiłeś do takiego korpo – jeżeli takowe miejsce istnieje to zrób mu reklamę i zachęć innych do ubiegania się tam o pracę, chętnie sprawdzę 🙂
        Kończę swój wywód bo mam jeszcze wiele rzeczy do zakończenia, aby od 16 dać rodzinie 100% siebie…
        Życzę miłego weekendu.

        Polubione przez 1 osoba

      2. Krótko żyję na tym świecie i może niewiele firm zwiedziłem, bo aż całe dwie, ale z opisanej w Twoim komentarzu wizji pracy w korporacji to takich szczęściarzy jest całkiem sporo na tym świecie i równie dużo w Polsce. Branża IT rządzi się na tyle fajnymi prawami, że z miejsca dostajesz elastyczne godziny pracy, laptopa firmowego używasz przez 8,5 godziny dziennie, a i kasa jest na tyle sympatyczna, że nie musisz dorabiać po godzinach. Nie trzeba być programistą najwyższych lotów by to osiągnąć, ba, nawet nie trzeba pisać rocznie jednej linijki kodu by to dostać… Pozdrawiam

        Polubione przez 1 osoba

      3. Rafał, akurat mam pojęcie o „korpo” i to nie z filmów czy artykułów tylko z pierwszych korporacji, które dopiero raczkowały i rozkręcały się stopniowo w naszym kraju i wymagały dużego zaangażowania. Pracowałam kilkanaście lat (akurat wtedy, kiedy dzieci dorastały) w trzech potężnych korporacjach w godzinach minimum od 9 do 17 plus po godzinie na dojazdy z rana i po pracy przez miejskie korki czyli powrót do domu tylko praktycznie na wieczorne odrabianie lekcji z dziećmi oraz nocleg. Oczywiście płace były bez porównania do innych ofert, ale tu pojawia się pytanie, czy było warto? Może korzystniejsza dla rodziny byłaby praca na część etatu w pobliskim markecie? Zwróć uwagę, że mój syn jest dorosły, więc od tamtej pory nastąpił przełom w wielu dziedzinach (np. porodówki) i wiele się zmieniło i jeśli na lepsze, to tylko można się cieszyć. Ty akurat masz świetne warunki pracy, ale czy tak zawsze będzie i czy tak jest wszędzie? Łatwo łyknąć haczyk, gorzej z uwolnieniem…

        Polubienie

  13. Dzień dobry
    Żeby złapać kontekst i stwierdzić, czy autor ma pojęcie o czym pisze, chciałbym wiedzieć ile szczęśliwych dzieci wychował, ilu dał dobry start w życiu (dobry, rozumiany tak, że dziecko – już dorosłe teraz, lub będące krótko przed wstąpieniem w dorosłość – żyje po swojemu, mając albo nie mając kupy kasy, realizuje sie, pracując jako prezes korporacji, albo pomocnik sprzątacza w Biedronce, kopiąc rowy łopatą, albo pisząc książki. Generalnie – będące szczęśliwą jednostką).
    Dziękuję

    Polubione przez 1 osoba

    1. @Rafal – idac twoim tropem myslowym Shakespeare nie moglby napisac polowy swych sztuk. ‚Machiavelli’ nigdy by nie powstal bo ktoz bylby godnym na tyle autorytetem, zeby radzic wladcom…Nie bronie autora bloga bo mysle ze jego ‚target audience’ idealnie jest chwycona. Wyluzuj troszke, Rafale, to tylko Internet 😉
      Pozdr cieplo

      Polubione przez 1 osoba

  14. Czy kazdy musi miec w zyciu ciezko zeby wyjsc na ludzi? Mozna miec wszystko, miec dom, byc wyksztalconym, dobrze zarabiac i byc nieszczesliwym. Wszystko zalezy od podejscia czlowieka i wszystko zaczyna sie i konczy w jego glowie. Jako mlody pracyjacy chlopak zarabiajacy nieduze pieniadze bylem bardziej szczesliwy jak teraz gdy zarobki sa wieksze. Wiecie dlaczego bo jak bylem mlodszy to nie analizowalem dlaczego ten ma wiecej ode mnie, ten ma samochod a ja go nie mam, ten ma mieszkanie a ja nie to niesprawiedliwe itd. Powiem szczerze bardzo czesto wkur… gdy widze ludzi ktorzy sa mniej ogarnieci ode mnie, lecz z uwagi ze ich rodzice mieli pieniadze, maja lepiek ode mnie. Oni maja kapital i firme i ja musze u nich pracowac bo z pustego i salomon nie naleje. Wielokrotnie zastanawialem sie czy jeat aprawiedliwosc na swiecie i powiem wam ze nie ma. Kazdy czlowiek chce miec w zyciu wygody, z natury czlowiek jest leniwy. Wielokrotnie moka kobieta zarzuca mi ze chcialbym przyjsc na gotowe i powiem tak, chcialbym. Ogarnia mnie zlosc gdy ja nie mam pracy, wysylam cv i mam zero odpowiedzi, a czlowiek ktory nie musi tego robic ma firme, ba w dodatku ludzie dla niego pracuja ma wygody i ma w dupie cala reszte byleby jemu bylo dobrze… Piszac to wszystko zastanawiam sie czy to nie jest tylko upust moich emocji… Na zakonczenie powiem wam jedno jako mlodzi ludzie traktujmy sie z szacunkiem i starajmy tak pracowac aby kazdy byl zadowolony, bez oszustw, bez wyzysku.

    Polubione przez 1 osoba

  15. Również pokuszę się o skomentowanie, ponieważ temat jest mi dość bliski.
    Wyprowadziłam się z domu w wieku 19 lat. Tak chciałam. Od tamtej pory utrzymuję się całkowicie samodzielnie. Jakieś 5 lat temu (zarabiałam wtedy 2000 zł) byłam na imprezie ze znajomymi. Rozmawiałam z chłopakiem, ok. 26-letnim (był w moim wieku lub ciut starszy, dokładnie nie pamiętam). Na pytanie czym się zajmuje odpowiedział, że niczym. Myślałam, że w takim razie studiuje, ale również nie trafiłam. Zapytałam więc co w takim razie robi na co dzień. W odpowiedzi usłyszałam „aaa… wiesz, zawód syn”… Witki mi opadły.
    Niestety ta sytuacja nie była wyjątkiem. Dlatego zgadzam się z tym, że nadmierną opiekuńczością i pobłażaniem można skrzywdzić dziecko. Mam szczerą nadzieję, że nie popełnię takiego błędu.

    Polubione przez 1 osoba

  16. Ogólnie spoko, ale do dwóch rzeczy muszę się przyczepić:

    1. „Uwielbiam” to starcze pierdolenie i narzekanie na rzekomo „rozpieszczone” i „roszczeniowe” dzieci, które podobno nic w życiu nie osiągną, bo mają za dobrze. Kanye West był z dobrego domu, miał matkę nauczycielkę i piątki na uczelni, a mimo to postawił na swoim i został jednym z najwybitniejszych producentów XXI wieku. Jak widać dodatkowe zajęcia z nauki gry na pianinie się mu opłaciły. Donald Trump był tak „spieprzony”, że spłacił długi, pomnożył majątek ojca, a od poprzedniego roku jest najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Jakoś w Ameryce dzieci z dobrych domów potrafią być ambitne. Czy nasze dzieci są gorsze?

    2. Z jednej strony piszesz, że trzeba podążać za swoją pasją, a praca za biurkiem to wegetacja, a z drugiej, że nie każdy będzie milionerem, więc cieszmy się z tego co mamy (tzn: pracy w Biedronce lub Maku). To brzmi tak jakby praca w korpo była najgorszą pracą na świecie. A przecież w porównaniu do poprzedniego ustroju korpo to luksus. Zniżki, darmowe bilety do teatru, karnety na siłownie. To „spieprzone” pokolenie z punktu 1. pośrednio wywalczyło te przywileje. Pracodawcy stają na głowie, by przyjąć pracowników, bo dla młodych pracowników sensem życia nie jest już sama praca i rzucone od niechcenia 2000 brutto nie jest już manną z nieba.

    Głównym problemem współczesnego młodego pokolenia jest pracoholizm, zaniedbywanie work-life balance’u, a przede wszystkim brak asertywności: ludzie boją się wyjść punktualnie z pracy. Wmawia się nam, że im więcej bierzemy nadgodzin, tym jesteśmy lepsi. Myślę, że w każdym normalnym społeczeństwie jest (lub powinno być) całkowicie na odwrót.

    Polubione przez 1 osoba

  17. Albo ja nie zrozumiałem albo większość wypowiadająca się powyżej …:) Cała wartość jest w nas i w Dtym jak siebie postrzegamy i jakie stawiamy cele… nie ma znaczenia ile kto zarabia …każdy zarabia tyle ile potrzebuje lub ile może. Problemem zawsze są ci którzy oceniają nas po tym co mamy nie kim jesteśmy ale chyba nie powinniśmy się nimi przejmować to raczej nie są przyjaciele . Mój fb na tym ucierpi :

    Polubione przez 1 osoba

  18. Co to za bełkot? Nawet abstrahując od treści (niezbyt ciekawej), to tego nie da się zwyczajnie czytać ze względu na kompozycję. Po paru akapitach zwątpiłem mimo szczerych chęci.

    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

  19. tekst jest swietny! ale czytajac komentarze wiekszosc niewiele zrozumiala. Walkujecie temat kredytu i pieniedzy. a to nie o to chodzi! Tu o chodzi o bycie szczesliwym, nie ma znaczenia co robisz w zyciu, czy jestes bogaty czy biedny. Satysfakcja z zycia – to sie liczy.
    a Wracajac do tematu rodzicow, wielu uwaza, ze najwazniejsze sa pieniadze, ze trzeba inwestowac w przyszlosc dziecka, wiec pracuja nadgodziny, dziecko caly dzien pod opieka przedszkola, a oni pracuja i pracuja,a po powrocie do domu sa tak zmeczeni, ze jedyne o cym marza to dzieci w lozku…Sa zmeczeni i sfrustrowani, nie maja sily okazac zainteresowanie sprawami dziecka, spedzac z nim czasu…
    I jaka wiadomosc otrzymuje dziecko?? Ze tak naprawde nie jest najazniejze, ze wazniejszy jest nowy telewizor, wyjaz na wakacje, a moje potrzeby emocjonalne spychane sa na dalszy plan. Pieniadze i rzeczy materialne! To sie w zyciu liczy…niestety…

    Polubione przez 1 osoba

    1. To jakie mają wyjście Ci ciągle zabiegani rodzice? Bo niestety za połowę pracy nie chcą płacić połowy. A nawet gdyby chcieli, to połowa nie starczy na rachunki, jedzenie i ratę za mieszkanie (czy czynsz najmu, bo to ta sama kwota) Większość ludzi wcale nie chce zap… ale zwyczajnie nie ma wyjścia.

      Polubione przez 1 osoba

    2. Ale zrozum że masa ludzi żyje od raty do raty i nie da sie być szczęśliwym kiedy w sklepie masz ochote na cukierka i nie mozesz go kupić bo nie będzie na ratę.

      Polubienie

  20. Kolejne stereotypy. Moi rodzice mają mnóstwo hajsu. Jako gówniara niespełna 20letnia idąc na studia dostałam pod opiekę 2 mieszkania. Niby wszystko cacy. Hajs był tylko co z tego skoro , kiedy moi znajomi dostawali kasę od rodziców to szli na balangę. Ja jak dostałam kasę liczyłam każdą złotówkę, bo pod koniec miesiąca będą rachunki za prąd, gaz. Pieniądze musiałam mieć, bo rodzice złotówki by nie dali. Kiedy nie miałam gniazda na przedpokoju i poprosiłam ojca o pomoc to on w 2 min przez telefon powiedział mi jak zrobić gniazdko z włącznika światła. Radź sobie sama usłyszałam na sam koniec. Mając 21 lat potrafiłam powiesić półki łącznie z wierceniem, wymienić kran i ogarnąć całą elektrykę. Dlaczego? Szkoda mi było pieniędzy na „fachowców”. Teraz mam pół domu i samochód od rodziców, ale za wszystko płacę sama. Ubezpieczenie, nowe opony, naprawy. Dawać można, ale trzeba uczyć jak dbać o to, co się dostało i jakie są koszta utrzymania tego wszystkiego. Rodzice pomogą, bo zawsze pomagają, ale tylko wtedy kiedy naprawdę nie ma innego wyjścia. Sama mam syna i nie wyobrażam sobie, żeby mu nie pomóc kiedy będzie tego potrzebował. Do co pracy to akurat na przykładzie tego co rodzice zrobili z bratem nauczyłam się wiele. Uwalił 1wszy rok studiów. Rodzice krótko. Idziesz do roboty. Połowa pensji dla nas. Zarabiał 1200. 600 dla moich rodziców. Gówno na życie mu zostawało. I co? Szybko się ogarnął. Rodzice pozwolili mu wrócić na studia i skończył je z średnią 4,9. Metodą kija i marchewki, a nie schaba na talerzu. Rodzice be, bo dają. Jak mają to oczywiste jest, że dają. Sami nie mieli i chcą oszczędzić dziecku zapierdalania na wszystko. Polecam tym, którzy tak nadają na rodziców, którzy obdarowują swoje dzieci by sami je mieli. Wtedy zrozumieją, że sobie człowiek jest w stanie odmówić wiele. Własnemu dziecku już trudniej, zwłaszcza jeżeli się ma możliwości.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Jak można zrobić gniazdko z „wyłącznika światła”? Coś ci sie kobito chyba w głowie pomieszało. I może doucz się polskiego. „Kiedy nie miałam gniazda na przedpokoju”. Znaczy co, na suficie?
      PS gniazda ścienne 230V kosztują od kilku zł, zaś „oszczędzanie” jest zwyczajnie niebezpieczne dla życia!

      Polubienie

  21. Udupczyło mi pół komentarza. Także dalej. Trzeba pokazać dziecku, że praca jest satysfakcjonująca. Bo będą wyjazdy za granicę, nowy telewizor (ale materialistka ze mnie co), ale również będzie można pomóc innym, zarobić na roczny wyjazd dookoła świata. Jednak praca, która nie daje spełnienia jest bezsensu. Do porzucenia schematu skore będą raczej ludzie, którzy w razie niepowodzenia otrzymają pomoc od najbliższych. Nikt nie będzie ryzykował zmiany pracy mając dziecko albo dwoje na utrzymaniu. A co do związku to tak. Najlepiej traktujmy je jak żarcie z Maka. Jak jest cacy to zjem, jak nie to wyrzucę. Dlatego mamy teraz tyle rozwodów. Ludziom nie chce się walczyć o siebie, o partnera, o związek, a takie brednie utwierdzają w przekonaniu, że jak jest źle to trzeba zmienić. Nowy będzie lepszy. Chuj z tego, że tak samo jak poprzedni po roku będzie pierdział przy tobie i bekał albo będzie wieczorem przychodziła do łóżka z maseczką na twarzy. Alkoholu, narkotyki tak. To jest przesłanka do rozwodu. Reszta. Pieprzone zaniedbania w związku, małżeństwie. Kłótnie będą zawsze. Jak inaczej dwoje ludzi ma żyć pod jednym dachem. Idealnych związków dalej szukajcie w pudle zwanym telewizorem, a na pewno je znajdziecie.

    Polubione przez 1 osoba

  22. Chciałabym móc uczyć dzieci tego, że mogą robić w życiu to co sprawia im frajdę, nawet jeśli oznacza to pracę na kasie w Biedronce. Problem jednak polega na tym, że nie żyjemy w bogatym państwie, gdzie kasjerka może sobie pozwolić na skromne aczkolwiek spokojne życie. Liczby mówią same za siebie – za 1500 zł netto nie da się po prostu żyć. I opowiadanie, że gdzieś tam w małych miasteczkach ludzie żyją jest zwykłym kłamstwem. Żyją pod warunkiem, że mieszkają w domu z rodzicami lub w pozyskali nieruchomość w jakiś inny sposób (np. spadek, mieszkania komunalne, socjalne itp). To jest największy koszt życia, a każdy gdzieś mieszkać musi. Polska to biedny kraj, wynagrodzenia generalnie są niskie – bez względu na to co się robi, w tym także na własnej działalności. Chyba, że omija się ZUS i US szerokim łukiem.

    Polubione przez 1 osoba

  23. Natomiast autor poruszył tutaj pewien ciekawy wątek – brak inwencji, indolencja. I to u młodych ludzi. Wymyślic coś nowego, zaryzykować – gdzieżby.

    Mam projekt, który działa. Ale działałby lepiej, gdybym miał partnera. Niestety, poajwiają się tylko chętni do dzielenia skóry na niedźwiedziu. Albo żeby ich przyjąć na etat. Nie ma chętnych do uzależnienia swoich przychodów od swoich osiągnięć – co jest chyba naturalne.

    Polubienie

  24. Pochodzę z biednej rodziny. Zarabiam jak na dzisiejsze standardy średnio- kiepsko ale w porównaniu do moich rodziców: ciężki hajs. Sama z tego wychowuję syna, opłacam mieszkanie, samochód, psiaka i wiele popierdółek dnia codziennego. Żyje ” zwykle” , pospolicie i całkiem nudno dla niektórych ale jestem dumna z siebie że mogę sobie wyremontować łazienkę..pewno dla wielu taka sobie a dla mnie bajeczna bo za moje, z mojej pracy . Nigdy nie prosiłam rodziców o pieniądze i dawałam sobie radę a jednak popełniam błąd dawania mlodemu tego czego sama nie miałam..nie wiem czy to matczyna ślepota czy instynkt ochrony ale..widzę że to nie jest dobre i powoli zmieniam ro..odcinam w bólach 18 letnią pępowinę..

    Polubienie

  25. Najlepsze są komentarze pod tekstem 🙂 ile kto zarabia… a tak naprawdę z zarabianiem pieniędzy jest jak z sexem, Ci którzy to robią nie mówią o tym, a Ci którzy tego nie robią mówią o tym 🙂

    Polubienie

  26. Tak jak byłam mała to rodzice nie potrafili zapewnić mi podstawowych artykułów takie jak żywność odzież i higiena już nie mówiąc już o zdrowiu i samopoczuciu jak i zdrowiu emocjonalnemu. Pieniążki były wydawane na alkohol i papierosy . Morskiej wody jeszcze nie miałam okazji ujrzeć przez moje 26 lat życia . Mało tego telefon miałam w wieku 19 lat . Internetu nie miałam komputera też nie . I jak miałam 20 lat wyszłam bez słowa z domu i już nie wrucilam , dużo osób mi pomogło się pozbierać , mam pracę jakoś sama się utrzymuje . Zbieram na to żeby gdzieś pojechać bo zwiedzanie daje wolność . I wiecie co nie nic bardziej przykrego kiedy dziecko czuje się jak przedmiot . To że dostanie prezent to naprawdę nic źle . Źle jest wtedy kiedy nie rozróżnia prezentu od domagania się tego co uważa za niby nic zbędne a tak naprawdę najważniejsza jest miłość a nie gra konsola . Lat się nie cofnie i dla mnie rodzina to obci ludzie nic do nich nie czuj . Przebaczyłam im i niech sobie żyją ale w moim życiu oni już nie istnieją. Proszę obejrzeć ostatni szaman . Ładnie pokazuj pokolenie co mają wszystko a przy okazji no mają nic.
    Pozdrawiam

    Polubienie

  27. Kiedyś były takie czasy że modne nie były telefony tylko rowery górskie, Ja miałem składaka, wszyscy koledzy dostali „górala”, jasne ze na kredyt na 36 rat. Ja w wakacje obierałem wiśnie czereśnie argest, pożeczki i jeździłem z tym na targ. Jasne nie jechałem sam, czasem dziadek mi nawet pomógł wieczorem coś obrać. Kolejne wakacje robiłem to samo. miałem swoje oszczędności jakieś 600 zł. Poprosiłem ojca żeby mi dołożył druga połowę, w sklepie okazało się ze mają promocje jak oddajesz stary rower to nowy kupujesz za 50 %.

    Polubienie

  28. Jeśli ojca stać kupić pociąg razem z torami, to syn nie jeździ golfem. Pokażcie mi jeden taki przykład. Tekst napisany dla publiki i dla osiągnięcia oczekiwanej reakcji.

    Polubienie

  29. Te wszystkie wypowiedzi są chore, CO POWIECIE PONAD 5 milionom 20, 30 latków często z wyższym wykształceniem którzy pracują nie więcej jak za 2000 zł
    CZĘSTO Z WYŻSZYM WYKSZTACENIEM KTÓRZY PRZCUJĄ NIE WIĘCEJ JAK ZA 2000 zł BEZ SZANS NA LEPSZE ŻYCIE ? !!!
    Żyjemy w chorym kraju i od 27 lat mamy chore rządy i psychicznych polityków.
    A uchodźca dostaje 1780 Euro = 7627 zł !!!
    27 lat rządów doprowadziło nas do tego że POLACY są białymi murzynami, SZCZEGÓLNIE W W WŁASNYM KRAJU !!!

    Polubienie

  30. Nie do końca zgodzę się z artykułem. Moi rodzice i rodzice mojego męża właśnie fundowali nam studia, kursy a nawet ślub – bo chcieli. Jak chcieli, to proszę bardzo i jesteśmy im BARDZO wdzięczni i chcemy być dla nich podporą na starość. A teraz nie mam jeszcze 30stki i już sama zarabiam więcej niż mama z tatą razem wzięci. W 4 lata udało się nam z mężem odłożyć tyle, że możemy kupić dom do wprowadzenia się i posiłkować się kredytem na jakies 10-15 lat na 50% nieruchomości. Co do wywodów na temat kupowania nieruchomości i niekredytowania się, wynajmowania etc, to może mówią to albo bardzo młode kobiety albo mężczyźni. W pewnym wieku trzeba też zacząć po prostu normalnie żyć, a nie pytać się właściciela czy moge wbić gwoździa w ściane i czy moge sobie kupić psa. Co mi z domu za gotówkę, okupionego harówką i czekaniem do 35 roku życia, kiedy na dzieci może być za późno…

    Polubienie

  31. Dzieciarnia przede wszystkim nie potrafi napisać nic bez wulgaryzmów. DRAMAT! Kochani młodzi – Wasza „zaje…stość” wyjdzie Wam kiedyś bokiem. Tak, jestem stary zgred. Ale sami zobaczycie. Ja będę wąchał już kwiatki od spodu, ale wy sobie wspomnicie te słowa. Życie uczy pokory. ale do tak zwanego „ad remu”…
    Nie o kasę tu chodzi, tylko o szczęście w życiu. Można być biednym i szczęśliwym i na odwrót. Nie ma recepty na życie. Człowiek, któremu wszystko dano, może ciężko pracować rozwijając to co zaczęli jego rodzice. A człowiek, który nie dostał nic zejdzie całkowicie na psy, wpadnie w alkoholizm lub zostanie narkomanem. Znam rodziców, którzy uczyli swoje pociechy wartości, a one i tak miały to gdzieś i poszły na łatwiznę. Znam też takich, których dzieci wychowane „pod kloszem” miały na tyle rozumu i poczucia tego co słuszne, iż same poradziły sobie w życiu.
    Rzeczywiście, dzisiaj łatwiej o zepsucie dziecka niż za komuny. PRL to było dno, ale to nie znaczy że w PRLu nie było bananowych dzieci (OJ, BYŁY!!!). Dzisiejszy, nazwę to, korporacyjny świat też takie „produkuje”. Ale jest też mnóstwo wartościowych młodych ludzi.
    LUDZIE! NIE MA REGUŁY!

    Polubienie

    1. Dokładnie tak, potwierdzam w całej rozciągłości. Choć wolę o sobie „stary piernik” bo stary zgred to oksymoron 😉
      Nie ma reguły. Choć ludzie bardzo chętnie się ich doszukują. Głownie po to, aby dostać drogowskaz bo sami nie mają pojęcia albo potwierdzić sobie że wybrana przez nich droga jest słuszna.
      Gdybym miał wskazać jakąkolwiek regułę, to raczej taką że świat wolnorynkowy(kapitalizm w ogromnym uproszczeniu) promuje dzieci zamożnych.
      Dziwnym trafem, ci którzy od dziecka obracają się w świecie bogatych/operatywnych, pod koniec „kariery” sami są bardzo bogaci. I wiele rzeczy się na to składa, a najmniej durnowate pomysły typu „dołożę ci połowę”, za to więcej fakt że od dziecka bawią się z innymi dziećmi bogatych…za 30 lat będą się nawzajem wciągać do spółek, rad nadzorczych, udzielać nieoficjalnych kredytów etc. etc.
      Klanowość jest faktem. Co nie znaczy że nie zdarza się że raz na jakiś czas komuś się uda.
      Jedno jest pewne. Od siedzenia na dupie i nic nierobienia kasy nie przybędzie. Ale można być całkiem szczęśliwym, bo szczęście to stan umysłu, nie posiadania.
      Filozofia nie bez powodu wskazuje jako optymalne miejsce – słynny „złoty środek” pomiędzy mieć a być.

      Polubienie

    2. A co do wulgaryzmów, to święta racja. Ale to trochę taki znak czasów – teraz jest czas wulgarny, i jeszcze taki pozostanie, a kto wie czy nie na stałe.
      Podobnie jak mało kto już reaguje na – nawet rażące – błędy(ort. i styl.).
      A stare pierniki były wychowywane w duchu takim, że popełnianie błędów językowych i wulgaryzowanie bez powodu jest okazywaniem lekceważenia rozmówcom/czytelnikom.
      I teraz mają problem te pierniki. Jakość słowa pisanego poleciała na mordę. Kto się w tych czasach urodził/dorastał – ten tego nawet nie widzi 🙂

      Polubienie

  32. Dla mnie chyba najbardziej smutne i zastanawiajace jest to, jak wiele osób zupełnie nie zrozumiało tego artykułu. Licytacje w komentarzach kto ile zarabia, jaką drogą do tego doszedł i co dali mu rodzice lub nie… A dla mnie najważniejszym przesłaniem tego tekstu było przecież to, że pieniądz nie jest w życiu wartością samą w sobie, że powinniśmy uczyć dzieci (i siebie), co to znaczy być szczęśliwym i akceptować swoje życie (nie mylić z brakiem ambicji), czy szanować pracę (zwlaszcza taką, która z perpektywy korpoludu jest słaba, bo nie można się z niej dorobić domu za milion). Wartość człowieka nie jest mierzona tym, co może sobie kupić. I dla mnie to, jak wiele osób popisuje się w komentarzach, tylko udawadnia, jak bardzo Piotrze masz rację.

    Polubienie

    1. Czytając komentarze doszłam do tego samego wniosku. Przecież w tym tekście wydaje mi się że właśnie o to chodziło. Że tak chcemy zadbać o nasze dzieci, zapierdzielamy ile wlezie żeby miały „lepszy start” a nie uczymy ich jakie wartości są najważniejsze, nie uczymy mieć pasji i być szczęśliwymi, nie dajemy im siebie. Tylko pieniądze, żeby jak ktoś tu napisał – pomieszkał sobie troche w pięknym wielkim domu, a czy będzie czuł się szczęśliwy w sowim życiu to już mało ważne. Ja żałuje że moi rodzice podchodzili do tego tak samo. Jak w wieku 18, 19, 20 lat chciałam iśc do jakiejś wakacyjnej pracy to słyszałam – jeszcze się w życiu napracujesz. teraz się ucz. jak po pierwszym semstrze chciałam zmienić studia bo stwierdziłam, że to nie dla mnie, to usłyszałam „a gdzie ty pójdziesz, zmarnujesz ten semestr, jak zaczełaś to już skończ” A teraz mam 28 lat, zrobiony tylko licencjat z którym się męczyłam o rok za długo bo chodziłam na zajęcia z wielką niechęcią i niecały rok doświadczenia zawodowego, poniosłam na tej lini całkowita porażkę. Jak już uda mi się przejść jakieś rozmowy kwalifikacyjne to dzień wcześniej trzęsę się ze strachu przed rozpoczęciem nowej pracy i rezygnuję. A znajomi też patrzą na mnie jak na dziwaka że nie chcę do czegoś w życiu dojść – w sensie jakiegoś stanowiska. A ja bym chciałą zwykłą spokojną pracę w archiwum czy być recepcjonistką. Nie mam ambicji na wielkie stanowiska. wolałabym spokój. Ale na takie stanowsika wolą studentów.

      Polubione przez 1 osoba

  33. Zapisalam moja letnia coreczke na angielski, francuski, mathriders, balet. Basen ma w szkole dwujezycznej. Mysle jeszcze o chinskim, gdyz coreczka wykazuje NIESTETY zdolnosci po ojcu artyscie plastyku. Wole by zamiast pacykowac bez celu olejem na plotnie w zloconych, recznie robionych ramach,cwiczyla kaligrafie. Nigdy nie wiadomo, kiedy bedziemy nieco granice polsko-chinska. 😉

    Polubienie

  34. Moja mama zawsze pozwalała mi popełniać błędy, mówiła, że „nic Cię tak nie wychowa jak własne sumienie” i tak właśnie żyje. Tekst rozumiem i popieram podejście. Mam za sobą wiele sytuacji, w których mogłabym zarzucić mamie, że nie było Nas stać na moje studia, że mieszkaliśmy na 30 m w 7 osób, że mam problem z przyswojeniem jakiegokolwiek języka, że nie gram na żadnym instrumencie i nie jestem super świetna w czymkolwiek. mogłabym, ale tego nie robię ! Dzięki temu nie wstydzę się pójść do niej i powiedzieć, że gdzieś mi się noga podwinęła, że mam rok na studiach w plecy, albo mój cudowny związek rozpadł się wraz z urodzeniem dziecka. Mama przez swój stosunek do mnie nauczyła mnie wspomnianej w tekście akceptacji. Trudna sztuka, ale jedyna słuszna jako rodzica.

    Polubienie

  35. Piotr C.- teoretyk od wszystkiego – zabrał się za wychowanie dzieci. Otóż po pierwsze – wychowanie dzieci w praktyce rzadko pokrywa się z teorią od tego. Wiem, mam dziecko. Piotr C. ma kota – ale to nie to samo. Wiem, bo kota też mam. Po drugie – dziecko, wbrew pozorom, nie potrzebuje kasy, zajęć dodatkowych i Iphona. Dziecko potrzebuje kilku rzeczy ale za to w opcji bezwarunkowej – miłości, szacunku, zaufania i wsparcia. I jeśli tego nie ma to, choćby skały srały, zamiast dorosłego wyrośnie pełnoletnie indywiduum ze spierdoloną psychiką. Nastawione na ”ja”, nieumiejące zbudować prostych relacji o związku nie wspominając bo „ja” zawsze będzie najważniejsze. Nieumiejące podejmować decyzji, bo tego trzeba nauczyć a rodzice najczęściej nie mają na to czasu. Nie wiedzące nic o życiu z co najmniej dwóch powodów. Ze strachu – bo rodzice radośnie przekładają swój strach na dziecko. Wbrew pozorom dziecko rodzi się bez lęku np. przed ciemnością, przed burzą przed pająkami. Ale jeśli zobaczy, że tego boją się rodzice – samo zacznie się bać. Najpierw będzie bało się małych rzeczy, potem coraz większych np. wyjścia ze strefy komfortu. Druga rzecz – rodzice chroniąc dzieci nie pozwalają im (w dobrej wierze) na popełnianie błędów. A dalej jest już prosto: nie podejmujesz decyzji – nie popełniasz błędów-nie uczysz się-nie zdobywasz doświadczenia-boisz się zrobić cokolwiek –nie podejmujesz decyzji… I do tego wszystkiego dochodzi jeszcze oczekiwanie sukcesu – oczekiwanie rodziców, otoczenia -że będą super studia (lekarz, prawnik, farmaceuta), super praca (hajs, hajs, hajs), super rodzina. I dupa – bo z takim zapleczem zwyczajnie się nie da.

    Polubienie

  36. Ja na ten przykład nie mam studiów, zaraz po technikum jeszcze w ostatnie wakacje szukałem pracy w zawodzie, znalazłem ją dość szybko,na początek 900 zł na rękę, praca na serwisie jak i na wyjazdach u klientów. Było ciężko ale zdobywałem doświadczenie, i to w dziedzinie w której się bardzo dobrze czuję. Od rodziców nie dostałem zbyt wiele, wakacje spędzałem na wsi albo na osiedlu na którym mieszkałem, nie mieliśmy długi czas samochodu, zakupy na np. święta to była całodniowa wyprawa komunikacją miejską. I jakoś się żyło. Ojciec zawsze powtarzał że jak się nie będę uczył to będę kopał rowy. Nigdy dobrego słowa nie usłyszałem od niego. Opuścił rodzinę jak miałem 22 lata. Obecnie mam 31, nadal pracuję w zawodzie który jest dla mnie pasją, zdobywam doświadczenie i uczę się codziennie czegoś nowego. Mam również pokorę oraz szacunek do pracy którego wielu młodym ludziom tak bardzo brakuje. I może nie zarabiam kokosów, dobijam do 4 na rękę, ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć że jestem szczęśliwy i dumny z tego co osiągnąłem w tej dziedzinie życia. Pozdrawiam

    Polubienie

  37. Ok, to teraz post od kogoś kto uważany jest za człowieka sukcesu. I nim jest. Dzięki swojej ciężkiej pracy i szczęściu, ale też, zapewne (choć nie lubię tego przyznawać bo to intymne) tzw. pasji jestem człowiekiem sukcesu. Mam żonę, dzieci, mamy mieszkanie, samochód, iphony, MacBooki, mieszkamy w centrum Warszawy, dzieci chodzą do społecznych szkół, dodatkowe baseny, języki, dwa wyjazdy w roku poza PL, dobra rodzina, dwóch profesorów, dużo rodzeństwa, każde z conajmniej umiarkowanym sukcesem w swoim życiu zawodowym. Są też awantury, kryzysy, psychoterapie, płacze, passive aggressive w każdej odmianie itp. Niestety dla tezy artykułu i emocji, które z niego przebijają – wciąż jesteśmy razem i wciąż się rozwijamy, rozwijamy i rozwijamy i rozwijamy i rozwijamy. Może to wynik jakiegoś dziwnego splotu zbiegów okoliczności, ale nie mam poczucia by całe „zło”, które sobą może reprezentować człowiek opisany w artykule (male or female) to było tak naprawdę zło. Dzieci potrzebują wędki, nie ryby – to jasne. Potrzebują też trochę rozpieszczenia, nie tylko odwracania wzroku i powrotu do czytanej gazety. Nie podniecałbym się przypowieściami biznesmenów, mam z takimiż do czynienia i nie ma specjalnych reguł. Chowanie życiowych miernot bierze się przede wszystkim z braku wartości. Tyle powiem. Resztę sobie dośpiewajcie. Ton frustracji autora zdradza więcej o powodach napisania tego tekstu niż sam tekst.

    Polubienie

    1. Zawsze mnie zaskakuje, jak różnie ludzie definiują i odbierają „sukces”.
      Bo to, co opisałeś – można by skrócić do terapeutycznego wejścia na terapii: „Cześć, jestem Mariusz, żonaty, jestem typowym przedstawicielem wielkomiejskiej klasy średniej i mam sukces/problem” 🙂
      Pewnie się to bierze stąd, że też jestem warszawskim „średniakiem” i w najmniejszym stopniu nie uważam tego za sukces, choć sam to sobie wydrapałem pazurami, startując 20 lat temu z malutkiej miejscowości na południu Polski. Z rodziny która poza wartościami i inteligenckim etosem nie miała niczego.
      Ale to są drobiazgi, nomenklatura i nic poza tym. Jeden sukcesem nazwie dostatnie życie „pod linijkę” oczekiwań rodzinno-społecznych, inny przeskok do ligi „średniaków”, dla innego będzie to pierwszy milion a dla kogo innego świadomość że przez rok udzielając się charytatywnie dla psiego przytułku odwalił kawał dobrej roboty pomagając czworonogom.
      No ale, tytuł bloga jest jaki jest, rozumiem że tutaj sukces definiujemy tak właśnie jak pracownik fizyczny fabryki opon w Niemczech: iphone, dwa urlopy w roku, bonusy dla dzieci i nadaj hajs się zgadza. No sukces, bo mógłby być jeden wyjazd albo nie daj boże Samsung 😉
      Tylko że ten akurat wpis próbuje zasugerować, że sukces to poczucie szczęścia. A szczęście ot stan umysłu, nie posiadania. Więc?
      Piszesz o tym, że „dobra rodzina, dwóch profesorów, dużo rodzeństwa, każde z conajmniej umiarkowanym sukcesem w swoim życiu zawodowym”.
      A gdyby – jak brzmi pytanie autora – czy przeszło by Ci przez usta, że ktoś z tej rodziny odniósł sukces bo co prawda praca nieprestiżowa i się nie przelewa, ale żyje jak chce, jak chce to zarabia a jak nie to broni puszczy i w tym wszystkim jest naprawdę zadowolony z życia?
      Byłby to sukces, taki stan którego nie możesz wyrazić w czymkolwiek innym niż PLN?
      Bo autor zdaje się o to pyta właśnie.

      Polubienie

      1. powiem ci tak – niby masz rację, ale tak naprawdę może masz. ZALEŻY. Osobiście nie znam biednych i szczęśliwych, przynajmniej w Europie. Na Punta Cana w wioskach albo wioskach na Yukatanie ludzie nie mają nic, psy dupami szczekają, ale wydają się szczęśliwi. Jednak to szczęście przez łzy. Tak naprawdę – możemy się czarować ile wlezie – ale nie jesteś z Warszawy. To dzięki Twojej ciężkiej pracy zawędrowałeś (mam nadzieję) wysoko, mam nadzieję, że dojdziesz jeszcze wyżej. Natomiast nigdy nie byłeś z Warszawy – by się tu ustawić NAPRAWDĘ (to samo dotyczy jakiegokolwiek innego miejsca na Ziemi, w którym obowiązują zasady elitarności i klasizmu – jak w Warszawie, Ldn, Paryżu, NY czy innych stolicach/dużych miastach) – musi minąć co najmniej jedno pokolenie. Twoje dzieci dopiero będą mogły to odczuć. Kwestia jest taka, że można gadać o tym jak to wszystko zależy od samopoczucia etc. ale tak naprawdę są to mantry ludzi, którym z jakichś powodów nie poszło albo „pociąg odjechał”. Też może się moja moneta odwróci któregoś dnia i też zacznę w to wierzyć. Na razie to typowe excuse seeking. „Nie przelewa się i żyje jak chce”? Jasne. Może przez chwilę. Potem przychodzi proza życia i w takim świecie jaki mamy (wszędzie) prędzej czy później będzie musiał wykonywać pracę na rzecz innych ludzi, którzy przyjdą i go „zaorają” ewentualnie „ogarną”. Mówię to właśnie wróciwszy z córką z teatru. Jaki jestem szczęśliwy mogąc mieć dostęp do „wysokiej” kultury z moim dzieckiem, mogąc mu dawać najwyższej jakości doznania artystyczne, których już jej nikt nie zabierze. Dla mnie to jest m.in. szczęście.

        Polubienie

      2. Dzięki za odpowiedź.
        Nie jestem ani zwolennikiem słodkich cytryn ani samooszukiwania się, po prostu byłem ciekaw jak do tego podchodzisz.
        Co do zasady – zgoda. Lepiej mieć kasę niż jej nie mieć, mieć możliwości niż ich nie mieć i móc w związku z tym coś raczej, niż nie móc.
        Co do „drugiego pokolenia” to oczywiście, że tak. To wychodzi przy wielu okazjach.
        Nawet jeśli ja, po 20 latach czuję się tu „u siebie”, to to miasto nie przytula mnie jak swojego.
        Oczywiście iluzja jest dość dobra, można i łatwo się ulega temu złudzeniu ale ja nigdy nie dostanę kamienicy w spadku w tym mieście, ani nawet mieszkania czy garażu od wujka.
        Jak zachoruję, rodzina/znajomi nie obdzwonią znajomych lekarzy „w rodzinie” etc. etc.
        Takie życie i na to się pisałem.
        Ale dla dzieci, to co dla mnie było celem, stanie się punktem wyjścia i tyle.

        Polubienie

  38. „i syn pojechał na wakacje do Azji. ”
    Budzi sie pieknego ranka nad brzegiem cieplego morza, obok fajna laska – Azjatka przynosi mu pyszne owoce. Syn zadumanym wzrokiem patrzy przed siebie i mysli „A przeciez chcialem pojezdzic po Europie pociagami. Gdzie zrobilem blad?” 🙂
    Ale to nie koniec.
    I wtedy uświadamia sobie, ze w sumie podąża bezmyślnie za trendami bo w zeszłym roku modne były podróże po Europie, a w tym do Azji i dlatego tu przyjechał.
    Amen

    Polubienie

  39. Ja też jestem po prawie. Pochodzę z pokolenia, któremu rodzice i nauczyciele wmawiali, że wykształcenie jest najważniejsze. Nie liczyła się pasja, poznawanie świata , nauka życia tylko oceny.
    Nauka łatwo mi nie przychodziła, ale musiały być 5, w związku z tym całe dnie przesiadywałam nad książkami. Pamiętam jak raz podczas sprawdzianu źle się poczułam i jeden jedyny raz dostałam 3 – moja mama nie mogła mi tego darować. Jak dostawałam 5-, to była awantura o ten minus.
    Nic o sobie nie wiedziałam, niczego innego w życiu nie poznałam oprócz książek. Nigdzie nie byłam, nic nie widziałam, nawet w wakacje siedziałam z książkami, bo innego życia nie znałam. Zdałam maturę i co dalej , wiadomo studia , ale jakie? Jak to jakie jakieś ambitne, żeby mogła nos wysoko zadzierać. Padło na prawo chociaż byłam fanatyczką II wojny światowej i lepiej czułabym się na historii. Coż mogłam robić innego po historii jak tylko być nauczycielem, a nim nie chciałam być, bo to obciach, po co studia, żeby uczyć za parę groszy, przecież moje pokolenie miało mieć wille i nowe BMW w garażu.
    Po pierwszej sesji nalała mi się woda do uszu. Mimo spędzania całych dni na uczelni (chciałam chodzić na wszystkie zajęcia) i mimo regularnej oraz intensywnej nauki nie zdałam ani jednego egzaminu w 1 terminie. Byłam załamana, nie umiałam sobie poradzić z porażka bo byłam uczona, że porażka nie jest dopuszczalna, mało tego mama wyśmiewała mnie, że w sumie to ona od początku wiedziałam ze ja tych studiów nie skończę. Wzięłam się w garść pozaliczałam egzaminy w 2 terminie , ale coś we mnie wtedy pękło. Miałam dośc tego idealnego świata, w którym nie było mnie. Błądziłam przez 3 lata, az w końcu trafiłam do psychiatry i na kozetkę psychologa – mówili, że powinnam rzucić studia , bo mnie niszczą. Wiedziałam o tym, ale nie miałam innego pomysłu. Nic nie potrafiłam innego, niczego innego nie znałam.
    Po 10 latach z różnymi przerwami w końcu uzyskałam dyplom mgr prawa i nawet jedna z prac w zawodzie przynosiła mi radość, ale szczęśliwa nigdy nie byłam. Dopiero teraz po 30-stce widzę, że potrzebuje w pracy kontaktu z ludźmi, że jestem energiczna, dynamiczna i ruchliwa więc mogłabym wykonywać prace inne niż biurowa. Praca w kancelarii gdzie przez 8 h trzeba klepać jak maszyna w komputer i nie ma z nikim żadnego kontaktu, jest dla mnie jak kara więzienia. Myślałam kiedyś o byciu przewodnikiem po zamku w Malborku, ale teraz już za póżno. Mąż tu ma dobra pracę i nasza wyprowadzka na 2 koniec kraju (gdzie on pracy nie znajdzie, bo nie ma tam takiego przemysłu), bo ja chcę realizować jakieś fanaberie, byłaby skrajnie nieodpowiedzialna.
    Obecnie już 2 lata jestem w domu z dzieckiem i przeraża mnie powrót do pracy. Nie mam gdzie wrócić, więc muszę szukać od nowa. Tylko sama nie wiem czego. W zawodzie będę się męczyć , więc co po 30-stce mam robić , chyba właśnie iść na kasę, bo nie mam innego doświadczenia , ani innej wiedzy oprócz prawniczej. Dojrzewam do tego, aby wcisnąć dyplom w kąt i nie wstydzić się, że nie wykonuje prestiżowego zawodu, a moje studia nie miały sensu.

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Milomir Anuluj pisanie odpowiedzi

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.