Pokolenie Ikea„, które ukazało się w druku jest właściwie inną książką niż ta, którą napisałem. Wydruk, który rozsyłałem cztery lata temu do 10 największych wydawnictw w kraju (listy i odmowne maile do tej pory przechowuję w swoim specjalnym miejscu, jest ono ciemne i głębokie ), był o jakiś 100 stron grubszy.

Historia była też nieco inaczej poukładana. Bohaterów było więcej, w jedynce było też sporo więcej o Natalii aka zimnej blondynie. Do tego wątku wróciłem w drugiej części.

Całość skróciłem (co pewnie książce wyszło na dobre) i wydałem w Novae Res, dogadując się z wydawnictwem, że ryzyko i zyski dzielimy na połowę.

Od tej pory kilka rzeczy się wydarzyło.

Kupiliście ponad 40 tys. egzemplarzy mojej książki, co jak na debiut jest wynikiem stanowczo więcej niż pozytywnym.

To swoją drogą też wskazówka co o gustach czytelników wiedzą wydawcy. Otóż gówno wiedzą. Rozdział, który dziś wam pokazuję wykreśliłem prawie cały. W książce znalazła się tylko historia z windsurfingiem.

To mój prezent dla was najwierniejszych czytelników za te kilka lat, które spędziliśmy razem.

Motto:

Rzekł Mojżesz na górze Synaj: i zaprawdę powiadam wam: ćwiczcie. Nie żeby czuć się lepiej, ale żeby mieć mniejsze dupy.

 Rozdział 4

Idę korytarzem na salę i już słyszę że Chemik nadaje swym profesorskim tonem. Jak mentor. Jak opoka. Jak doświadczony neurochirurg do stażystów w trakcie operacji na otwartym mózgu. Chemik to krotko obcięty blondyn. Pryszczaty. Pod dwa metry wzrosty. Kupa mięcha. Na łapach żyły jak cumy okrętowe. Łapy jak u normalnego człowieka uda. Brzuch – tara do prania. Na ławeczce wyciska 240 kilo, w przysiadzie 280 kg.

Normalny facet koło 30 – tki po roku treningu pociągnie 70 kg na ławce a w przysiadzie może doczłapie do setki.

Chemik przywiązuje duża wagę do swego wyglądu, bo tańczy jako chipendales na dyskotekach, wieczorach panieńskich i imprezach integracyjnych. Jak wywinie biodrem i zdejmie podkoszulek słychać ino pisk.

Chemik ma naprawdę na imię Tomasz ale ochrzciliśmy go w „Pytonie” Chemik.

Bral już wszystko co współczesna chemia dała. Raz nawet wrzucił w siebie ruskie sterydy dla koni wyścigowych.

Cud, że przeżył. A po tych ruskich sterydach mięśnie rosły mu tak szybko, że dostał krwawych wybroczyn pod skórą. Wyglądał jakby go ktoś solidnie obgotował w gorącej wodzie, a później podsmażył na patelni.

„Pyton” to nie fitness club, tylko regularna siłownia. Kwiat polskiej młodzieży w garniturach tu nie chodzi. Za to za jednym razem poznasz wszystkie dresy z całej okolicy. I jak cię jakiś troglodyta na ulicy zaczepi, to nie po to aby dać w ryj tylko się kulturalnie z kolegą przywitać.

Wygląda toto jak połączenie hali fabrycznej z wypaśnym hotelem z polowy lat 90. 

Dużo błyszczących rzeczy.

Ten styl już minął. Ale jest sauna, sporo ławeczek i sztang (dobrze) oraz mało maszyn (mało maszyn dobrze, dużo maszyn – źle, dużo maszyn = fitness club dla gejów). Mam tu swoją szafkę, opłata jest w miarę przyzwoita a siłownia pięć minut jazdy samochodem od pracy. To czego chcieć więcej?

– Strzała Chemik.

– Strzała Czarny!!!!

Chemik siedział rozparty na ławeczce i machał potężną żylastą nogą odzianą jak lokalny zwyczaj nakazuje w białe skarpetki i klapki adidasa. Podaliśmy sobie łapy, zgodnie z kolejną niepisaną regułą, która nakazuje aby wchodząc na siłownię podać ręce każdemu.

Nawet początkujący frajer jeśli tylko chodził regularnie dostępował tego zaszczytu.

– Czekaj chwilę pogadamy tylko, leszcza uświadomię – Chemik spojrzał lekceważąco na stojącego w nabożnym skupieniu kolesia, jeśli mnie oko nie myliło koło 20 roku życia. W ręku notatnik i długopis.

Bo jak bez notatnika i długopisu przyjść na wykład do guru? No, po prostu kurwa nie wypada.

Leszcz na szczycie wielkiego nochala trzymał niewielkie okulary. Był lekko zgarbiony i wyglądał jakby przeszedł intensywna kuracją odtłuszczającą. Znając talent Chemika gość miał szansę przytyć w ciągu pól roku ze 20 kilo. Samych mięśni. I dostanie cycki Cameron Diaz. Co by nie mówić będzie chłopak samowystarczalny…

– Na początek dianabol. Łykasz tablety po 10 miligramów przez cztery tygodnie. Jasne? Przybierasz dwa kilo na tydzień i rośnie ci siła – Wyjaśnił leszczowi Chemik. – Kumasz?

Frajer nabożnie pokiwał głową.

– Notuj młody! Notuj! Do tego musisz brać Proviron po 25 mg dziennie. To żeby nie mieć fal gorąca i żeby cycki nie rosły. Później przechodzisz na testosteron. Na masę po 500 mg na tydzień. Mało bo to początek ale pamiętaj, że zawodowcy jak ja biorą po 2,5 tysiąca. Jasne? 

Frajer znów energicznie pokiwał łbem.

– Notuj leszczu kurwa, żeby później problemów nie było. Od testosteronu kurczą ci się jaja więc bierzesz HCG dwa razy w tygodniu po 500. Equipoise przez 10 tygodni po 400 mg na tydzień żeby woda ci się w ciele nie zatrzymywała. Equipoise jest łagodny. Więc się nie martw jak ci włosy zaczną wypadać włosy i dostaniesz pryszczy na plecach i ryju. A i Nolvadex koniecznie. Chyba, że chcesz mieć cycki?

Frajer ruchem głowy zaprzeczył, że nie chce.

– Tak myślałem. W zależności od cyklu od jednej do czterech tabletek dziennie. Maść na rozstępy….Masz maść na rozstępy? 

– Mam.

– No to się smaruj i dobrze będzie. Chemik walnął frajera w plecy. – I pamiętaj bez rozstępu nie ma co ????

-???

– Postępu idioto!!! – dopowiedział Chemik. A frajer się skrzywił, bo go chyba plecy rozbolały.

– Co ja się mam z tymi leszczami – Chemik westchnął ciężko. – Nic słuchać nie chcą. Mówię smaruj, bierz tablety osłonowe a oni w dupie wszystko mają. Chcieliby mieć wszystko bez bólu i od razu. Jeden przyszedł do mnie z reklamacją. Mówi, że brał i chuj. Nic mu nie urosło. Mięsnie tak samo płaskie jak były. Pytam frajera – teścia brałeś? Brałem. To jak kurwa mogłeś nie urosnąć? Ile razy w tygodniu ćwiczyłeś? A wiesz co on mi na to?

– No?

– To, jak biorę sterydy to ja muszę jeszcze ćwiczyć? To mięsnie same nie rosną????

Chemik pokręcił głową a na twarzy miał wyraz w bezbrzeżnego zdumienia.

– Kurwa co za debil! Wszystko by chcieli od razu. Żadnego wysiłku! Zdegenerowane pokolenie mówię ci… – pokiwał ze smutkiem głową. – Dzieci netu i kremu nawilżającego. Nic tylko przed kompem siedzieć i pornole oglądać. Co za ciecie.

Zastygnęlismy na moment w milczeniu bolejąc nad niską kondycją kolejnych generacji. Chemik pierwszy przerwał milczenie. 

– A u ciebie Czarny jak osiągi? Ile ty teraz bierzesz na klatę?

– 95 na serię. W szczycie. 

– A na raz?

– Na raz? 120.

– 120?

– 120.

– Cienko Czarny.

– Cienko. Pokiwałem ze współczuciem dla własnej miernoty. 

Obaj westchnęliśmy boleśnie aby jeszcze raz pochylić się nad moją słabizną.

– Dieta, odżywki?

Chemik ewidentnie próbował mnie zmotywować do działania.

– Dieta ? zapytałem z odrazą na pysku.

– Gotowany kurczak, ryż, białka jajek… Same zdrowe rzeczy – wyjaśnił.

– Nie dzięki. Wzdrygnąłem się z obrzydzeniem. – Nie masz jakiejś diety gdzie można jeść spaghetti? I steka? Bo bez spaghetti i steka to ja pierdolę.

– Musisz na narty Czarny się przerzucić. Tam można żreć makaron – pouczył Chemik.- Siłownia jak mówią to królowa sportu. Tu trzeba się dobrze odżywiać a nie jeść jak ty jakieś gówno. Chyba, że chcesz trochę cudownych pigułek. Od razu ci siły przybędzie. Dla Ciebie znajdę coś specjalnego… 

– Boję się zatrzykow Chemik. Od przedszkola się boję. Miałem traumatyczne przeżycia. Pielęgniarka była zbyt gruba albo igła była zbyt gruba – już nie pamiętam.

– Nic Czarny z Ciebie już nie będzie – Chemik znów westchnął ciężko.

– Wiem, wiem. W pracy cały czas to słyszę – stwierdziłem beztrosko. – Żeby mi się tak chciało tutaj przychodzić jak mi się kurwa nie chce, to by Pudzian za mną sztangi nosił. Ewentualnie mogliby tutaj jak w fitness clubach motywatorki zatrudnić. Wiesz 90 w biodrach, 100 w biuście. – Wyobraź sobie leżysz na ławaczce a tu nachyla się nad Tobą takie długowłose cudo, w obcisłej koszulce, z takim wycięciem żeby było widać ze trzy – czwarte cycka – rozmarzyłem się na jawie. – I szepcze: pchaj mocniej. Chemik! Człowieku! Nie skoczyłaby ci motywacja? 

– Czarny ty byś chciał żeby ci jakaś laska na siłowni loda po prostu robiła.

– Daaaaaaa?! A Tobie nie?

– Nie – przyznał się Chemik z lekkim wstydem.

– Jak to kurwa nie?

– Nie chce mi się. Nie mam ochoty na dupy. Nie wydymałem nic czekaj policzę… – Chemik odginał palce szeleszcząc po cichu pod nosem. – Od pół roku.

– Trzęsiesz chociaż bagietą?

– Że co?

– Trzęsiesz bagietą, brechtasz serdla, dusisz flaka, kręcisz tuleje, pompujesz budyń, gładzisz węgorza… – popisałem się erudycją.

– ??

– Trzepiesz?

– Aaaaa. Nie chce mi się.

– Co? Proszę? – jęknąłem. 

– Nie chce mi się, bo teraz fazę klimakterium mam.

– Że co kurwa masz?

– Raz mi zimno, raz gorąco. 

– Może ty Chemik do lekarza idź hę??

– Pojebało cię – Chemik wyraźnie się oburzył. – A bo to pierwszy raz? Człoooowieku. Ja już takie przygody miałem, że to się to pod żadną długością i szerokością geograficzną nie mieści. Raz dostałem od Chinoli na targu takie tablety, że po nich smoka widziałem!

– Smoka?

– Smoka. W kuchni kurwa. Jajka mi z lodówki wyżerał pierdolony!! 

Pomyślałem, że Chemik po raz pierwszy w swojej farmaceutycznej karierze spotkał się z LSD. Ale zdecydowałem się wiedzę, zatrzymać dla siebie.

– Fale gorąca masz, dymać ci się nie chce?? Jak dla mnie stary to powód aby do lekarza iść. Na reanimację. Nie wiem do sportowego idź. Oni na pewno wiedza co robić jak ktoś żre sterydy łychami. Praktykę mają.

– O to nie wszystko – Chemik najwyraźniej lubił opowiadać o swoim stanie zdrowia. – Z kojarzeniem mam jakieś jazdy. Obczaj mam takie momenty, że stoję w miejscu – Chemik zastygł na moment i powoli poruszył głową – i przez minutę zastanawiam się co ja miałem zrobić???

– Kurwa człowieku zbastuj z tym koksem. Dymać nie możesz, myśleć nie możesz. Po co takie życie?

– 230 już na klatę robię. Jest git. Organizm mam przyzwyczajony. Teraz mam górkę treningową, za trzy, cztery miesiące trochę poluzuję, odsapnę i znowu do boju. Poza tym Ziomek kobiety tylko rozpraszają. Nie można się przy nich skupić na naprawdę ważnych rzeczach. Cały czas czegoś chcą. Mistrzem w swojej dyscyplinie zostaniesz tylko żyjąc jak mnich. Każdą sekundę swojego czasu trzeba przeznaczyć na samodoskonalenie się. Uwierz mi. Albo trening! Albo dupy!

– Chyba wole dupy – rozłożyłem ręce. – I uwierz mi Chemik to nie był trudny wybór.

– Jak chcesz – Chemik chyba się trochę obruszył. – Ja tam cię ostrzegałem. Ja mam plan.

– Taaa? Jaki?

– Dojdę do 250 na klatę. Zarobię na tym kręceniu dupą trochę jeszcze kapusty i założę agencję ochrony. Ale nie dziadziów po 70 ale prawdziwych ochroniarzy. Takich jak ja. Silnych i kumatych. Żadnych łysych w beemach. Będziemy gwiazdy ochraniać. Piosenki, filmu, i inne kurwa. Daj mi jeszcze dwa lata. Ja robię wszystko cierpliwie krok po kroku. Już mam część kasy odłożonej.

– To ile odłożyłeś? 

– Prawie pół bańki.

– Fiuu – gwizdnąłem. – Powodzi ci się. To ile ty bierzesz za te chippendailing?

– Jak jestem panie jak Linda Ewangelista. Poniżej tysiąca zeta to ja z łóżka nie wstaję. Dobra ja idę na saunę się trochę podgrzać. Walcz dzielnie Czarny! Bądź jak Tommy Lee Jones w Ściganym! 

– Będę!

– Ty Chemik. Tak po zastanowieniu a może ty se Viagrę kup co?

– Czarny ty wiesz ile Viagra kosztuje? 6 dych za tabletę. Wiesz ile można za to teścia kupić?? Albo wachy do mojej Beemy? Tfu – Chemik splunął na wykładzinę.

Chemik spłynął na saunę ja zostałem z żelastwem które miałem pchać, wyciskać i miętosić.

Ciekaw jestem jak na Chemika zareagowaliby ludzie ode mnie z pracy. Olga pewnie by z nim poszła do łóżka. Marian oddałby mu portfel i poprosił o litość. Gustaw z Krzyśkiem nazywaliby go przygłupem ale tylko między sobą bo w kontaktach face to face to lizaliby mu tyłek.

Na Pytonie poznaję sporo podobnych dekli jak Chemik.

To odświeżające. Parę dni temu widziałem tu na przykład Dziadka. Gnom ogrodowy. 50 parę lat i metr pięćdziesiąt wzrostu. Duża masa i rzeźba na brzuchu. Szacunek bo to trudne w tym wieku. Stoimy razem w szatni. Widzę kolesia pierwszy raz w życiu więc spokojnie targam sie ręcznikiem po jajach i szykuję do wyjścia. 

Dziadek stanął przed lustrem. Ogląda swoje odbicie i się pręży jakby tam co najmniej Rocco Siffredi zobaczył. W końcu zadowolony mówi chyba do mnie, bo nikogo innego nie było.

– Sypiam z osiemnastkami, kasę mam, wygląd też.

Spoglądam na niego zdziwiony ale nic. Naciągam gacie.

– Jedno mnie boli – Dziadek ciągnie niezrażony monolog. – Dlaczego kurwa one mówią do mnie dziadku?

Dziadek poklepał się po twarzy. Ja ze znakiem zapytania na twarzy zakładam koszulę. Dziadek w tym momencie się rozpogodził, 

– Ale jak je przelecę to już do mnie dziadku nie mówią!

No i gdzie znajdziecie drugiego takiego zawodowca?

Sesje na siłowni są nieskomplikowane. 

Poniedziałek: klata, biceps, łydki, brzuch.

Wtorek: plecy, nogi, brzuch. 

Czwartek: Barki, triceps, brzuch.

Piątek: klata, biceps, przedramiona, brzuch.

Na jedną partię mięsni cztery ćwiczenia. Jedno ćwiczenie to cztery serie. Serie robię po 8, po 10 albo po 12 powtórzeń. Jest to równie ekscytujące jak oglądanie lesbijskiego seksu między pływaczkami z byłego DDR. Hej po namyśle oglądanie pływaczek mogłoby być bardziej ekscytujące.

Na siłownię powinienem przychodzić cztery razy w tygodniu ale mi się po prostu nie chce. Jak dobrze pójdzie zjawiam się tu trzy razy w a bardziej realistycznie dwa razy. Nie chodzę tu, bo lubię ten sport. Chodzę, bo muszę.

Gdyby mi dupa nie rosła a mięsnie utrzymywały się w sposób automatyczny, w takiej samej pozycji wierzcie mi moja noga tutaj by nie postała.

Siłownia to kolejne ogniwo w moim turnieju pod tytułem: jak skutecznie spalać kalorie po godzinie 22. Kobiety maja pod tym względem łatwiej. Olga dajmy na to śniadania je normalne. Jajecznicę z czterech jajek na boczku. Plus dwa croisanty z czekoladą. I litr coli. Ale obiad je i od razu rzyga. Kolacji nawet nie tyka. Wieczorem zamiast wina czy piwa pije tylko wódkę. Jak twierdzi jest mniej kaloryczna, a poza tym wytrąca wodę z organizmu.

Ja muszę stosować bardziej zaawansowane metody – nie ukrywajmy, facetowi żyjącemu w klatce dla brojlera w biurowcu dupa może rosnąć w postępie geometrycznym.

Nie piję coli, w ogóle nie tykam fizzy drinków. Nawet wódka ma być z sokiem a nie spritem. Nie żrę batonów. Czyli Snickers, Mars, Bounty na śmietnik historii. Jeden skurwysyn ma 500 kalorii.

Czekolada, lody, ciasta, cukier – zsyp. 

Herbata spierdala, nieważne słodzona czy nie. Tylko woda.

Kawa przez słomkę i najlepiej mrożona – mniejsza jest przy tym szansa że zrobi osad na zębach. 

Wyroby z ziemniaka lądują tam gdzie miejsce ziemniaka- w piwnicy. KFC i Pizza Hut – dwa razy do roku. Na urodziny i w rocznicę pierwszego seksu.

Kebab o 3 nad ranem przy Marszałkowskiej won. I tak można dostać tylko sraczki i poplamić ciuchy. A poza tym można jeść możesz prawie wszystko. Oczywiście pod warunkiem, że zaliczasz po te 10 godzin ćwiczeń tygodniowo. Ja w swoim pojebanym życiu leciałem już na wszystkim. Joggingu, boksie, squashu, wspinaczce górskiej, krav madze i Burger Kingu. Mój problem polega na tym, że jestem niestały i szybko się zniechęcam.

Sport to zdrowie tak?

Od squasha i biegania napierdalają mnie kolana. Od krav magi mam krzywy palec wskazujący u prawej ręki (nastawiłem go jednym ruchem a później boksowałem dalej). Mam blizny na bicepsach, pod okiem, na powiece, i nieustannie siniaki na goleniach.

Na siłowni staram się siedzieć nie więcej niż godzinę piętnaście. Ja wiem, że są tacy co siedzą dłużej ale ja nie odpoczywam po pięć minut między jednym ćwiczeniem a drugim, tylko płynnie przechodzę od jednej maszyny do drugiej.

Brzuch jest najbardziej przerąbany. Zapuścić go można w miesiąc. Doprowadzić do ładu – trzeba kurewskiego samozaparcia. Biceps możesz machać raz w tygodniu a i tak po pewnym czasie urośnie. Podobnie z klatą czy nogami. A brzuch trzeba katować minimum cztery razy w tygodniu po kwadransie a optimum to sześć. 

Ja zrobiłem brzuch dzięki aerobicznej szóstce weidera, która powinna się nazywać będzieszzdychałzbóluwyłimialochotępierdolnactopojebanećwiczeniehenhendaleko  ###@@@!!!######!!!!!!

Ale muszę przyznać jest skuteczna. Cykl trwa 42 dni i nawet na Pytonie znam może 10 osób, które dociągnęły ją do końca. Dochodzi do takich przegięć, że od 20 dnia budzisz się rano i zaczynasz myśleć, że wieczorem czeka cię 20 minut zginania się i podciągania nóg i to nie jest fajne, bo psuje ci haj.

Weidera jednak skończyłem? Skończyłem. I zamiast flaka mam kratę. Ale ile mnie to kosztowało to wiem tylko ja.

Azaliż powiadam wam nic nie równa się temu momentowi na siłowni, kiedy skończyłeś ostatnia serię i możesz powlec się do szatni. Powlokłem sie więc do szatni. Drżący. Zmęczony. Przekrwienie mi ustąpiło i jestem jak 12 sekund po orgazmie. Zbliżam się do mitycznego pojęcia szczęścia. Ściągnąłem przepocone ciuchy. Wrzuciłem je od razu do torby, dorzucając gratis sportowe buty. Wziąłem ręcznik i klapki.

Teraz sauna i do domu. Będę 22.30.

Umyłem się pod prysznicem. Nie jestem w końcu chamem, żeby spocony pchać się do sauny. W sumie to idiotyczne , bo zaraz i tak będę się pocił ale według savoir vivre jesteś dżentelmenem jeśli robisz określone rzeczy w określonej kolejności. Robisz kupę – myjesz ręce.

Uprawiasz seks, wracasz do domu.

Wchodzisz niespocony, wychodzisz spocony. 

– Mam nadzieję, że skubańcy jeszcze pieca nie wyłączyli– pomyślałem markotnie.

Markotnie, bo ostatnio żeby rachunki za elektrykę niższe płacić potrafili piecyk odłączyć już o 21, tak że koło 22 było jak latem na plaży nad Baltykiem..

Zamiast 90 ledwo 50 stopni.

Obejrzałem jeszcze podejrzliwie swój brzuch w lustrze, czy przypadkiem zbyt duża ilośc steka i frytek nie odbiła się fatalnie na jego kondycji. Nie było źle więc klap, klap poczłapałem do sauny. 

Chemika już dawno nie było.

W saunie siedziało za to marzenie producenta pornoli. Blond z pasemkami w różowym ręczniku. Z krwistoczerwonymi pazurami jakby rozdzierała nimi kurę gołymi łapami. Zgodnie ze schematem powinienem ją teraz wychędożyć i porzucić rozpaloną w saunie. Ale sorry rozczaruje was dupa kompletnie nie w moim typie. Kojarzę ją od kilku miesięcy.

Jak przyszła była odrobinę puchata ale za to miała warunki z przodu i tyłu. Teraz wygląda jakby trochę ją wklęsło. Jakby z D do B zjechała. Jak dla mnie gorzej. Pewnie sprzedaje żel do włosów albo przepaski na włosy.

– Dobry –powiedziałem na wejściu.

Zamknąłem drzwi. W miarę szybko aby ciepło nie uciekało.

– Cześć – odpowiedziała blondyna

Poczłapałem do ławeczki. Siadłem na dole, bo było ciepło. Jakby było zimno siadłbym na górze, bo ciepło zgodnie z pieprzonymi prawami fizyki, które usiłowała mi wbić do głowy pani Chmielowska z liceum szło do góry.

– Ciepło dzisiaj – powiedziałem z wrodzonej uprzejmości, żeby jakoś zagaić i nie wyjść na chama.

Zgodnie z klasykiem zespołu Piersi.

Ja w domu telewizor Sony mam

Video Sanyo, na kompakcie gram A

Nie jestem cham

Nie, nie, nie, nie jestem cham

Ja domy mam dwa i cztery auta

Nie jestem cham !

 

– Nagrzali. Gorąco jest – zripostowała bystro blondyna.

– Dobrze dla nas. Nie zawsze im się to zdarza. Ile jest?

Blondyna spojrzała na termometr. – Coś koło setki.

– Ostro. Ostatnio jak tu byłem to było jak latem w Łebie.

Panna zachichotała i zrobiła usta w ciup.

To część oficjalną mieliśmy już za sobą i mogłem spokojnie położyć się na dechach z fińskiego świerku. Co też zrobiłem. Starając się nie myśleć zbyt intensywnie kto pocil się w nie pięć minut wcześniej. Ale szczotką która leżała w rogu kabiny sauny bym się już nie wyszorował. Nie potrafię aż tak kastrować wyobraźni. 

Szukamy zen. Uwaga adin, dwa, tri, cietyry…

ZENNNNN

Jestem pieprzonym kwiatem lotosu na pierdolonej tafli jeziora. 

ZENNNNN

Leżę, kwitnę i się pocę.

ZENNNNN

Kątem oka widzę, że laska ma problem i chce zagadać ale coś nie może się przełamać.

Zlewam ją. Liczy się:

ZEEEENNNNN

ZEEEENNNNN

Zacząłem zastanawiać się jakie cycki ma Edyta Górniak. Ze słodkich marzeń wyrwał mnie głos blondie.

– Ten blondyn z którym gadałeś długo go znasz?

Kurwa. I po co się odzywasz kobieto? Po co zakłócasz mi błogi spokój? Why? Why? Why?

– Tak?

– Ten blondyn wiesz co z nim gadałeś? No, wiesz który. Taki wielki. Długo go znasz?

Podniosłem głowę z dech.

– A Chemik? Nie wiem, dwa lata? Widujemy się tu czasem. A co podoba Ci się?

– Lubię takich dużych gości. Nie patrz na moment dobra?

Blondyna zręcznie zrzuciła z siebie ręcznik i rozłożyła go na ławce. Jednym susem położyła się na brzuchu wystawiając krągły a przede wszystkim nagi tyłek na działanie temperatury.

Spojrzała w moją stronę upewniając się, czy widziałem jej akrobacje, czy jestem w stanie przełknąć ślinę i czy mam na tyle silną wolę aby oderwać wzrok od jej pośladków.

Chciałbym powiedzieć że moja wola była dostatecznie silna.

– Wolny? – zapytałem, przełykając ślinę.  

Zastanowiłem się moment czy sztanga i siłownia to wystarczający substytut kobiety na stałe. Wychodziło mi że nie bardzo.

– Nic nie mówił żeby wyrwał coś ostatnio – spróbowałem ostrożnie.

Kąciki ust drgnęły mi w uśmiechu. Pohamowałem sie z trudem. No dobrze jestem trochę złośliwy tak?!

– Choć muszę cię uprzedzić Chemik ma pewne problemy…

Zwisa mu!!! La la la Zwisa mu !!! la la la la Zwisa mu !!!! Impotent !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

– Khem ze sobą…

– Pedał?

– Nie. Ale wywiesił białą flagę na maszcie.

– Nie poszło mu z jakąś??

– Ciężko mi wypowiadać się za kogoś ale chyba ćwiczy solo. Musisz sama zbadać jego stosunek w tym zakresie.

– Zrobię mu loda i się od razu przełamie – blondyna uśmiechnęła się lubieżnie.

Szczera kobieta. Cenię takie.

– Może i tak. Może i nie. Brzmi to jednak przekonująco – dodałem pośpiesznie, co by nie urazić kobiety.

– Może ja lepiej podleję kamienie wodą.

Zszedłem z półki, poprawiłem ręcznik. W kącie stało drewniane wiadro. W środku drewniana łyżką. Wzialem łyżkę i podlałem obficie po rozgrzanych kamieniach. W powietrze walnęła wielka chmura pary wodnej. Taka, że mi dech zaparło.

Blondyna zaczęła chichotać pod nosem.

– Co tam?

– Nie, nic.

Chichra się dalej.

– No powiedz, no.

– Nie bo mi głupio.

– Mów!!! Przecież wiesz, że teraz już ci nie odpuszczę.

– Jak byłam dzieckiem sikałam na transformator z prądem. Wtedy też taka para leciała… I takie fajne ogniki były. Niebieskie. 

– Lałaś na transformator z prądem??

– No.

– Serio?

– Serio.

– Wow. 

Zarechotałem wyjątkowo szczerze. Głównie do wspomnień. Lanie na transformator wydało mi się równie zabawne jak stawianie kloca w wodzie z deski windsurfingowej.

A kloca stawiałem nie dalej jak rok temu. No, może trochę ponad rok. Wyjechałem z Kurą na Mazury. Był długi weekend majowy czyli Marks, wódka, Konstytucja, rzyganie, ja miałem 34 dni wolnego a firma inspekcję pracy na karku.

– Las, piwo, zwęglona kaszanka z grilla tego mi trzeba. Trzeba odpocząć od smętnej atmosfery napiętych szturmówek – pomyślałem.

Kura pracuje jako senior copywriter w agencji reklamowej i w ogóle jest miłym kolesiem. Pedałem o czym wiedzą wszyscy jego znajomi ale on się nie przyznaje i w sumie nikomu to nie przeszkadza. Ma 2 m wzrostu, zarośniętą klatę a w barach jest szeroki jak szafa gdańska. 

Między pedałami są podobno panny i faceci. Myślę że jak Bóg ma poczucie humoru to Kura jest właśnie panną, która się nadstawia i jęczy, bo w rzeczywistości wygląda na 1000 proc. macho. Do momentu kiedy nie kładzie mi ręki na kolanie wszystko jest w porządku.

Lubię jeździć z Kurą na Mazury i robimy to przynajmniej dwa razy do roku. 

Jest droga – Warszawa – …. gdzie Kury starzy mają chatę, jest muzyka – US3 pierwsza płyta, bo w trakcie jazdy potrzebne jest coś speedującego, są ciemne okulary, bo tak nakazuje folklor. Każdy z daleka musi widzieć że jesteś twardym gościem a nie byle burakiem, za kierownicą Saaba rocznik 99.

Droga kojarzy mi się z amerykańskimi filmami z cyklu on the road again. Koleś rzuca wszystko: prace, klatkę dla brojlera, bony z sodexo, automat do kawy.

Idzie do banku wyjmuje całą kasę jaką ma i rusza w podróż. Śpi w motelach po 20 dolców za noc gdzie rośnie grzyb na firance prysznicowej a karaluchy zapieprzają po podłodze robiąc sobie manifestację w obronie praw pracowniczych. Tak jak w Thelma and Luise, Duets albo Easy Rider. 

On podrywa kelnerkę z przydrożnego baru. Ona jest miłośniczką klasycznej poezji amerykańskiej na wyrywki cytuje Whitmana i oczywiście marzy o tym, żeby zostać modelką w Big Apple. Ewentualnie chce otworzyć sklepik z psim żarciem i wieść życie proste i nieskomplikowane, obserwując dajmy na to gwiazdy.

W filmie obowiązkowo musi być scena kiedy on zadzierając łeb do góry mówi: to jest wielki wóz. O to! Wiesz to z lewej strony.

Na co ona odpowiada: – Skąd wiesz [wstawić trzepot rzęs]?

– Studiowałem dwa semestry astronomię.

Tylko że astronomia to godziny jebania o fizyce na poziomie zaawansowanym a nie żadne patrzenie w gwiazdy. 

Nic to i tak jedzie się fajnie.

Kura wziął wtedy ze sobą deski. Znaczy się ja miałem się uczyć a Kura jako instruktor miał mnie uczyć. Czyli mieliśmy nie tylko pić jak zwykle.

Dojechaliśmy – 14.02, rozbebeszyliśmy auto. Zjadłem pierogi z jagodami babci Kury. Wypiłem dużego Żywca w barze nieopodal. Popatrzyłem na cycki młodej wczasowiczki, która przyszła z rodzicami do baru zjeść rybę.

Westchnąłem. Wypiłem małego Żywca.

Przyszedł Kura. Babcia ewidentnie go zmęczyła bo miał wyraz wyparcia na twarzy. Wypił dużego Żywca. Spojrzeliśmy na siebie. Nie było sensu przedłużać. Na jeziorze wiała 4. Może 5.

Kura wziął deskę i wiosło od kajaka. Wiosłem miał mnie napierdalać w celu wyrobienia odpowiednich odruchów. I postawy na wodzie. W przerwach miał nim machać aby dopłynąć na desce w moje okolice. Wziąłem najszerszą deskę od Kury. Można zresztą po tym poznać na wodzie czym szersza deska tym kolo jest bardziej początkujący.

Wleźliśmy na wodę. Za bardzo zimno nie było. Zdziwiło mnie to. 

W początkowej fazie nauki człowiek robi za boję i koncentruje się na wpadaniu do wody i wyciąganiu z niej żagla. Ja byłem po początkowej fazie ale niezbyt daleko. Potrafiłem postawić żagiel i płynąć. Bez zwrotów. Jak wiatr mocniej dmuchnął mieliło mnie i wpadałem do wody. Kura podpływał, krzyczał i napierdalał mnie deską. W sumie fantastyczna rozrywka. Pływaliśmy tak ze dwie godziny.

W końcu zachciało mi się srać. Do brzegu było daleko. To i nasrałem do wody. Ot cała historia. 

Spojrzałem na rozradowaną blondynę dalej kontemplującą młodzieńcze przygody z transformatorem.

– Dobra historia mi się przypomniała. Mam takiego kumplę Kurę. Jest właścicielem agencji reklamowej – podkoloryzowałem. – W ogóle miły koleś, chociaż pedal. 

– Pedał?

– Ano pedał.

– Nie lubię pedałów – wyznała bez wstydu blondyna. – Psują rynek.

– Ten jest w porządku. Kolo jest instruktorem windsurfingu, miał mnie poduczyć paru sztuczek.

– To on jest właścicielem agencji czy instruktorem windsurfingu?

– I tym i tym. To znaczy, na życie zarabia robiąc zdjęcia a pływa dla przyjemności. Cicho! Ja mówię nie? No. 

Laska zamachała potakująco albo z dezaprobatą nogami. Nie interesowało mnie to. Wolałem brzmienie swojego głosu.

– Zeżarłem przed wejściem do wody pierogi z wiśniami, wypiłem małe piwko i idziemy do wody. Pływamy, pływamy Kura mnie napierdala tym wiosłem.

Plecy mam czerwone. Dupę całą poobijaną. Czuję, że siniaki będę leczył jeszcze ze cztery tygodnie. Ale stoję dzielnie na tej desce na środku jeziora.

Czuję się … No jakoś mało rześko się czuję.

I w komiksach by narysowali WTEM!!!! czuje bulgot. W żołądku. Wiesz takie totalne pierdut, które robią kichy gdy zaczyna chcieć ci się srać.

Blondyna zachichotała. Zarechotałem do wtóru.

– Myślę oho! – browar czy pierogi??

– Raczej pierogi – blondyna ciągle była błyskotliwa.

– Ja post factum obstawiam browar. Jakiś taki mało nagazowany był – wyjaśniłem. – Czuję pierwszy bulgot, czyli organizm daje mi jakieś 10 minut zanim puszcze bengala albo eksploduję gównem Tomahawk w celu.

Do brzegu w pytę daleko. Dookoła zresztą same plaże a ciężko wywlec się na lad i spuścić gacie podczas gdy grono wczasowiczów będzie bić brawo i domagać się powtórki. Nie mam czterech lat i na tyle mocnej psychiki. 

– Moja kumpela jak była na imprezie to z jednej strony srała na kibelku a z drugiej rzygała do miski.

– Double – double. Twarda zawodniczka. Ale ona miała chociaż kibel. Jak się na wodzie zachce komuś lać ok. Trzaskasz w gumowa piankę która masz na sobie i wszystko wypływa nogawka. Spadasz do wody, cztery ruchy rękoma i jesteś czyściutki i pachnący jak noworodek. Zesrać się w gacie jednak nie mogę.

Wyglądałoby co najmniej niesymetrycznie. Wielkie zgrubienie na czarnej dupie. Wyjdę na plaże i która mi da? Gościowi, który najwyraźniej ma hemoroidy mutanty i śmierdzi gównem??

– Ja bym Ci nie dała – Blondyna znów zachichotała, dając się uwodzić memu niepowtarzalnemu poczuciu humoru. Oppss.

– Nie dziwię się. Myślę – nic to. Wytrzymam. Płynę do brzegu. Już niedaleko. Żyły na czole mi wystają. Można policzyć spokojnie puls. Zaciskam zęby. Żagiel – 6,6 metra. Mówiąc po ludzku w chuj wielki. I ciężki. Co chwila ląduje w wodzie bo nie mogę się skoncentrować. Żeby folię z wody wyciągnąć trzeba co zrobić? No?

– ??

– Ech dziewczyno ty tylko w machaniu nogami jesteś dobra. Spiąć się trzeba. Mięśnie zacisnąć. Dla zwieraczy to tragedia. Nic to. Trzymam. Żagiel złapał trochę wiatru. Robię balet w powietrzu. Noga w górze. Druga noga w górze. Kozioł. Jebnąłem się głową o kant deski. 5.0 – wartości artystyczne. 4.8 technika. Sędzia z DDR wstrzymał się od głosu. Jestem w wodzie. Nie wytrzymam – myślę. Główkę już widać. Ściągam gacie. Łapami trzymam się deski. Właśnie mija najpiękniejsze 30 sekund mojego życia. SRAM! I wiesz co było dalej?

Blondyna rozszerzyły się ze zdziwienia oczy.

– Co?

– Jak to co? Wciągam gacie! Gówno dryfuje w moją stronę! Macham łapami w tempie Otylii. Olimpijskim! Wchodzę na deskę. Obcieram pot z czoła. Byłem na kursie kolizyjnym. Do brzegu spacerkiem. Siadam na plaży. 

– I co to już koniec?

– O, żeby to był koniec to ja byłbym szczęśliwy. Ale nie znowu bulgot. Kałdun mi puchnie. Deska pod pachę. Przyspieszam kroku. Pośladki zaciśnięte. Drobię jak gejsza. Lecę do domu Kury. Deskę jebłem na trawę na podwórku. Do kibla wpadam razem z drzwiami! Siadam. Gówno leci ze mnie tak, że zginam się w pół. Wpierw twardziele, grube jak ręka niemowlaka. Później zupa grzybowa. Godzina jak nic. Wstaje zbolały. Nie mówię, że wiem co czuje kobieta gdy rodzi. Ale byłem blisko. I słuchaj teraz jest najlepsze. Kibel jest starego typu. Ze zbiornikiem na wysokości dwóch metrów żeby woda miała rozpęd. I z tzw. podstawką na gówno. Patrzę i oczom nie wierzę. Bite i szarpane cztery kilo. Jak krowa na łące.

– Masz osiągnięcia.

– No. Podcieram dupę i spuszczam. Naciskam przycisk i co??? 

-????

– I to było kurwa najtragiczniejsze – roześmiałem się do wspomnień. – Zbiornik od kibla był stary. Wiesz lata 60, żeliwny, podwieszony na dużej wysokości. Jak woda z niego leciała to ino z wizgiem!!! I woda poleciała. sruuuu!!!!!!! Prześlizgnęła się po tej tamie z gówna, zabrała ze sobą trochę i wywaliła mi to wszystko na zdjęte gacie. Całe spodnie miałem obsrane.

Blondyna zaczęła dusić się ze śmiechu. I rechotać. I znowu się dławić. I płakać. 

– O Jezus Maria ja ne mogę – zawyła ze śmiechu.

Cycek jest wyszedł spod ręcznika jednak bardzo obiecująco.

– I co zrobiłeś – zaczerpnęła z trudem tchu.

– Jak to co? Zrezygnowałem z pływania na desce.

– Gówniana historia.

– I to jak – uśmiechnąłem się do Blondyny.

– Dobra, ja idę się myć. Powiesz Chemikowi, że chce go poznać?

– Jasne.

– No mam nadzieję.

Blondyna zeszła z półki trzęsąc niewielkimi cyckami mniej więcej 40 centymetrów od mojej twarzy. Zatrzymała sie przed drzwiami i przez minutę obwiązywała się ręcznikiem. Tanie ale skuteczne.

– Ale wiesz Czarny – Blondyna zrobiła usta w ciup.

– No?

– Zawsze możesz spróbować umówić się ze mną przed Chemikiem.

Mówiąc te słowa Blondyna zamknęła powoli drzwi kręcąc przy tym tyłkiem. W sumie to się już zgrzałem – pomyślałem. – Ale posiedzę jeszcze pięć minut. Lepiej żebym na nią nie wpadł przy wyjściu. Bo gdzie ja będę na siłownię ganiał jak ją przelecę? Chyba kurwa na Pragę.

Wyciągnąłem się z powrotem na deskach. Ciepło. Błogo.

ZENNNNN.

Gdzie ja byłem? Aaaa cycki Edyty Górniak. Krągłe cycki. Ciekawe czy są robione czy naturalne?

6442047455_7442380cea_b

Photo by Lucia Garcia/CC Flickr.com

30 uwag do wpisu “Brakujący rozdział „Pokolenia Ikea”

  1. Nie dziwię się że wywalili ten rozdział, za to dziwię się że w ogóle to napisałeś i że kogoś takie rzeczy śmieszą. Zwłaszcza kogoś „na poziomie” w wieku powyżej 20 lat. Ohydztwo i gówniarstwo (nomen omen) po prostu :]
    Ale jak widać nawet i na takie opowieści można wyrwać kobitę.. i sama już nie wiem czy to świadczy (marnie) o niej czy o narratorze czy o obojgu naraz 🙂

    Liked by 1 osoba

  2. A tę poprzednią wersję książki zamieściłeś gdzieś? Czy właśnie to te odrzucone strony/rozdziały znajdują się na blogu?
    Blog był przed książką czy po?
    Czy standardowo-był blog, potem książka i trzeba było (kazali) wykasować bloga i wrzucać jedynie ochłapy w oczekiwaniu na kolejną książkę?
    Będą jeszcze książki czy już koniec?
    To prawdziwa historia? Faktycznie rzuciłeś robotę? (czy jedynie marzenie które zrealizowałeś tylko na kartach książki)
    Dopiero co skończyłam dziś czytać drugą część i zakończenie chyba mnie trochę wkurzyło. Wątpię by było realne. O ile w Twoim przypadku taka decyzja wzbudziła zaskoczenie szacun itd, to w przypadku Olgi już zbyt naciągane to było (i trochę głupie z jej strony.. no ale zakochane kobiety robią różne głupoty).
    I co? Teraz żyjecie miłością, kasa wam niepotrzebna i takie tam?:) Ty piszesz, ona na kasie w Robaczku i jesteście szczęśliwi? No i oczywiście przewartościowałeś wszystko i zacząłeś być wierny?:)
    Pytam poważnie. Ta książka to fikcja czy autentyczna historia Twoja (i Olgi)?
    Trochę wątpię by ktoś po 30tce kto liznął luksusu i „takiego życia”, zadowolił się zwykłym prostym życiem bez kasy, luksusów, za to z jedną kobietą..
    Choć z drugiej strony nie jest powiedziane że rzuciłeś na amen robotę i żyjesz jedynie z tych dwóch wydanych książek.. Prawnik pewnie zawsze znajdzie jakąś fuchę. Czy to że prawnik itd to wszystko zmyślone by nikt nie rozpoznał, nie pokojarzył etc?
    Czy wprost przeciwnie. Same fakty i nie miałeś nic przeciwko by znajomi rozpoznali Ciebie i siebie?

    Przed chwilą skasowałam komentarz w którym się rozpisałam a teraz znowu się rozpisuję..
    No trudno. Wysyłam już teraz to co jest. Choć pewnie odpowiedzi na większość pytań to tajemnica?
    No nie bądź taki:) Tyle czasu straciłam na czytanie i na ten komentarz (a jeszcze blog przede mną) to Ty chociaż te 3min na odp możesz poświęcić. Na szczerą odp oczywiście:)
    Pozdrawiam

    Lubię

  3. Eeee to wszystko było już na blogu, tym starym, na bloxxsie….. Swoją drogą juz wiem dlaczego tam dostęp jest zamkniety – by nie tracic materialu na kolejna część, już w PI2 bylo mnóstwo rzeczy z bloga….. a szkoda bo kiedys postanowilam przeczytac wszystkie archiwalne notki….zostalo mi jakies 40 kiedy tu bum… blog ohasłowany i koniec, a bylam tak blisko… i to złamalo mi serce 😦

    ale jak widać nadal tu zaglądam 🙂

    Lubię

  4. Dobre jak zawsze… Twarz mnie boli od śmiechu 😀 Jak wtedy, kiedy czytałam ten fragment z Mazurami w książce.
    Ja tam CIĘ mogę czytać bez końca. Tak trzymaj Czarny 😉 I pisz, pisz, pisz… 🙂

    Lubię

      1. Aha niema odwagi bo podaje inicjały i to zmienione .uważa
        Czytelników za mało rozgarnietych .jedno się nie zmienia wulgaryzmy w pisaniu i fakt żarty gowniane ,gowniarskie co dziwne bo wiek autora bluzgow zbliża się do polwieku

        Lubię

  5. Czarny, ja pierdole przecież to jest stary ogrzewany kotlet.To juz było! Czy tutaj już nic się nie znajdzie dla starych czytelników?!?!?

    Lubię

  6. pewnie, ze bylo, dawno temu na bloxie, ale takiego cie wlasnie lubie czarny, dobrze ze jednak czasem tutaj zagladam, szkoda ze zrezygnowales z takiego pisania…

    Lubię

  7. „To mój prezent dla was najwierniejszych czytelników za te kilka lat, które spędziliśmy razem.”.
    No to ładny prezent. Coś co już było publikowane, i co równocześnie jest z najniższej półki(tak, wiem, że ”
    zesrał się” i „wypier… się na skórce od banana” to nieśmiertelne gagi dla plebsu).
    Testujesz, autorze, ile shitu może być w bullshicie żeby ktoś nadal jęknął „mniam”?

    Lubię

  8. „Normalny facet” który po roku treningu nie pchnie na ławce 100 i nie weźmie w przysiadzie minimum 130 to jest miętką fają a nie żadnym facetem. Tzn że albo jest chory, albo się opie***alał zamiast ćwiczyć, albo odżywiał się głównie w śmie(r)ć donaldzie.

    Lubię

  9. mlask.
    Czarny wiesz co?
    Nudny się robisz. Weź się dla starych czytelników wysil bardziej. A nie tam odgrzewane pierogi serwujesz. Z piwem. Bo to ani śmieszne , ani miłe.
    I nie wydawaj trzeciej części PI.

    Lubię

  10. Każdy kto napisał coś więcej niż trzy zdania na blogu wie, że niektóre swoje teksty po prostu się lubi. Tak już jest z pisaniem, że trzeba lubić to co się pisze. Jeśli autor wraca do czegoś po kilka razy, to właśnie dlatego. Bo jemu się ten tekst podoba.

    Owszem, można marudzić, narzekać na odgrzewane kotlety i pierogi, na powtórki z bloxa na niski styl i wulgaryzmy. Nie zmieni to faktu, że autor ten tekst lubi bardziej niż inne i dając go w takiej formie naprawdę zrobił prezent.

    Inna sprawą jest to, że nie każdy prezent bywa trafiony. Co ja myślę o tym rozdziale? Dobrze że nie było go w książce tak jak na blogu, choć tekst o smoku wyżerającym jajka z lodówki Chemikowi zawsze mnie bawi.

    Lubię

  11. Czy tylko mnie nie bawią takie historie o sraniu? To nie było zabawne ani przez chwile, raczej żenujące i nie wiem na jakim poziomie musi być laska, żeby śmiać się z czegoś takiego.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s