Marlenka stała na przystanku przestępując z nogi na nogę. A właściwie będąc bardziej precyzyjnym ze szpilki na szpilkę. Wiatr wiał jak cholera podwiewając jej kieckę tak, że przechodziły ją zimne dreszcze.
A jeszcze niedawno kobieta, która pokazywała buty uchodziła na mieście za dziwkę – pomyślała. – Później dziwką była taka która pokazywała łydki.
Marlenka pokazywała kolana.
Teraz żałowała podjętej rano decyzji. Stojąc przed szafą wybierała między wersją rozsądną (ciepłe grube rajstopy, spódnica do ziemi, wyglądasz jakbyś wstąpiła do wizytek) a nierozsądną (krótka kiecka przed kolano wymagała pończoch). Wybrała oczywiście nierozsądną. Miała dobre nogi a liczba mężczyzn, która dziś oglądała się za jej tyłkiem była co najmniej dwucyfrowa. Ich wzrok taksował ją jak skaner.
Było cholernie zimno. Nawet jak na listopad.
Wracając z pracy wysiadła z tramwaju bo musiała kupić kurczaka. Chciała zrobić zakupy przez internet ale wszystkie sloty z dostawami były już zajęte.
Raz, raz w tym miesiącu będę dobrą żoną – postanowiła.
Urwała się jak na nią potwornie wcześnie bo o 18.30. Mimo, że Olga zapraszała ją po pracy (czyli jak na piątek koło 21.30) na drinka, pokręciła przecząco głową.
Kurczak na kolację miał być w miodze, sosie sojowym, cytrynie oraz rozmarynie. Do tego sałatka z rukoli, czerwonej cebuli i fety. I butelka proseco. Na deser miał być zaś gorset, para stringów, pas od pończoch plus pończochy plus kurewskie szpilki. I druga butelka.
W dobrych czasach kiedy jeszcze z Andrzejem normalnie ze sobą rozmawiali a do rżnięcia jak króliki wystarczało przejście się w jego okolicach kręcąc tyłkiem podobny zestaw doprowadzał go do odwodnienia.





