Co to w Polsce jest godne życie, poza zakupami w Biedronce i Lidlu bez patrzenia na paragon (na koniec zagadka, która zryje ci beret)

Cichaczem nadeszli do nas quittersi.

Quitter kończy robotę dokładnie po ośmiu godzinach, bierze czapkę i idzie do domu, dajmy na to truskawki sadzić, szukać chwilowych uniesień seksualnych (ty szukasz łobuza, ja myślę o arbuzach), czy po prostu oddawać się swoim pasjom. Czyli BDSM w domu, a nie w robocie. Na zebraniach siedzi cicho. W życie firmy się nie angażuje. W pracę też nie. Po godzinach zostawać nie ma zamiaru.  

W końcu trzeba być ostro walniętym, żeby w robocie siedzieć po godzinach, trąc excela, aż on tryśnie, skoro można w kosza pograć, albo wino nad Wisłą ze znajomymi zrobić. 

Quitter wykonuje polecenia, ale nie robi nawet o milimetr więcej, niż jest wymagane, i bajo. Wraca do domu i o robocie nie myśli. Bo praca jest po to, aby wpadały PLN-y. 

Oczywiście dla pracodawców jest to podejrzane, perfidne i niebezpieczne, niczym curling aktami w firmowej toalecie. (Czy wspominałem, że mój druh serdeczny w trakcie chwilowej pracy w ZUS grał w rugby z kumplami, rzucając segregatorami, a jak jakiś kwit z nich wypadł i się zagubił, to machali lekceważąco rękami, mówiąc: najwyżej interesant se doniesie? To wspominam). 

Quittersi to najczęściej rocznik 1995 wzwyż, którzy dopiero zaczynają robotę.

O kozojebcy, jak oni tak mogą, no jak?! Zamiast gryźć laminat, zamiast cieszyć się owocowym czwartkiem, oni śmią mieć fochy. 

Czytaj dalej