Dzień w pracy był chujowy jak nieszczęście więc postanowiłem pocieszyć się sauną i basenem. Pojechałem na warszawiankę wskoczyłem do środka i machnąłem pięć długości kiedy wsadziłem babie koło 50 – tki, w jednoczęściowym czarnym kostiumie i czepku palec.
W oko. Z precyzją której by pozazdrościć amerykański Predator w trakcie lotu bojowego nad Pakistanem. Kobieta zawyła boleśnie i spojrzała na mnie ze skrajnym oburzeniem.
Przeprosiłem bardzo grzecznie. Właśnie robiłem trzeci nawrót gdy poczułem jak moja stopa zagłębia się w brzuchu faceta za mną. Gość zgarbił się z bólu i przeklął parszywie moją matkę i całą rodzinę do czwartego pokolenia zarzucając nam kilka chorób psychicznych oraz głęboki niedorozwój.
Nie ukrywam, że zrobiło mi się przykro. Zwłaszcza w imieniu matki, która w tym przypadku nie była winna. Wynurzyłem się do pasa. Pan nieco zmienił artykulację i generalnie spuścił wzrok w wodę.
Ponieważ jestem szlachetny a kopnąłem go mocno – przeprosiłem również.
Cały splot nieszczęśliwych wypadków wytrącił mnie jednak z równowagi. Wylazłem z wody i poszedłem się ogrzać do sauny.
Byłem na tyle rozgoryczony, że mogła mnie pocieszyć tylko rosyjska bania albo łaźnia parowa. W jednej i drugiej zazwyczaj nie brakowało urokliwych młodych dziewcząt, które ku powszechnej satysfakcji siedziały bez stanika prezentując społeczeństwu to co najlepszego dostały od matki natury.
Zazwyczaj w dość jędrnej i sterczącej postaci.
Tyle, że dziś w rosyjskiej bani było tylko dwóch panów, którzy trzymali sobie ręce na udach. Nie chciałem im psuć romantycznego nastroju więc po 10 minutach polazłem precz do parowej.
Tam jednak również nie było młodocianych dziewcząt. Była tylko pani której wsadziłem palec w oko. Bynajmniej nie dziewczęca. Albo przynajmniej dziewczęca była jakieś 25 lat temu i 20 kilogramów. Ewentualnie była to jej koleżanka. Nieistotne.
Umknąłem pospiesznie, tak aby mnie nie zauważyła.
Poszedłem na kwadrans do sauny suchej usiłując odzyskać równowagę psychiczną. Ale w środku nie mogłem się już zrelaksować bojąc się kolejnego fuck upu.
Nic to.
Wieczorem byłem umówiony z kumplem na Wilanowie w jego mieszkaniu. Myślę: teraz to się odprężę. Wsiadłem na Ochocie. Taksówkarz nie wiedział gdzie jedziemy. Nie ma GPS tylko mapę. Papierową mapę. Nieaktualną. Bo powiedzmy szczerze po co ci GPS jak jesteś taksówkarzem? Rozprasza tylko.
Nic to kurwa. Zdusiłem to w sobie. Poprowadziłem go na swoim telefonie. Wyszedłem z taksówki. Zły. Dookoła ciemno ,bo wysiadły światła podświetlające blok. W ręku trzymam płócienną torbę. W torbie mam Clontarf Burbon Barrel oraz gorzką czekoladę. Nic tak nie pasuje do whisky jak gorzka czekolada.
Idą z tą torbą, klnę pod nosem na saunę, taksówkarza i ciemności i w pewnym jak się nie potknę o wystającą płytę chodnikową, jak nie wyjebię o beton!!!! (tu koniecznie musi być wiele wykrzykników!!!!).
Spodnie podarłem. Ale butelkę udało się ocalić. Nie ma to jak studenckie nawyki. Oczekuje pocieszenia.





