Deska od kibla była biała (standard), twarda (to chyba dobrze) i generalnie dość wygodna. I wszystko byłoby w porządku gdybym na niej nie usiadł. Dobra, przyznaję się – skłamałem.
Nie usiadłem sam.
Deska – przypomnijmy biała i twarda –pękła w cholerę.
Wliczyłem ją w koszty. Połamane kawałki plastiku wrzuciłem do kosza. Jednak otwór sedesowy niczym nie zakryty przypominał trochę melinę, więc już po trzech tygodniach zaczęło mi to delikatnie przeszkadzać.
Bohatersko również zignorowałem podsuniętą przez Olgę ideę aby zasłonić otwór poduszką.
Odpaliłem google, wyszukałem model sedesu, następnie model deski i już miałem kliknąć na koszyk, kiedy sprawdziłem cenę.
Jedyne 500 zł polskich.
Przyznaję to mnie trochę zaskoczyło. Nie pamiętałem ile zapłaciłem za deskę bo kupowałem ją z wyposażeniem całej łazienki.
Nie przypuszczałem, że dożyliśmy czasów kiedy deska na kibel kosztuje 40 proc. pensji minimalnej. Nic to, zamówiłem, zapłaciłem. Co miałem zrobić? Ukraść z centrum handlowego?