Moskwa. Zima. Śnieg. Chłopczyk systematycznie, niczym automat napierdala śnieżkami w okna. Tłucze w końcu szybę, wybiega stróż i zaczyna wrednego gówniarza gonić. Stróż goni, dziecko ucieka i myśli: po chuj mi te śnieżki, po chuj mi te okna, po chuj mi ten image wrednego, małego skurwysyna. Dla kogo ja się tak popisuję? Ech, byłbym szczęśliwy leżąc sobie w domu na kanapie, herbatą i czytając książkę mego ulubionego pisarza – Ernesta Hemingwaya.
Hawana. Ernest siedzi w ogromnej willi, wali wściekły w maszynę i myśli: po chuj mi to wszystko! Po chuj mi ten image twardego skurwysyna, po chuj mi ta literatura, po chuj mi ta Kuba, trzcina cukrowa i upał.
Ech, byłbym szczęśliwy siedząc ze swoim przyjacielem Andre Maurois w Paryżu. Wzięlibyśmy butelkę rumu, dwie ładne dziwki, porozmawiali o życiu, pośmiali się trochę. Świat od razu nabrałby barw.