Przechodzone pieprzenie (Pokuszenie 8)

Nie możesz prowokować kobiety za długo. Nie możesz uwodzić jej za długo. Bo wyjdziesz na pizdę. Stopniować napięcie da się tylko do pewnego momentu.

Jeśli masz być albo jesteś zwierzęciem masz określony termin kiedy możesz to zaprezentować. Jeśli go przekroczysz staniesz się najwyżej ciekawym obiektem socjologicznym. Niczym mucha nabita na szpikulec pod mikroskopem. Prezentowana jako zdziwowisko przyjaciółkom. To przechodzone pieprzenie. Coś jakby koleżeństwo ale połączone z uczuciem zażenowania. Jak jedzenie ciastek w kiblu.

Masz trzy szanse. Może trzy.

Góra kilka tygodni.

Odebrała po drugim sygnale. Trochę zdyszana. Poczekałem spokojnie minutę. Pijąc. Czułem suszone owoce, orzechy i wanilię. A na końcu gorycz.

– Rozbierasz je bez pośpiechu, oglądasz pod mikroskopem, każesz im zakołysać biodrami, pochylić się, ugiąć kolana, obrócić się, rozrzucić nogi – przeczytałem niskim głosem.

– Co robiłaś tego dnia? Zawsze tak się czeszesz? Co chciałaś powiedzieć, kiedy tak mi się przyglądałaś? Mogłabyś się obrócić? Właśnie tak. A teraz ujmij piersi w obie ręce. Tak, mogłem rzucić się na ciebie tego dnia. Mogłem cię zerżnąć na środku chodnika, a ludzie musieliby nas omijać.

Dobrze wiedziałaś, że cię obserwuję.  Powiedz mi…powiedz, ponieważ nikt inny się nie dowie… o czym myślałaś wtedy, w tamtej chwili? Dlaczego skrzyżowałaś nogi? Wiedziałaś, że czekam, byś je rozstawiła szeroko. Chciałaś je rozłożyć, tak? Powiedz mi prawdę! Było gorąco i  nie miałaś niczego pod spodem. Zeszłaś ze swojej grzędy, by się trochę przewietrzyć, mając nadzieję, że coś się wydarzy. Nie obchodziło cię zbytnio, co się stanie, prawda? Chciałaś, żeby ktoś spojrzał na ciebie pożądliwie, zaczął rozbierać wzrokiem, wlepił oczy w to gorące, wilgotne miejsce u zbiegu twoich ud… Wiesz co? Nie chcę mi się dzisiaj czytać. Spadam. Idź na klatkę. Czeka tam coś na ciebie – przerwałem nagle.

– Co? – zapytała.

– Zobaczysz – wzruszyłem ramionami. – I pamiętaj jak pierwszy raz cię zerżnę mogę to zrobić zbyt ostro. Ale to tylko dlatego że potrafię to robić.

I odłożyłem słuchawkę.

Został mi tylko jeden raz.

9176_9b9f

Mniejsze dupy 8 (odcinek przedostatni)

Kura wziął wtedy ze sobą deski. Znaczy się ja miałem się uczyć a Kura jako instruktor miał mnie uczyć. Czyli mieliśmy nie tylko pić jak zwykle. Dojechaliśmy – 14.02, rozbebeszyliśmy auto. Zjadłem pierogi z jagodami babci Kury. Wypiłem dużego Żywca w barze nieopodal. Popatrzyłem na cycki młodej wczasowiczki, która przyszła z rodzicami do baru zjeść rybę. Westchnąłem. Wypiłem małego Żywca.

Przyszedł Kura. Babcia ewidentnie go zmęczyła bo miał wyraz wyparcia na twarzy. Wypił dużego Żywca. Spojrzeliśmy na siebie. Nie było sensu przedłużać. Na jeziorze wiała 4. Może 5.
Kura wziął deskę i wiosło od kajaka. Wiosłem miał mnie napierdalać w celu wyrobienia odpowiednich odruchów. I postawy na wodzie. W przerwach miał nim machać aby dopłynąć na desce w moje okolice. Wziąłem najszerszą deskę od Kury. Można zresztą po tym poznać na wodzie  czym szersza deska tym kolo jest bardziej początkujący.

Wleźliśmy na wodę. Za bardzo zimno nie było. Zdziwiło mnie to.
W początkowej fazie nauki człowiek robi za boję i koncentruje się na wpadaniu do wody i wyciąganiu z niej żagla. Ja byłem po początkowej fazie ale niezbyt daleko. Potrafiłem postawić żagiel i płynąć. Bez zwrotów. Jak wiatr mocniej dmuchnął mieliło mnie i wpadałem do wody. Kura podpływał, krzyczał i napierdalał mnie deską. W sumie fantastyczna rozrywka. Pływaliśmy tak ze dwie godziny. W końcu zachciało mi się srać. Do brzegu było daleko. To i nasrałem do wody. Ot cała historia.

Spojrzałem na rozradowaną blondynę dalej kontemplującą młodzieńcze przygody z transformatorem.
– Dobra historia mi się przypomniała. Mam takiego kumplę Kurę. Jest  właścicielem agencji reklamowej – podkoloryzowałem. – W ogóle miły koleś, chociaż pedal.
– Pedał?
– Ano pedał.
– Nie lubię pedałów – wyznała bez wstydu blondyna. – Psują rynek.
– Ten jest w porządku. Kolo jest instruktorem windsurfingu, miał mnie poduczyć paru sztuczek.
– To on jest właścicielem agencji czy instruktorem windsurfingu?
– I tym i tym. To znaczy, na życie zarabia robiąc zdjęcia a pływa dla przyjemności. Cicho! Ja mówię nie? No.

Laska zamachała potakująco albo z dezaprobatą nogami. Nie interesowało mnie to. Wolałem brzmienie swojego głosu.
– Zeżarłem przed wejściem do wody pierogi z wiśniami, wypiłem małe piwko i idziemy do wody. Pływamy, pływamy Kura mnie napierdala tym wiosłem. Plecy mam czerwone. Dupę całą poobijaną. Czuję, że siniaki będę leczył jeszcze ze cztery tygodnie.
Ale stoję dzielnie na tej desce na środku jeziora.
Czuję się … No jakoś mało rześko się czuję.

I w komiksach by narysowali WTEM!!!! czuje bulgot. W żołądku. Wiesz takie totalne pierdut, które robią kichy gdy zaczyna chcieć ci się srać.
Blondyna zachichotała. Zarechotałem do wtóru.
– Myślę oho! – browar czy pierogi??
– Raczej pierogi – blondyna ciągle była błyskotliwa.
– Ja post factum obstawiam browar. Jakiś taki mało nagazowany był – wyjaśniłem. – Czuję pierwszy bulgot, czyli organizm daje mi jakieś 10 minut zanim puszcze bengala albo eksploduję gównem Tomahawk w celu. Do brzegu w pytę daleko. Dookoła zresztą same plaże a ciężko wywlec się na lad i spuścić gacie podczas gdy grono wczasowiczów będzie bić brawo i domagać się powtórki. Nie mam czterech lat i na tyle mocnej psychiki.
– Moja kumpela jak była na imprezie to z jednej strony srała na kibelku a z drugiej rzygała do miski.

– Double – double. Twarda zawodniczka. Ale ona miała chociaż kibel. Jak się na wodzie zachce komuś lać ok. Trzaskasz w gumowa piankę która masz na sobie i wszystko wypływa nogawka. Spadasz do wody, cztery ruchy rękoma i jesteś czyściutki i pachnący jak noworodek. Zesrać się w gacie jednak nie mogę. Wyglądałoby co najmniej niesymetrycznie. Wielkie zgrubienie na czarnej dupie. Wyjdę na plaże i która mi da? Gościowi, który najwyraźniej ma hemoroidy mutanty i śmierdzi gównem??
– Ja bym Ci nie dała – Blondyna znów zachichotała, dając się uwodzić memu niepowtarzalnemu poczuciu humoru.  Oppss.
– Nie dziwię się. Myślę – nic to. Wytrzymam. Płynę do brzegu. Już niedaleko. Żyły na czole mi wystają. Można policzyć spokojnie puls. Zaciskam zęby. Żagiel – 6,6 metra. Mówiąc po ludzku w chuj wielki. I ciężki. Co chwila ląduje w wodzie bo nie mogę się skoncentrować. Żeby folię z wody wyciągnąć trzeba co zrobić? No?

– ??
– Ech dziewczyno ty tylko w machaniu nogami jesteś dobra. Spiąć się trzeba. Mięśnie zacisnąć. Dla zwieraczy to tragedia. Nic to. Trzymam. Żagiel złapał trochę wiatru. Robię balet w powietrzu. Noga w górze. Druga noga w górze. Kozioł. Jebnąłem się głową o kant deski. 5.0 – wartości artystyczne. 4.8 technika. Sędzia z DDR wstrzymał się od głosu. Jestem w wodzie. Nie wytrzymam – myślę. Główkę już widać. Ściągam gacie. Łapami trzymam się deski. Właśnie mija najpiękniejsze 30 sekund mojego życia. SRAM! I wiesz co było dalej?

6027_aa75

Naklejka

– Co robisz?

– Usuwam naklejki – burknąłem.

Siedziałem na łóżku z wielką butlą preparatu do usuwania naklejek za blisko 30 dychy i dwoma ramami kupionymi na promocji w TK Maxie za 29,99 zł. Jakiś półmózg wlepił na nich dwie naklejki wielkości lotniskowca w prawym górnym rogu. Jedną białą, drugą czerwoną.

Poprzednio nawilżałem je wodą (nie pomagało), skrobałem nożem (do momentu aż porysowałem szybę). Preparat do usuwania naklejek miał być ostatnią próbą zanim wyrzucę całe to ustrojstwo do kosza. Z wielkim hukiem.

– Chciałbym poznać tą debilną jednostkę i sprzedać jej jednego celnego kopniaka prosto w dupę – warknąłem.

– To był facet – stwierdziła autorytatywnie Olga.

– Skąd wiesz?

– Kobieta nie zrobiłaby nic tak głupiego – wyjaśniła.

– Tam się znasz na kobietach – burknąłem jeszcze raz, ale już w nieco lepszym humorze. Naklejka obficie polana tablicą Mendelejewa bowiem zaczynała schodzić.-  Tak samo jak na mężczyznach. Mężczyźni moja droga potrafią myśleć o wiele za dużo. A więc przewidywać konsekwencje.

– W sensie?

–  Mam kolegę. Żona go zdradzała.

– Ty masz szczęście do takich znajomości.

– To znaczy nie wiedział, że go zdradza. To blondyna była na czarno zafarbowana. Sztuczna inteligencja. No i on ją zdradzał.

– To w końcu on ją zdradzał czy ona go zdradzała?

– On też ją zdradzał. I to wielokrotnie. Taki typ. Seryjny niemonogamista. Znał już wszystkie sztuczki. Wiesz kiedy się kąpać, gdzie parkować, do których hoteli chodzić.

I rano ona mu mówi że ma spotkanie z klientem bo ona pośredniczką jest. Na Ursynowie. Powiedział ok. i poszedł bzykać jedną pannę na Mokotowie. Niedaleko kawalerki, którą miała jego żona a nie chciała sprzedać ani wynająć. Wraca od panny, zrelaksowany, patrzy a tam stoi jej samochód. To od razu wiedział o co chodzi. Idzie po tych schodach na pierwsze piętro a to stara kamienica była. I czym jest wyżej tym bardziej słyszy że jego żonie było co najmniej nieprzeciętnie bo jej wysokie rejestry od parteru już słyszał. Ona wrzeszczy: AAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!, on idzie po tych schodach a schody skrzypią. No i doszedł do drzwi i się zastanawia: wejść tak od razu? Trochę głupio. To może poczekam jak skończą?

– I czekał? – zapytała Olga.

– No 25 minut. Zaczął grać w końcu na telefonie ale mu się rozładował.

– Jaja sobie robisz!

– Gdzie tam. To postał jeszcze pięć minut. Wchodzi do środka z impetem i mówi: PRZEPRASZAM ŻE PAŃSTWU PRZESZKADZAM!

– To najprawdziwsza nieprawda!

– Tam znasz się na mężczyznach – machnąłem ręką. – A co Ty byś powiedziała w takiej sytuacji?

-Jak to co? – zdziwiłą się Olga. –  Wyjdź i zamknij drzwi.

3405_6ebf

Mniejsze dupy 7

– Może ja lepiej podleję kamienie wodą.

Zszedłem z półki, poprawiłem ręcznik. W kącie stało drewniane wiadro. W środku drewniana łyżką. Wzialem łyżkę i podlałem obficie po rozgrzanych kamieniach. W powietrze walnęła wielka chmura pary wodnej. Taka, że mi dech zaparło.

Blondyna zaczęła chichotać pod nosem.
– Co tam?
– Nie, nic.
Chichra się dalej.
– No powiedz, no.
– Nie bo mi głupio.
– Mów!!! Przecież wiesz, że teraz już ci nie odpuszczę.
– Jak byłam dzieckiem sikałam  na transformator z prądem. Wtedy też taka para leciała… I takie fajne ogniki były. Niebieskie.
– Lałaś na transformator z prądem??
– No.
– Serio?
– Serio.
– Wow.

Zarechotałem wyjątkowo szczerze. Głównie do wspomnień. Lanie na transformator wydało mi się równie zabawne jak stawianie kloca w wodzie z deski windsurfingowej.
A kloca stawiałem nie dalej jak rok temu. No, może trochę ponad rok. Wyjechałem z Kurą na Mazury. Był długi weekend majowy czyli Marks, wódka, Konstytucja, rzyganie, ja miałem 34 dni wolnego a firma inspekcję pracy na karku. – Las, piwo, zwęglona kaszanka z grilla tego mi trzeba. Trzeba odpocząć od smętnej atmosfery napiętych szturmówek – pomyślałem.

Kura pracuje jako senior copywriter  w agencji reklamowej i w ogóle jest miłym kolesiem. Pedałem o czym wiedzą wszyscy jego znajomi ale on się nie przyznaje i w sumie nikomu to nie przeszkadza. Ma 2 m wzrostu, zarośniętą klatę a w barach jest szeroki jak szafa gdańska.
Między pedałami są podobno panny i faceci. Myślę że jak Bóg ma poczucie humoru to Kura jest właśnie panną, która się nadstawia i jęczy, bo w rzeczywistości wygląda na 1000 proc. macho. Do momentu kiedy nie kładzie mi ręki na kolanie wszystko jest w porządku.

Lubię jeździć z Kurą na Mazury i robimy to przynajmniej dwa razy do roku. Jest droga – Warszawa – …. gdzie Kury starzy mają chatę, jest muzyka – US3 pierwsza płyta, bo w trakcie jazdy potrzebne jest coś speedującego, są ciemne okulary, bo tak nakazuje folklor. Każdy z daleka musi widzieć że jesteś twardym gościem a nie byle burakiem, za kierownicą Saaba rocznik 99.
Droga kojarzy mi się z amerykańskimi filmami z cyklu on the road again. Koleś rzuca wszystko: prace, klatkę dla brojlera, bony z sodexo, automat do kawy. Idzie do banku wyjmuje całą kasę jaką ma i rusza w podróż. Śpi w motelach po 20 dolców za noc gdzie rośnie grzyb na firance prysznicowej a karaluchy zapieprzają po podłodze robiąc sobie manifestację w obronie praw pracowniczych. Tak jak w Thelma and Luise albo Duets.

On podrywa kelnerkę z przydrożnego baru. Ona jest miłośniczką klasycznej poezji amerykańskiej na wyrywki cytuje Whitmana i oczywiście marzy o tym, żeby zostać modelką w Big Apple. Ewentualnie chce otworzyć sklepik z psim żarciem i wieść życie proste i nieskomplikowane, obserwując dajmy na to gwiazdy. W filmie obowiązkowo musi być scena kiedy on zadzierając łeb do góry mówi: to jest  wielki wóz. O to! Wiesz to z lewej strony.
Na co ona odpowiada: – Skąd wiesz [wstawić trzepot rzęs]?
– Studiowałem dwa semestry astronomię.
Tylko że astronomia to godziny jebania o fizyce na poziomie zaawansowanym a nie żadne patrzenie w gwiazdy. Nic to i tak jedzie się fajnie.

5364_db81