Supermodelka Linda Evangelista za miesiąc skończy 60 lat. Jej życie jest jak baśń, w której ktoś nagle rzucił klątwę (gdybym, rzecz jasna, wierzył w takie rzeczy).
10 lat temu Evangelista poszła na serię zabiegów CoolSculpting. Polega to na tym, że zamraża się komórki tłuszczowe, które następnie powinny być naturalnie wydalane przez organizm. I tak zazwyczaj jest. W 99 proc. przypadków.
Evangelista była jednak wyjątkiem.
Zamiast spodziewanej redukcji tkanki tłuszczowej, obszary poddane zabiegowi zaczęły puchnąć i twardnieć. A później tłuszcz zaczął rosnąć, tworząc zdeformowane, twarde guzy.
Z księżniczki nagle zaczęła rodzić się bestia.
Ten efekt uboczny ma swoją nazwę: PAH, czyli paradoksalna hiperplazja tłuszczowa.
Zaczęły się operacje przerośniętej tkanki tłuszczowej, cięcia i liposukcja. Ich rezultaty były jednak dalekie od pragnień.
Evangelista bała się spojrzeć w lustro. Zamknęła się w domu na kilka lat. Wytoczyła proces firmie Zeltiq Aesthetics, twierdząc, że nie ostrzegła wystarczająco pacjentów o ryzyku. Że zabieg zrujnował jej karierę supermodelki, skutecznie wykluczając ją z branży mody. Że czuła się „brutalnie oszpecona”. Że miała głęboką depresję.
Domagała się 50 mln dolarów. Ostatecznie w tej sprawie zawarto ugodę.
Ale to nie był koniec klątwy.