Warszawiak

Jeśli istnieje archetyp powieści dzisiejszych czasów to jest to historia o 17 letniej niewinnej jak lilija nastolatce z włosami sięgającymi tyłka, która na koncercie jej ulubionej grupy wyrywa wokalista tej grupy. On jest bardzo przystojny, ma długi włosy i kaloryfer na brzuchu i oczywiście okazuje się tysiącletnim wampirem.

A później?

A później po prostu się pierdolą na 456 wymyślnych sposobów.

Jeśli zaś jest archetyp mieszkańca stolica (patrz warszawiak) to jest to wygolony na łyso koleś z brzuszkiem w koszulce na krótki rękaw w szpic, owłosioną klatą, klapkach i spodniach typu rybaczki kończących się w połowie łydki jeżdżący skodą octavią combi (wersja economy) albo paskiem (wersja upgradowana).

A po lesie w kasku rowerowym.  Nie zapomnijmy o kasku.

Do jednego i drugiego archetypu mam taki sam stosunek jak do niemieckiej motoryzacji, Edyty Górniak i prezerwatyw w spreju.

Czyli każdy kiedyś ogląda telezakupy Mango ale trudno to nazwać teatrem telewizji prawda?

Warszawiak w akcji scena 1.

Siedzimy w restauracji  w pensjonacie.  Sztuk koło 10 chłopa.  Jedzenie podłe.

Podchodzi kelnerka.

Warszawiak numer jeden robi szkolenie z tego jak powinno się wymawiać słowo „cava” – chodzi o wino musujące.

Obecni odczuwają szósty stopień zażenowania.

Następnie warszawiak numer jeden dowiaduje się, że w restauracji nie dolicza się jedzenia do rachunku, tylko trzeba płacić na miejscu co go frustruje, tak że ma ochotę walnąć drzwiami obrotowymi.

Na koniec kolacji – wstaje i mówi, że idzie po portfel aby zapłacić za siebie i swoje kolegę czyli warszawiaka numer dwa. Zbywamy to wzruszeniem ramion.

Zamówiłem rybę, konkretnie sandacza. Kończę tę rybę, która jest tak samo cienka jak polska reprezentacja w koszykówce ale dodatkowo sandacz ma panierkę jak koło od tarpana.

Po pół godzinie warszawiak numer dwa  za którego miał zapłacić warszawiak numer jeden, który wyszedł i zaginął zaczyna się mocno denerwować, pocić i wiercić na krześle jakby ugryzła go czyjaś pchła.

Do domku w którym mieszkają i z powrotem jest mniej więcej no tak jeśli ktoś idzie wolno 2 minuty i 15 sekund.

Wspólnie się zastanawiamy gdzie warszawiak numer jeden zginął– w sumie jest usprawiedliwiony jeśli złapała go sraczka typu struś pędziwiatr.

W końcu się  kolega warszawiak numer dwa się podrywa i mówi że idzie sprawdzić co z warszawiakiem numer jeden i po portfel żeby zapłacić.

Siedzimy, chcemy już iść ale z uprzejmości czekamy na warszawiaka numer dwa  aby nie wprawiać w stupor obsługę, że rachunek za dwóch nie zapłacony a wszyscy się zwinęli.

Czekamy, czekamy, czekamy, mija kolejne pół godziny i co? I CHUJ.

Nikogo nie ma. Najprawdopodobniej po drodze umiejscowiła się czarna dziura, która wsysa wszystkich idących ścieżką. Potencjalnie do pensjonatu przyjechała reprezentacja Szwecji w porno kobiet i ogłosiła, że daje za darmo.

Przepraszamy obsługę, która jest wyrozumiała za kolegów i wracamy do  siebie. Przed domkiem siedzi kolega warszawiak numer jeden i kolega warszawiak numer dwa i mając wszystko i wszystkich w dupie spokojnie ciągną wino.

Problem niezapłaconego rachunku jest dla nich problemem obsługi.

Cos w nas jest dziwnego.  Cos butnego, chamskiego i aroganckiego co powoduje, że kiedy mieszkaniec innego miasta widzi stołeczne blachy myśli: o debil jedzie.

Ale jednocześnie nie ma miasta w tym kraju gdzie pracuje się więcej zarabia więcej i w błyskawicznym tempie wydaje na bzdety

Gdzie pól miliona kredytu nie robi na nikim wrażenia a dwukrotność średniej krajowej z trudnością wystarcza na normalne życie.

Gdzie  pierwszymi potrzebami w piramidzie Masłowa jest internet, żłobek na Wilanowie za 1.6 tys. zł miesięcznie oraz nowy smartfon.

Warszawa to trochę taki Nowy York. Taki sam jak Wrocław to trochę San Francisco. Kocham to miasto, kocham swoją dzielnicę. Nie mógłbym mieszkać w tym kraju gdzie indziej.

0272_bd60

Pokolenie Ikea Kobiety

Wiecie co? Zawsze chciałem pisać dla ludzi.

Zawsze chciałem być czytany. Jak miałem lat 12 szedłem drogą na działkę moich rodziców i udzielałem w wyobraźni jako rzecz jasna słynny pisarz odpowiedzi na pytania wywiadu, które zadawała mi jakaś 30 latka o prezencji rzecz jasna 12 latki z warkoczami. Zawsze chciałem być czytany.

Mógłbym wam napisać, że to jest zajebista książka. Ze włożyłem w nią wszystko co miałem wtedy w głowie. Ze po jej napisaniu jestem pusty w środku i mam ochotę rzygać. Mógłbym zdradzić swoje obawy, że boję się, że to jest najlepsza rzecz jaką napisałem w życiu.

Ale nie powiem. Ani nie zdradzę.

Musicie sami się przekonać.

340 stron.

Premiera:  24 października Targi Książki w Krakowie.  

wlasciwy

Drogówka

Krzysztof się schlał i zrobił kanapkę z szynką. No, dobra przesadziłem. Kolejność była inna. Wrócił do domu sterany jak pies po 12 godzinnym dniu pracy.

Zdjął buty, zdjął skarpetki, zjadł kanapkę ze starym kotletem schabowym przywiezionym z domu w zeszły weekend nalał sobie 50 tkę, później poprawił drugą, ziewnął, umył zęby i poszedł spać.

Była 24.05, albo jak kto woli pięć minut po północy. Zaczynała się sobota. Kto miał się upić już zdążył, laski które tego dnia na randce miały zdjąć majtki już to zrobiły a przy sprzyjających okolicznościach właśnie leżały na plecach z głową faceta między udami. Dresiarze pod blokiem odpalili już boom boksa i byli po pierwszej wizycie w nocnym gdzie kupili 12 piw a niejaki Bolek sprzedał im trzy gramy i poszedł grać na gitarze do swojej dziewczyny.

Krzysztof umyć się postanowił rano. Ziewnął więc i padł jak zabity. Budzik w telefonie zaczął napierdalać o 6 rano, szlachetnie ocalił mu życie i go nie zapierdolił wstając o 6.10.

Jechał do domu. W tym celu tym razem pożyczył nawet od siostry samochód, czyli zdaniem jego szwagra najwspanialsze auto świata: Golf IV w wersji kombi 1.9 TDI – 90 koni, którym potrafił przejechać na trasie Warszawa – dom ze średnim spalaniem na poziomie 5,4 litra na 100 km.

To znaczy szwagier potrafił nie Krzysztof.

Krzysztof uważał, że Golf to niemiecka kupa złomu dla emerytów jeżdżących w kapeluszu na głowie i jeśli ktoś go pytał o zdanie to wolał Maserati albo chociaż Guliettę jaką jeździła Olga.

Umył się, napił kawy na jedną nogę, na drugą napój energetyczny z Lidla, wpakował do torby dwie pary gaci na zmianę, parę skarpet i koszulkę na krótki rękaw i był gotowy do drogi.

Tu skrót z przyczyn technicznych ale wsiadł do środka auta, nastawił Eskę Rock i ruszył w kierunku Mostu Poniatowskiego.

Leciało to:

Przed mostem zobaczył patrol policji, który zatrzymywał niektóre samochody. Krzysztof zmartwiał. Setkę wychylił jakieś siedem godzin temu, ale za cholerę nie był pewien czy promile z niego zeszły.

“Częste picie skraca życie. Ile masz lat? – Trzydzieści sześć. – No widzisz, jakbyś nie pił, miałbyś siedemdziesiąt cztery”

Przejechał wolno, przed gliniarzem prawie defilując jak radzieckie czołgi przed generalissimusem Stalinem.

Przepuścił go!!! Gliniarz go przepuścił, zatrzymał za to do dmuchania kierowcę czerwonego Opla Corsa, który jechał tuż za Krzysztofem.

30 letnia blondynka z dużym cycem widocznym nawet przez lusterko Golfa zatrzymała się z rezygnacją.

Krzysztof odetchnął pełną piersią. Zjechał sobie elegancko pogwizdując z mostu gdy zobaczył kolejnego glinę machającego na niego NA NIEGO lizakiem.

Zjechał na bok.

Jebana kontrola kaskadowa.

Miał sucho w gardle. Gliniarz podstawił mu pod usta urządzenie.

5, 4, 3, 2,1 (Proszę wysiąść, proszę oddać prawo jazdy, złożymy donos do izby radców prawnych, zajebiemy cię młotkiem do klepania i wsadzimy w dupę termostat).

Gliniarz obejrzał skupiony wyświetlacz urządzenia, po czym machnął ręką: może pan jechać panie kierowco.

Krzysztof lżejszy o tonę właśnie odpalał silnik, kiedy gliniarz znów machnął lizakiem zatrzymując czerwonego Opla Corsę z cycatą blondyną za kierownicą.

Blondyna była mega zrezygnowana.

– Powinni wydawać jakieś zaświadczenia o dmuchaniu – pomyślał Krzysztof i majestatycznie odjechał.

0078_301e

Jednak wszystko pozostało w porządku. Inni mieli bardziej przejebane.

Siewcy mitów

W pewnym momencie kiedy nasza klasa nazywała się jeszcze nasza klasa a nie nk były często organizowane spotkania klasowe. W sensie ludzie, którzy długo się nie widzieli umawiali się na spotkania aby pokazać sobie ogolone jaja.

Było dużo piwa, dużo frytek, dużo kiełbasy z grilla i karkówki z chlebem, trochę pospiesznego seksu zwłaszcza  jak się ktoś nie zdążył załapać w liceum na jakąś sztukę ale przede wszystkim dużo mitu.

Mam świetna pracę zaraz awansuję.

Lecą na mnie wszystkie laski w kopro.

Malediwy latem, Alpy zimą, a Mercedes w wyposażeniu standardowym ma… (już nie pamiętam co ma, ale dużo).

Znacie to? Jasne że znacie. Każdy to widział.

Ostatnio przez przypadek spotkałem się z Szyją, którego znam z liceum. Z Szyją w liceum było zabawnie. Miał ewidentny talent aktorski. Zawsze lubiłem przyjść 20 minut wcześniej przed lekcjami i się z nim ponabijać i popatrzeć jak się wygłupia. W czwartej klasie coś mu się stało i się usztywnił mentalnie. Chyba bał się, że będzie miał jakiś problem z maturą. Zaczął przynosić nauczycielkom kwiaty bez okazji, chodzić w garniturach a na samym końcu w geście zdobywania łatwych punktów wyjaśnił wychowawczyni że nie jesteśmy w szkole, bo bardziej nam się podoba zwiedzanie parku z sześciopakiem w ręce.

Po tym wydarzeniu jakoś straciłem do niego słabość. Ale było, minęło.

Stoimy, rozmawiamy, czas leci. Przed nami przedefilowały na oko dwie 18 -tki w kusych kieckach typ „miłość na bogato”, tyłki na wierzchu jak nie przymierzając Miley Cyrus ale dieta na większej ilości cukru więc z potężnym cellulitem.

Stanowczo zły makijaż. I słabo chodziły na obcasach. Jedna pokazała nam język. Na języku miała wielkiego ćwieka

– Ech za starzy już jesteśmy na takie laski – zakpiłem i spojrzałem na Szyję, który właśnie wciągnął brzuch i zapozował z tabletem w ręce niczym bocian na łące.

Laski przeszły, Szyja wypuścił brzuch.

– Gdzie tam za starzy! – oburzył się. – Tam mieszka moja kochanka – machnął ręką w kierunku bloku z wielkiej płyty. – Ma 23- lata dodał chwaląc się. – A takie ma bimbały! – pokazał jakie ma bimbały z przodu i faktycznie wyglądało że mogła przeczyć prawom grawitacji.

Pokiwałem głową ze zrozumieniem.

– Zresztą Monika, znaczy się moja żona też ma całkiem niezłe. Zobacz – podetkał mi smartfona pod nos. – To nasze zdjęcia z Egiptu.

Na zdjęciu była ładna blondynka w bikini z trzyletnim dzieckiem pozująca na tle palmy. No powiedzmy ze to była palma.
Blondynka była całkiem niezła. Obiektywnie rzecz biorąc jakaś 7 – ka. Może 7 i pol. Fajny tyłek. Obok stał Szyja w żółtych bermudach i obejmował ją pańskim gestem prezentując gruby dywan na klacie, klapki adidasa i wielkiego drinka z parasolką.

– Roztyła się trochę skubana – zauważył. – Ale ja się za nią teraz od jesieni wezmę – obiecał z groźbą w głosie.

/…/

– To ile siedziałeś w tej Anglii? – zapytałem.

– Siedem lat – wyznał chełpliwie Szyja. – Chcieli mnie zrobić tam szefem działu, ale stwierdziłem że zarobiłem dostatecznie dużo kasy i pora wracać do Polski. Jak przedstawiłem swoje CV u mnie na zakładzie to mi od razu powiedzieli: nie mamy o czym dalej rozmawiać, pan musi u nas pracować. Ale ja u nich długo nie zostanę. Właśnie otwieram własny biznes. Fajnie się pracuje u kogoś ale 15 tys. na rękę i służbowy Pasek to dla mnie za mało. Wiesz z moim doświadczeniem po tej autmatyce…

– To ty skończyłeś tę automatykę??? – zdziwiłem się.

– A dlaczego miałem nie skończyć? Szyja się oburzył. – Jasne że skończyłem!

– Ok. Pytam bo jak się widzieliśmy piec lat temu mówiłeś ze cię wywalili po pierwszym roku i poszedłeś na zarządzanie.

– Nie, no skończyłem. Oczywiście, że skończyłem. No, ale pogadaliśmy trochę musze, spadać. To cześć.

I poszedł.

Dlaczego jeszcze chce nam się bawić w robienie wrażenia na ludziach z którymi chodziliśmy do szkoły, których widzimy raz na pięć lat? Dlaczego mam spać lepiej z tego powodu, że ktoś z mojej podstawówki dowie się, że zarabiam sześć a nie pięć cyfr rocznie?

Chodzi o leczenie kompleksów. Chodzi o to żeby ta suka, która mi wtedy nie dała zobaczyła teraz co traci. A ten frajer, który strzelał mi karczycho zobaczył jak zajebiście dałem sobie radę kiedy on robi zakupy w Kauflandzie i zapierdala przy łopacie pijąc Tyskie w promocji z 1,99 zł.

A nawet jeśli to nieprawda bo też mi poszło chujowo niech myśli że to prawda. Niech go to gryzie. Niech spać nie może.

W końcu mój samochód ma już trzy lata i właśnie go wymieniam na nowy. A mój kutas ma 22 cm. Masz większego? Oczywiście, że tak.

7971_8f37

Starsi są twardsi

Nie wiem czy wam mówiłem ale wuj Olgi jest Belgiem. Ma 55 lat. A może 56 – w sumie nieistotne. Na początku sierpnia poszedł przejść się w marszu na 100 km. Po co faceci to robią? To jasne jak reklama Viagry- chcą sobie udowodnić że są mężczyznami.

Marsz nazywa się  „Dodentocht”. Czyli marsz martwych. Bardzo zachęcająca nazwa.  Jest organizowany od ponad 40 lat. Trzy lata temu facet padł 300 metrów przed metą. Dostał zawału serca. Wcześniej przeszedł go pięć razy.

Wujek postanowił udowodnić sobie, że może. I że jest twardy. Ponoć aby przejść cały marsz w czasie poniżej 20 godzin  wystarczy robić sobie przechadzki – ot tak 50 km w tygodniu.   Później decyduje tylko i wyłącznie głowa. Idziesz i walczysz sam z sobą. Metr za metrem. Zostawiając krwawe ślady na chodniku.

Na 40 km o 4 nad ranem wchodzisz na teren browaru Duvel w Breendonk, (znaczy się sponsor nr. 1) gdzie możesz dostać piwo za darmo.  Później na 50 km jest browar Palm w Steenhuffel (znaczy się sponsor nr 2).

Znów browar za darmo. Kiedy wujek Olgi wkroczył na teren piwo piły jednak może ze trzy osoby, Za to przy darmowej wodzie było ich zatrzęsienie. Belgowie jhak widać nie mają presji obalenia darmowego browara. W Polsce byłoby wiele osób, które wystartowałyby w czymś takim żeby tylko wypić piwo za darmo.

Jeśli chodzi o czynności fizjologiczne w sensie lanie w trakcie chodzenia nie ma problemu. Gorzej z twardszym towarem. Jeśli kucniesz możesz już nie wstać.

Tak mniej więcej od połowy wujek Olgi zastanawiał się czy zmienić skarpetki. To znaczy miał tak zdarte stopy, że obawiał się, ze zdejmie je razem ze skórą. Tak szedł jeszcze dychę i zastanawiał się zaryzykować czy nie.

Zdjął.

I się zdziwił bo nogi wyglądały jakby spędził noc sylwestrową tańcząc w za ciasnych szpilkach na 12 cm obcasie. Całe krwawe z popękanymi odciskami wielkości pięści.

Założył nowe skarpety, włożył buty i jęknął przy tym drugi raz. I poszedł dalej.

Jego syn oraz kumpel syna padli na 50 km – mimo, że byli lepiej przygotowani. Młodsi faceci są jak widać słabsi psychicznie niż ich ojcowie i wujkowie, choć mają lepsze dżinsy i żel do włosów. Nie mają motywacji. Jeśli o coś trzeba walczyć poddają się, wychodząc z założenia, że przecież zawsze można wgrać save’a i zacząć grać od początku.

Wujek źle wyliczył odległość. Wydawało mu się, że zostało mu tylko 50 metrów do końca, a w rzeczywistości było 300. Gdy wyłonił się zza zakrętu i zobaczył ile jest w rzeczywistości przeżył największe załamanie. Chciał paść na ziemię tuż przed metą.

Ale nie padł. Szedł dalej.

Gdy doszedł na miejsce poczuł, że jest Bogiem. Przez dwa dni co prawda nie mógł chodzić i zasypiał w każdym miejscu w którym siedział dłużej niż 30 sekund ale było warto.

Najbardziej jednak spodobał mu się przypadek pewnego uczestnika przed 80 tką, który skończył marsz, spojrzał na zegarek stwierdził że na pociąg do domu to jeszcze musi poczekać kilka godzin  więc idzie tam na piechotę.

60 km.

Bum tada es!

2281_6df4_500