„Wydobyłam od znajomego numer Wojciecha Fibaka i wysłałam SMS >Panie Wojtku, czy może pomaga pan miłym dziewczynom poznać i zarobić przy poznaniu miłych panów? Miła dziewczyna<. Następnego dnia zadzwonił ktoś z zupełnie innego, nieznanego mi numeru.
Po sześciu minutach od poznania zaproponował zajęcie. – Mam bardzo fajnego przyjaciela, mieszka w Nowym Jorku. Polak, bardzo skromny, bardzo mądry, miły, fajny. Przyjeżdża czasami do Europy, niedługo przyjedzie. To mam pierwszy pomysł, od razu… Ty mi się podobasz w ogóle. Masz inteligencję i jesteś apetyczna.„
Laska dziennikarka – umówiła się z Fibakiem aby udowodnić, że jest świnią. Kim jest Wojciech Fibak? Były tenisista, obecnie biznesmen, miłośnik kobiet między 20 a 30 rokiem życia, lubiących stawac na portfelu.
Chciałoby się powiedzieć – człowiek chce pomagać a tu mu kłody rzucają pod nogi.
Wyobraźmy sobie sytuację, znam bardzo ładną kobietę, która ma ochotę poznać mojego bardzo przystojnego i zamożnego kolegę. Daję jej jego numer? A teraz podwyższmy napięcie, znam bardzo ładną kobietę, która ma ochotę poznać mojego bardzo przystojnego i zamożnego kolegę i wiem że chce się z nim przespać. Daję numer? A jeśli jest żonaty? A jeśli wiem, że przez jego łóżko ona chce ubić jakiś interes?
Prawdopodobnie dzwonię do niego i mówię, mu że taka koleżanka chce jego numer. I nie tylko.
Czym to się różni poza tym, że Fibak jest znany a ja nie? I dlatego ja nie trafię na okładkę Wprost.
Cała sytuacja z Fibakiem to porozumienie między dorosłymi ludźmi, w którym ona ma interes do ubicia a on jest „pomaga”. Powiedzmy, że to specyficznie pojmowany networking.
„W rozmowie kilkanaście razy podkreślał, że z poznawania ze sobą ludzi nie czerpie żadnych korzyści majątkowych, choć Latkowski w ogóle go o to nie pytał. – Przyszła do mnie dziewczyna do galerii, ale wie pan, to nie było… Ja nie powiedziałem, że ja czerpię jakiekolwiek… Ona przyszła i mówi, że chciała gdzieś wyjechać, że chciała zdobyć kontakt. Od razu wyczułem, że to jest jakiś numer, i bardzo świadomie powiedziałem, że faktycznie mogę jakoś pomóc, mogę z kimś skontaktować. Ale tam nie ma żadnej wzmianki o żadnych korzyściach, o niczym, żadnych pieniądzach – mówił tenisista.”
Owszem lubi kobiety. Owszem może jest dziwkarzem. Owszem może płaci za seks. Owszem może się wydać przez swój tryb życia żałosny. Owszem cała sytuacja może budzić obrzydzenie.
Ale do momentu kiedy nikomu nie dzieje się krzywda, nie jest łamane prawo to jego prywatna sprawa kogo dupczy i komu daje numer telefonu. Fibak nie jest politykiem, nie jest księdzem ani nie jest wzorcem moralnym do naśladowania.
Jeżeli handluje kobietami wbrew ich woli, za pieniądze – ok. rozumiem. Ale w tym przypadku tak nie było.
Żyjemy w świecie w którym czy nam się to podoba czy nie gdzie wiele osób jest gotowych na wiele, aby poznać kogoś, kto zna kogoś, kto może więcej. Są kobiety, które o podwyższenie swojego statusu materialnego walczą dupą. Ich największym kapitałem społecznym jest dobre ciało, duże cycki i zgrabny tyłek.
Czy mam je potępiać że wykorzystują swoje atuty? Kwestia kręgu kulturowego.
Kto sam jest bez winy niech pierwszy rzuci majtkami. Naprawdę nigdy nie przespałaś się ze swoim facetem/jakimś facetem aby coś od niego dostać?
Powiem szczerze o wiele bardziej niż cała sytuacja z Fibakiem oburza mnie to co dzieje się w Turcji. Jakoś o niebo bardziej wkurwiające jest to, że ktoś może chcieć karać ludzi za to że chcą się pocałować na ulicy, albo pomalować usta na czerwono niż podstarzały playboy.
Jedno jest pewne, ten numer Wprost sprzeda się doskonale.
Było przy tym trochę marudzenia w waszym wykonaniu. Źe teksty słabo napisane. Tekst nie musi być dobrze napisany. Musi mieć w sobie emocje. Od tego aby dobrze go napisać jestem ja.
Poza tym zawsze można było podesłać własne historie. Wychodzę z założenia, że należy działać. Czy skończy się to dobrze czy źle? Nie wiadomo. Ale trzeba coś robić a nie tylko marzyć i narzekać.
Tak zrobiłem pisząc Pokolenie Ikea. Pisałem tę książkę z gigantycznymi przerwami przez jakieś siedem lat.Poprawiając w pewnym momencie nieustająco.
Kiedy z 10 wydawnictw powiedziało mi żeby spierdalał, doszedłem do wniosku że nie ma co się kłócić z rzeczywistością i przepisałem ją od nowa. Mogłem dostać w dupę. Ale mi się udało.
Kiedyś wydam ją może w oryginalnej wersji.
Trzeba iść przed siebie i skonfrontować się z rzeczywistością. Macie się do nędzy nie poddawać. Często ci najlepsi, to właśnie ci najwytrwalsi. Sam potencjał to za mało. Na świecie są miliony z potencjałem. Nikt ich nie odkryje, jeśli sami sobie w tym nie pomogą. Więc jeśli piszesz, malujesz, pierdzisz, robisz zdjęcia – zrób coś z tym na poważnie. To mówiłem ja Paulo Coejlo.
A teraz kończąc z łzawą atmosferą- dziękuję wszystkim, którzy podesłali mi kawałki swojego życia. Nawet jeśli były to wytwory waszych fantazji – mówią o tym jacy jesteście i czego pragniecie. Wzbogaciło mnie to.
Wybrałem trzy z tego co mi podesłaliście, wy jeden.
„Nastał dzień, w którym wybił rok naszego związku, a my już razem mieszkaliśmy równiez w dwupokojowym (ważny szczegół). Jakoś specjalnie nam to nie wychodziło. Spróbuj być z kucharzem… to prawie tak jak być z Charlie Sheenem. Właśnie wtedy w odwiedziny przyjechała moja stara przyjacióła z Pyrlandii ze swoim facetem. Ugościliśmy ich jak przystało na gospodarzy warszawskiego zadupia (czyt. Woli). Jak wyżej wspomniałam typ miał to do siebie, że jak popije to idzie spać. Ja zawsze mogłam dużo wypić i nawet być w pełni władz umysłowych co zabawniejsze. Wpadliśmy więc na pomysł z serii “Life fast, die young” i urządziliśmy sobie trójkąt nie z tej ziemii. Mój facet śpi za ścianą, a ja liżę cipkę swojej psiapsióły posuwana przez jej faceta. Dosyć zabawna sytuacja nie sądzisz?:D”
„6.30. Jedną ręką mieszam jajecznicę, a drugą zaparzam sobie kawę. Jeślibym miała trzecią, zdołałabym się jeszcze przy tym uczesać. Gdyby zaś wyrosło mi kilka par, jak bogini Kali, mogłabym jeszcze zrobić makijaż, pozmywać po śniadaniu i podlać niecierpki na balkonie, żeby nie przywiędły, bo wtedy znów mi je wpierdolą przędziorki.
6.40. Dziecko przypomina sobie, że pani od przyrody kazała przynieść na lekcje warzywa, ponieważ mają robić jakąś ekspozycję czy cuś. Niechcący na usta wybiega mi słowo na k…, które w połowie zmieniam na ‘kurrrrczątko’. W panice wkładam sobie do oka szczoteczkę od mascary i przez chwilę myślę, że definitywnie je wydłubałam. Po czym na złamanie karku gnam do piwnicy i znajduję jakąś marchewkę i przywiędłą cebulę. Musi wystarczyć. Najwyżej na następnym zebraniu wysłucham, że córka jest niesystematyczna i nie wykorzystuje swojego potencjału intelektualnego. Jakby ktokolwiek normalny w tym kraju go wykorzystywał.”
Wróciłam się już lekko zirytowana o co gościowi chodzi, znów zajrzałam przez uchylona szybę.
-Słucham?
-Jak on się Pani podoba? Może być?
Mówiąc to bardzo wyraźnie potrząsnął przyrodzeniem. Jego biedny penis, którego do tej pory nawet nie zauważyłam, chyba był przytrzaśnięty tym rozporkiem, bo aż przybrał kolor dojrzałej śliwki węgierki.
Sama zadziwiłam siebie elokwencją i opanowaniem w tej sytuacji. Z pełną powaga odpowiedziałam:
-Nie bardzo.
-Dlaczego?
-Widziałam większe. – było to w 100% zgodne z prawdą.
Mój prywatny zboczeniem zmieszał się z lekka.
-Dużo większe?
-No sporo.
-Dziękuję.”
—
Wygrała więc „Matka z cycem”, ze zwyciężczynią kontaktuję się mailowo w celu omówienia warunków nagrody.
Wszystkie panie dodatkowo dostają PI2 jak wyjdzie. Autografy na biustach. Kto nie podesłał niech żałuje.
Wiele osób mówi, że w życiu potrzebne jest zdrowie. Pieprzenie. W życiu najważniejsze jest szczęście. Jak masz szczęście nie będziesz mieć raka, jak masz szczęście spotkasz właściwych ludzi, jak masz szczęście nie będziesz się nudził w życiu.
Powtarzamy: SZCZĘŚCIE KURWA.
Pomyślałem o tym wszystkim kiedy w ręce wpadł mi ten mem:
Oczywiście w rzeczywistości było trochę inaczej. Rok 1999, maj. Australijski kierowca Bill Morgan ma wypadek. Zderza się z inną ciężarówką, jego ciało jest zmiażdżone na dodatek przechodzi przez paskudny zawał serca.
To jest pech.
Przez 12 dni jest w śpiączce. Jego rodzinie lekarze radzą aby odłączyła go od aparatury wspomagającej życie. Rodzina się nie zgadza . I to jest szczęście.
Przez ponad 14 minut jest w stanie śmierci klinicznej. Jego serce przestało bić. Jego układ oddechowy nie działa.
Jego mózg ciągle jednak pracuje. Lekarze przyjmują, że pacjenta w takim stanie reanimuje się do 4 minut. On budzi się po 14 minutach i nic mu nie jest.
I to jest wielkie szczęście.
Dokładnie rok po tym kiedy jego serce przestało bić oświadcza się swojej dziewczynie Lisie.
Ona mówi: tak.
I to jest szczęście.
Kilka tygodni później kupuje los – zdrapkę na loterii i wygrywa samochód wart 17 tys. dolarów amerykańskich.
Stacja TV z Melburne jest pod wrażeniem i robi o nim materiał. Prosi go żeby przed kamerami kupił zdrapkę i ją zdrapał. Bill kupuje. Wygrywa 170 tys. dolarów.
I to jest szczęście.
Szczęście w życiu jest zajebiście potrzebne. Odpowiedni moment. Możesz być zajebiście dobry/dobra w czymś ale jeśli masz zrobić różnicę musisz trafić w swój czas.
Mój kolega z pracy urodził się pięć lat wcześniej ode mnie. Ma dom. Spłacony. Samochód rodziny, samochód sportowy, motocykl i łódź.
Ma szczęście.
Ja mam mieszkanie na kredyt. Samochód. Spłacony. Gdybym chciał mógłbym sobie kupić ten motocykl.
Mam szczęście.
Ci którzy urodzili się pięć lat po mnie mają mieszkanie na kredyt we frankach szwajcarskich, zaciągnięty w czasach kiedy frank był słaby a złoty mocny.
Teraz ich dług jest dużo większy niż wartość mieszkania. Też mają szczęście. Może nie szaleńcze ale mają pracę żeby to spłacać.
Ci o 10 lat młodsi żyją w mieszkaniach, które ktoś im wynajmuje, pracują za gówniany szmal w McPracach. Czy mają szczęście?
Czas pokaże. Jeśli oczywiście szczęście mierzy się w PLN.
Oficjalne ogłoszenie wyników w konkursie będzie jutro. Choć chyba już wiadomo kto miał szczęście.
Wybrałem trzy historie, oto i trzecia. Teraz macie czas do wtorku do godziny 20 aby wybrać tę która trafi do książki.
Wiecie co robić
Ciapowaty przydupas jakiegoś kierownika
„Mając 18 lat pracowałam latem w restauracji przy jednej z głównych dróg tego kraju. Akurat skończyłam zmianę i wracałam sobie żwawym krokiem do domu, chodnikiem przy owej trasie. Było ciepło, wiec ubranie oczywiste – jakaś bluzka i mini. Często z ciekawości i zwykłej próżności przyglądam się kierowcom. Nienawidzę gdy się gapia lub trąbią, a jednocześnie uśmiecham się w duchu, bo najwyraźniej wyglądam całkiem apetycznie. Moja uwagę zwrócił wtedy kierowca, który mijając mnie aż się odwrócił (jechał w tym samym kierunku co ja szłam). To nie zdarza się często.
Chwile później skręcił w boczną drogę, która przecinała mój chodnik, zawrócił i ustawił się z powrotem w wyjeździe na krajówkę. Gdy doszłam do jego srebrnego VW i chciałam go uroczo ominąć uchyliła się szyba:
-Przepraszam!
Zbliżyłam się do okna. Facet. Około czterdziestki. Ciemne włosy, nadgryzione zębem czasu. Zarost. Okulary godne Harrego Pottera. Szary garnitur. skojarzył mi się z ciapowatym przydupasem jakiegoś kierownika.
-Tak?
-W która stronę na Warszawę?
Pierwsza myśl: debil. Właśnie jechał w tym kierunku, a droga jest prosta i gładka jak dziesięciolatka. Ale moje dobre wychowanie każe mi wskazać drogę nawet największym dziwakom.
-Wyjedzie Pan w lewo, potem prosto, za ok 15 km będzie rozjazd, na nim w prawo. Są znaki.
-Dziękuję. – uraczył mnie obrzydliwym uśmiechem.
-Proszę.
Uśmiech nr 5 i już odchodzę w swoja stronę, gdy usłyszałam go znowu:
-Przepraszam, a jak ON się Pani podoba?
Wróciłam się już lekko zirytowana o co gościowi chodzi, znów zajrzałam przez uchylona szybę.
-Słucham?
-Jak on się Pani podoba? Może być?
Mówiąc to bardzo wyraźnie potrząsnął przyrodzeniem. Jego biedny penis, którego do tej pory nawet nie zauważyłam, chyba był przytrzaśnięty tym rozporkiem, bo aż przybrał kolor dojrzałej śliwki węgierki.
Sama zadziwiłam siebie elokwencją i opanowaniem w tej sytuacji. Z pełną powaga odpowiedziałam:
-Nie bardzo.
-Dlaczego?
-Widziałam większe. – było to w 100% zgodne z prawdą.
Mój prywatny zboczeniem zmieszał się z lekka.
-Dużo większe?
-No sporo.
-Dziękuję.
-Proszę.
Pospiesznie oddaliłam się. Gość odjechał. Chyba w stronę uprawnionej Warszawy.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę co się właściwie wydarzyło i przyspieszyłam kroku. Potem przez jakiś czas przeżywałam to, chociaż nigdy nie myślałam o sobie jak o ofierze ekshibicjonisty. Byłam wtedy wkurwiona, że tacy popaprańcy chodzą po tym świecie. Jeszcze żeby poleciał klasykiem z płaszczem, a nie takie żenujące zajeżdżanie drogi. I to już jest śmieszne, bo musiał się poczuć strasznie źle, że dziewczyna nawet nie zauważyła jego wątpliwych wdzięków i bez skrępowania wskazała mu drogę.”
Notka z wczoraj pobiła kilka rekordów. Oburzenia, komentarzy (najwięcej od jakichś trzech miesięcy), statystyk (koło 10 tys. odsłon) a ankieta tam zamieszczona stała się najpopularniejszą na tym blogu. Jedziemy dalej. Oto kandydatka numer dwa.
Nie mam zielonego pojęcia jak ten tekst wsadzić do książki. Ale mi się podoba, bo śmiałem się w trakcie czytania.
Ogłoszenie dla grammar nazi – w tym przypadku przecinki powinny być w odpowiednim miejscu.
Proszzz.
Z życia matki Polki. Z cycem
„Przerażającym snem jest życie” napisał onegdaj Marek Aureliusz, co stanowi niezbity dowód, że nawet cesarze miewają przesrane. Ciekawe, jak by zaśpiewał, gdyby choć przez jeden dzień był mną. Prawdopodobnie skreśliłby na jakimś zwoju „kurwa, pomocy!”, zanimby się rzucił na własny miecz.
Zakład?
No to popatrzmy.
6.00. Natrętny dźwięk budzika wyrywa mnie ze słodkiego snu. Rany boskie, jak ja nie cierpię porannego wstawania. Może tak jeszcze minutkę? Eee…lepiej nie. Przysnę i znowu się spóźnię. W dodatku przypominam sobie, że nie wydrukowałam wczoraj sprawdzianu z fonetyki dla trzecich klas i nie spakowałam „Tajemniczego ogrodu” z pracowicie pozaznaczanymi opisami przyrody. Ni ma bata, trza wyłazić z wyra
6.05. Przeglądając się w lustrze w łazience przeżywam wstrząs duchowy. O matko. Dlaczego w wieku dwudziestu lat człowiek jest z rana uroczo potargany, zaś w dziesięć lat później wstaje wymięty jak stary łach i ma wory pod oczami? A zresztą. Trzeba to sobie w końcu powiedzieć otwarcie: lepiej już, kurwa, nie będzie.
6.10. W co by się tu ubrać? Nie za nowocześnie, żeby nie obrażać moralności i niezbyt konserwatywnie, bo mam wystarczająco dużo lat, by nie potrzebować kilku ekstra dołożonych przez uniform w stylu wczesnej Matki Teresy. Czas mi się kurczy, więc na chybił trafił wyciągam z półki koszulkę i dżinsy, które okazują się o dwa rozmiary za duże, bo to model „zimowy”. Kiedy w końcu znajduję mniejsze, jest już szósta dziewiętnaście, więc z włosami jak plantacja rabarbaru, w którą niespodziewanie pierdolnął piorun kulisty, lecę do pokoju córki. Dziecko wykazuje wyraźny wstręt do wstawania, wyrodnej matki i życia – niekoniecznie w tej kolejności. Pomimo sukcesywnie ponawianych próśb jak zwykle nie naszykowało sobie odzienia, więc w pośpiechu wypieprzam mu z szafy połowę zawartości, by znaleźć czyste legginsy na w-f. Odgrażam się przy tym, że po południu samo będzie musiało posprzątać ten bajzel. Nikt w to nie wierzy. Nawet ja.
6.30. Jedną ręką mieszam jajecznicę, a drugą zaparzam sobie kawę. Jeślibym miała trzecią, zdołałabym się jeszcze przy tym uczesać. Gdyby zaś wyrosło mi kilka par, jak bogini Kali, mogłabym jeszcze zrobić makijaż, pozmywać po śniadaniu i podlać niecierpki na balkonie, żeby nie przywiędły, bo wtedy znów mi je wpierdolą przędziorki.
6.40. Dziecko przypomina sobie, że pani od przyrody kazała przynieść na lekcje warzywa, ponieważ mają robić jakąś ekspozycję czy cuś. Niechcący na usta wybiega mi słowo na k…, które w połowie zmieniam na ‘kurrrrczątko’. W panice wkładam sobie do oka szczoteczkę od mascary i przez chwilę myślę, że definitywnie je wydłubałam. Po czym na złamanie karku gnam do piwnicy i znajduję jakąś marchewkę i przywiędłą cebulę. Musi wystarczyć. Najwyżej na następnym zebraniu wysłucham, że córka jest niesystematyczna i nie wykorzystuje swojego potencjału intelektualnego. Jakby ktokolwiek normalny w tym kraju go wykorzystywał.
6.50. Popędzam Nat, która jak zwykle zdążyła zjeść śniadanie tylko do połowy. To nic, w szkole dostanie obiad. W przeciwieństwie do mnie. Na lekcjach będzie burczało mi w brzuchu, co jest idiotycznie żenujące i jak na złość zawsze zdarza się w momentach, gdy panuje martwa cisza.
6.55. Dziecko wychodzi z domu, ale po chwili wraca pędem, bo zapomniało tych cholernych legginsów. Popędzam je wrzaskiem; niemrawo grzebie w stosie ubrań, aż w końcu znajduje legginsy na fotelu, przerzuca sobie przez ramię i wybiega.
7.10. Niestety gimbus już odjechał.
7.15. Klnąc na czym świat stoi, budzę małżonka. Dzięki Bogu to jedna z tych rzadkich chwil, kiedy przebywa w domu. Nie jestem przekonana, czy biedak rozumie coś z mojego ryku, ale sama muszę już pędzić. Samochód mamy jeden, a szkoły są dwie. Dowiezienie na czas nas obu jest niewykonalne. Zostawiam więc małoletni kłopot blondynowi mego życia, z wywalonym ozorem gnam na przystanek i łapię bus do K.
7.55. Przy drzwiach witają mnie chłopcy z IIIb. Gdy padają słowa: „czekaliśmy na panią”, oznacza to, że połowa klasy znów nie odrobiła pracy domowej. Ale nie, przecież oni mają dziś sprawdzian z fone… ja pierdolę, zapomniałam to gówno wydrukować.
7.57. W dupę jeża!!! Na okienku znowu wcisnęli mi zastępstwo, co oznacza, że czeka mnie bite siedem godzin użerania się z przyszłością narodu bez możliwości zjedzenia czegokolwiek. Znaczy, śniadanie będzie. Gdzieś tak po południu
8.00. Dzwonek. Czas udać się do pracy. Na początek – Ia i „Świtezianka”. Jak zawsze słyszę chichoty i szepty komentujące te nieszczęsną dziewicę, która daje mu z kosza i tak dalej. Pozwalam na odrobinę słownych przepychanek między chłopakami i dziewczynami o zasadność kary, jaka spotkała amatora obcych bab. Standard. To miłe dzieciaki, dobrze się z nimi pracuje.
11.15. Przerwa obiadowa. Znaczy, jestem na półmetku. Jak na razie zdołałam się dowiedzieć, że Morsztyn w wierszu „Niestatek” zastosował środek artystyczny zwany amforą, na własne oczy ujrzeć wstrząsającą pisownię słowa „ówaga” i usłyszeć pytanie, co to jest kiła (?! Co, u licha, oni robią na tej biologii??). Teraz dyżur na korytarzu. Nie znoszę robić za Strażnika Teksasu, ale jak mus, to mus. Ktoś musi czuwać, żeby jakiś gamoń nie rozwalił sobie głowy albo nie podpalił szkoły, jarając w kiblu. Interweniuję w sprawie jednej bójki i jednej zbyt zakochanej pary, która obejmuje się namiętnie na środku korytarza. W głębi duszy czuję się jak hipokrytka, bo moje oburzenie jest mniej więcej tak samo naturalne jak cycki Pameli Anderson.
12.20. Dostaję od dyrektorki zjeb za nieoddanie wyników ankiet ewaluacyjnych. Mogłabym się właściwie bronić, bo swoje zrobiłam, czekam tylko na koleżankę, która miała odwalić drugą połowę. Ale swoją godność mam. Nie będzie dyrektor pluł nam w twarz. Głównie dlatego, że jestem wyższa, a głupio się pluje pod górę.
13.20. No, jeszcze tylko kółko teatralne. Kwiat polskiej młodzieży w niedużej, ale sympatycznej grupce wystawia „Anię z Zielonego Wzgórza”. Taki optymistyczny akcent na koniec pracy. Gdybyż wszystkie dzieci były takie, uważałabym, że mam najlepszą fuchę pod słońcem.
15.29. Znowu w domu.
15.30. Jeść! JEŚC, KURWA!!!
15. 31. Rzucam się do lodówki i ułamuję sobie potężny kawał kiełbasy. Kroję pajdę chleba i niczym ruski żołnierz na froncie pochłaniam ten wytworny posiłek kilkoma kłapnięciami szczęk, czekając, aż mi się zagotuje woda na kawę.
15.41. Natalia dostała lufę z religii, bo pokłóciła się z księdzem o „Harry’ego Pottera”. Słuchając relacji, usiłuję zachować poważną minę, chociaż mam ochotę ryczeć ze śmiechu. Dziecko jest wściekłe. W sumie wcale mu się nie dziwię.
15.50. Moje kochanie wspaniałomyślnie proponuje wypad w miasto. Fajnie, znów zostawię w Rossmanie połowę zawartości portfela. Głupoto – imię twe kobieta.
16.30. Kiedy wychodzę z perfumerii, zaczepia mnie jakiś facet. Radzi, bym ogoliła głowę i sprzedała swoje włosy na perukę. Bez namysłu radzę, żeby sam sobie ogolił… I wcale nie mam na myśli głowy.
16.31. Rany, ja to jednak powinnam czasem pomyśleć, zanim coś palnę.
16.34. Tylko zajrzę do księgarni, nic nie będę kupować, przecież mam zapasy czytadeł na następnych pięć lat.
16.45. Oooo, zawsze chciałam mieć takie piękne wydanie „Iliady”. Moje jest stare i paskudne.
17.12. Ja pierdolę, jak udało mi się wydać prawie 300 złotych w niecałą godzinę? No jak?!
17.40. Znowu w domu. Mam depresję spowodowaną całkowitym brakiem umiejętności gospodarowania pieniędzmi.
17.41. Chuj tam z depresją, ta „Iliada” zajebiście wygląda na półce.
18.00. Gotuję żarcie na następny dzień, w międzyczasie sprawdzając test gramatyczny. Dowiaduję się przy tym, że język polski posiada zaimek wymiotny.
19.05. W drodze do łazienki rozdeptuję coś z chrzęstem. Klnę barwnie i soczyście, gdy okazuje się, że to tusz do rzęs. Musiałam go tu rano rzucić, jak szłam po warzywa.
19.30.Kłócę się z dzieckiem o bajzel w pokoju. Kiedy ono nauczyło się tak pyskować? W końcu z miną obrażonej księżniczki zaczyna sprzątać, a mnie wywracają się flaki na widok ubrań byle jak wrzucanych na półki.
19.33. Jestem niewydolna wychowawczo. Zamiast wymusić rzetelną robotę, cichcem ulatniam się do kuchni, żeby sobie poczytać „Pana Lodowego Ogrodu”.
20.20. O żesz kurwa! Na jutro zapowiedziałam Ia sprawdzian z „Krzyżaków”! Decyduję się na desperacki krok i uruchamiam Google. Oczywiście nie znajduję nic, co mogłoby mi się przydać. Klnąc pod nosem, układam pytania w stylu: „W jakich okolicznościach Zbyszko z Bogdańca otrzymał pas rycerski?” Na pewno się uradują. Jak znam życie, przez całość przebrnęły pewnie ze dwie osoby, a reszta ma nadzieję pojechać na streszczeniu. Niedoczekanie wasze, lenie nieczesane!
21.10. Drukuję swoje dzieło, jednym okiem śledząc przy tym przygody Conana Barbarzyńcy, oglądane w telewizji przez ślubnego.
21.12. Hmmm… Całkiem niezły ten superbohater, ładniejszy od Gubernatora Arnolda, który onegdaj wcielał się w woja z Cimmerii… I ten kaloryferek na brzuszku…
21.18. Zaczynam oglądać obojgiem oczu, chociaż film to w sumie kupa na resorach. Wyrywa mi się nawet komentarz na temat cielesnych walorów herosa, po czym natychmiast słyszę: „Jak ci się nie podobam, to sobie wymień na lepszego”. Oj, nie wódź ty mnie na pokuszenie, kochanie.
22.00. Dzwoni Cytryna, moja najlepsza przyjaciółka, by mnie poinformować, że była w solarium i poparzyła sobie biust. Zanim dochodzę do siebie po tej rewelacji, jest już po jedenastej i trzeba się udać na spoczynek. Wszak jutro też jest dzień.