Negocjacje 2

– Co robimy? – zapytała Olga.

Jakoś idea, że po – czekaj tak właśnie że po już 15 godzinach pracy pójdziemy do domu, weźmiemy prysznic i wstaniemy koło niedzielnego popołudnia nie była dostatecznie zachęcająca.

– A na co macie ochotę? – westchnąłem ciężko.

– Ja bym potańczyła – stwierdziła Olga.

– Potańczyła??? – spojrzałem na nią jak na wariatkę. – Nie miałaś dość tańca w konferencyjnej? Poza tym w tym czymś? – wskazałem na jej granatowym mundur i białą koszulę. Brakowało jej tylko M16 w ręku. Sorry miała blisko odpowiednik, czarną skórzaną teczkę.

– Pytałeś na co mam ochotę – wzruszyła ramionami.  – A poza tym wystarczy jeden guzik. Pod warunkiem, że wiesz gdzie go rozpiąć.

– Niby piątek jest – stwierdziła Marlenka ociągając się nieco.

Malenka doskonale wiedziała jak się tańczy. Jej ciało było muzyką. Jej biodra były muzyką. Jej falujące eliptycznie ręce były muzyką. Jej włosy rozwiane w dzikim szale też były muzyką.

Jeśli istnieje superuniwersalna metoda aby przekonać się jak bardzo szalona będzie kobieta w łóżku zobacz jak tańczy. Spojrzysz na jej cztery, pięć ruchów i już będziesz wiedział wszystko.

Marlenka tańczyła jak zbliżający się sztorm.

Olga inaczej. Była jak tai chi. Każdy ruch prowadził do zaplanowanego celu. Ktoś się miał za nią obejrzeć? Ooo uwierzcie – obejrzał się na pewno.

Chyba, że się mocno wstawiła. Wtedy puszczały jej hamulce. Widziałem to raz. Myślę, że wypowiem się za wszystkich panów, którzy tego dnia byli o czwartej nad ranem w pewnym już nieistniejącym warszawskim klubie. Tak, wszyscy jak leci mieliśmy erekcję.

– To gdzie idziemy?

– Jak to gdzie? Do Klubo – zaproponowała Marlenka. – Chociaż Ty Czarny to już powinieneś chyba zacząć do Dekady chodzić albo Eve.

– Nigdzie nie idę dopóki czegoś nie zjem – warknąłem.

– Warszawskiego kebaba? – zaproponowała uprzejmie Marlenka.

– Mam zasady. Unikam kobiet z różową szminką. Nie kupuję ciuchów w pierwszej cenie. Nie jem niczego co jest z mielonego drobiu, brudzi rękawy i buty – odszczęknąłem

9317_2561

 

Negocjacje

Zaległem na kanapie. Była skórzana i miękka. Idealna na to aby się do niej przytulić i zasnąć. Krawat miałem w kieszeni marynarki. Białą koszulę wyjętą ze spodni a u góry odpięte dwa pierwsze guziki.

Buty mnie piły. Oczy miałem jak podbite. Czułem się jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł a później przywiązał jeszcze za nogę i powlókł po tłuczonym szkle.

Zresztą mniej więcej odpowiadało to rzeczywistości.

Były negocjacje. My, inna kancelaria i klienci.  Coś jak pożar w burdelu tylko wszyscy są ubrani w garnitury i garsonki.

Raz prawniczka drugiej strony tłumacząc mi jak rozumie podatkową odpowiedzialność za skutki umowy kupna pewnej firmy weszła ze mną do kibla. I nie po to aby w zaciszu kabiny dać zdjąć sobie majtki. Wycofała się dopiero gdy ręką pokazałem na pisuar.

Negocjacje mają swoje prawa.

Marlenka usiadła po mojej lewej stronie. Olga po prawej.

Zapadłem się na kanapie. Pochłonęła mnie. Wessała.

– Zmęczony jestem – jęknąłem.

– To tylko 14 godzin – nie marudź – odpysknęła  Olga.

Ona dla odmiany wyglądała jakby właśnie wyszła ze spa gdzie przystojny brunet przez dwie godziny ugniatał jej plecy i pośladki a następnie rozkosznie przedrzemała przez godzinę w trakcie robienia dajmy na to peelingu kawitacyjnego.

Po jej oczach jednak też było widać zmęczenie.  Ale i tak kobiety są silniejsze.

Marlenka? Marlenka po prostu położyła się na kanapie i wyciągnęła nogi kładąc na moich kolanach. Wyglądała jak kot, który znalazł kaloryfer i może wreszcie zasnąć.

– Zaczynasz się kończyć po prostu – stwierdziła autorytatywnie Olga. – Dawniej byłeś w stanie siedzieć tam i 20 godzin.

– Jakie kończyć? Ja się jeszcze nie zacząłem – jęknąłem po raz drugi.

– Chcecie kawy? – zapytała Marlenka. – To mi też przynieście!!

– Nie, już nie mogę. Wypiłem dziś chyba z osiem. Wódki? – zapytałem z nadzieją.

– Nie ma. JO z Marianem wczoraj wychlali.

Sięgnąłem z trudem do kieszeni marynarki.

– Mam jeszcze czekoladę – zaproponowałem. – Chętne?

– Nie, dzięki – stwierdziła Marlenka. – Jeszcze mi znowu w cycki pójdzie.

– Daj kawałek – Olga ułamała sobie mniej więcej jedną czwartą tabliczki gorzkiego Rittera i zaczęła jeść kostka po kostce z regularnością niemieckiego karabinu maszynowego.

Do sali wszedł na moment Krzysztof. Spojrzał na nas na kanapie, poczerwieniał i się cofnął.

– Tak jesteśmy jedną wielką dysfunkcyjną rodziną – stwierdziła Olga. Po czym wsadziła mi rękę do kieszeni i wyjęła resztę czekolady.

2326_5475

CDN

Jak myśli Pokolenie Ikea?

Kiedyś znajoma poszła do łóżka po pijaku z żonatym facetem. Nic wielkiego. Ona była wyposzczona i pijana. I generalnie smutna i nieszczęśliwa. Oczywiście singielka. On przystojny i chętny.

Czyli mamy hedonizm i pogoń za seksem.

Jest blondynką i mieszka na Mokotowie. Pracuje oczywiście w korpo. Czyli taki pół leming. Gdyby mieszkała na Wilanowie to byłaby pełnokrwistym i rasowym.

Nawet głosowała w chwili słabości na Palikota. Znaczy się rozwiązła i jeszcze za małżeństwami gejów. A nawet adopcją przez nich dzieci. Czyli mentalnie jest nie z tego kraju.

Przyjechał do niej, do jej mieszkania kupionego na kredyt rzecz jasna. Przeleciał ją tak że się ściany trzęsły przy tej lampie i materacu z Ikeii.

Czyli oddaje regularnie datki na świątynię.

Aha – sąsiedzi następnego dnia mieli pretensje.

A później ona obudziła się o piątej z bólem istnienia. Pokręciła po mieszkaniu. Obudziła go o szóstej i powiedziała: musisz już iść. Czyli mamy zasady i pragnienie wolności ponad wszystko.

Co on jej odpowiedział? Ale ja mieszkam w Piasecznie! *

I tak wykopała go za drzwi.

*Dla tych, którzy nie są z Warszawy. Piaseczno jest kawał drogi pod miastem.

Spóźnienie

– Wyobraź sobie, że ten BARAN – Olga zaakcentowała bardzo silnie słowo baran. – Że ten baran umówił się ze mną na 20 – tą. Trzy razy go pytałam  czy zdąży i czy mu nic nie wyskoczy? Jasne, zdążę nie ma sprawy – Olga wczuła się w głos pewnego wysokiego chirurga, lat 38.  I co?

– Spóźnił się – pokiwała głową Marlenka.

– Spóźnił się 45 minut!!!! Czekałam jak idiotka przy kinie.

– A co zmarzłaś? – zapytałem.

– W centrum handlowym? – Olga spojrzała na mnie jak na idiotę.

– To o co chodzi? Nie mogłaś pójść dajmy na to na zakupy??? – wzruszyłem ramionami.

– Chodzi o zasady młotku! – prychnęła wściekła Olga. – O brak szacunku chodzi. Czy wiesz – to już było do Marlenki – że on nawet do mnie nie zadzwonił, że się spóźni? To jest naprawdę takie trudne wyjąć telefon i wycisnąć numer??? Albo chociaż wysłać smsa?

– I co Ci powiedział??

– JAK TO CO? A CO TE BARANY MÓWIĄ ZAZWYCZAJ???

– Że nie miał czasu, bo był w pracy – zasuflowała Marlenka.

– Właśnie! Jakby to było jakiekolwiek logiczne usprawiedliwienie!!!! Pięć razy z nim na ten temat rozmawiałem. I co mi odpowiadał? Jasne! Nie ma problemu! Oczywiście będę dzwonił!!! I jeszcze mi strzelił focha, że ja nie rozumiem jego pracy kurwa mać!! Ja nie rozumiem jego pracy???A ja to co niby nie pracuję? Ja mogłam się zerwać na 20 – tą a on bidulek już nie?

– Oczywiście, że to wasza wina.

– Nasza????!!!! – Marlenka z Olga spojrzały na mnie groźnie.

– Oczywiście, że wasza. Wymusiłaś na nim deklarację, o której wiedziałaś że nie ma szansy jej dotrzymać! – wskazałem oskarżycielsko na Olgę. – On o tym wiedział i ty o tym wiedziałaś!

– Nie składa się obietnic bez pokrycia mój drogi – oczy Olgi zapłonęły na fioletowo.

– Och, jestem głęboko przekonany, że mając do wyboru godzinną „rozmowę” na ten temat  to by się zgodził nawet na depilację gorącym woskiem – stwierdziłem szyderczo.

– Kiedy wy się do nędzy nauczycie, że nie robi się takich rzeczy????

– Ech, to akurat łatwe – machnąłem ręką.

– Tak? – Olga z Marlenką nachyliły się nade mną ze skupieniem.

– No w tym samym momencie kiedy wy nauczycie się mówić przepraszam.

??????????????

Karoshi

– Co się mu stało?

– Umarł. Miał skubany 43 lata i umarł. Rodzice do mnie wczoraj zadzwonili i mi powiedzieli.

– Na co?

– Karoshi. Z przepracowania. I wycieczenia. Miał własną firmę. Robił po 70 godzin w tygodniu. Miał dom. Żonę miał. Nawet jej chyba nie zdradzał. Dwójkę dzieci. Q7. We wtorek zabolało go serce. Pojechał do szpitala i umarł. Po prostu. To był brat mojej pierwszej dziewczyny. Pamiętam, dostałem od niego solidnego kopa w dupę kiedy dowiedział się że zdjąłem jej stanik. Starzeje się – stwierdziłem ponuro.

– Tam się starzejesz – powiedziała Ruda i wyraźnym ukontentowaniem pogładziła mnie po klacie a później po brzuchu.

Ruda miała 23 lata i była ruda. Właściwie nie miała cycków ale była niskoproblemowa. Dobrze się przy niej myślało.

– Zakład?

– Dobra – Ruda pokiwała głową na znak zgody.

– Znasz Pearl Jam?

Mina Rudej nie wyrażała żadnych oznak zrozumienia.

– Nirvana? – spróbowałem dalej.

Nadal nic. Ruda ze smutkiem pokręciła przecząco głową.

Ja również.

– Psy? – postanowiłem jej pomóc.

– Chodzi Ci o tego Koreańczyka! – Ruda podskoczyła na łóżku z ekscytacji.

– Nie – machnąłem ręką. – Nie zrozumiesz.Widzisz młoda. Moi znajomi zaczynają umierać. To chyba jestem już stary, nie? Nawet nie pamiętam koloru trzepaka na którym się bujałem przed blokiem. Nie pamiętam jak wyglądała moja wychowawczyni z podstawówki. Nie pamiętam jak wyglądała tam sala gimnastyczna. Co było na podłodze??? Nie pamiętam co miałem w trzeciej klasie liceum z matematyki. Jakie majtki ściągałem z dziewczyn numer trzy i cztery. W co się spakowałem przyjeżdżając tutaj? Przyjechałem sam? A może przywiózł mnie ojciec? Nie ma już knajp w których piłem na pierwszym roku. Nie ma nawet już tych fast foodów. Kiedyś w Warszawie jadałem w Taco Bell. Nie ma już Taco Bell. Od dawna nie ma. W przyszłym roku będę więcej mieszkał tu niż w P. Anita Lipnicka – że wszystko się może zdarzyć śpiewała w 1996 roku.  17 kurwa lat temu!!!!

Spojrzałem na Rudą. – Rozumiem. Nie wiesz kto to jest Anita Lipnicka.

0320_dc1d