Frank Farian potrafi śpiewać. Na rynku muzycznym w rodzimych Niemczech idzie mu nawet całkiem obiecująco. 

Ma jednak jedną, jedyną wadę. Wygląda jak pomocnik murarza na budowie, po dwóch lufach i paprykarzu szczecińskim na trzech. Trochę zasłania to fryzurą, ale nie zrobi specjalnej kariery jako wokalista. On uważa, że to dlatego, że nigdy, ale to nigdy nie będą do niego wzdychać kobiety. 

Prawda jednak jest taka, że nie chodzi tylko o wygląd: Farian ma charyzmę jak domestos albo niemiecki wurst. 

Zamyka się więc w studiu i zostaje producentem. 

Jeśli ktoś pamięta zespół Boney M. to występowało tam dwóch czarnych kolesi. Farian wymyślił ten zespół. I śpiewał za jednego z nich. A że był biały? Nikt nie jest doskonały.

Farian to jednak autor innego największego w historii muzyki pop przekrętu, który wydarzył się w roku 1989. Ma piosenkę o której wie, że będzie hitem. Nagrywa ją z kilkoma profesjonalnymi muzykami. Którzy mają jednak jedną wadę. Nie wyglądają. Frank znajduje więc dwóch bezrobotnych modeli Roba i Faba, którzy prezentują się wręcz rewelacyjnie. Że nie potrafią śpiewać? Oj, nie czepiajmy się szczegółów.

Tak powstaje grupa Milli Vanilli.

Zespół występuje na żywo, choć bardziej prawidłowym byłoby określenie tego, jako tańczenie do muzyki lecącej z playbacku. Piosenka „Girl You Know It’s True” jest w Niemczech hitem, czego Farian się spodziewał

Jest jednak hitem też w całej Europie. I staje się hitem w USA. A za nią kolejne piosenki z tego samego albumu. A tego Farian w ogóle nie brał pod uwagę. Sytuacja go przerasta. Rob i Fab stają się gwiazdami muzyki pop, nie śpiewając ani słowa. I dostają nominacje do najważniejszej nagrody muzycznej na świecie: Grammy.

Farian jest przerażony. Rob i Fab również.  Modlą się, aby tylko jej nie wygrać. Milli Vanilli zostaje jednak najlepszym nowym artystą roku 1989. To dla normalnych zespołów powinien być początek. Dla nich jest to koniec. Farian wyjawia sekret. 

– Chcieliśmy być na szczycie. Chcieliśmy być gwiazdami – tłumaczą Rob i Fab. – Ten facet dał nam szansę i ją wykorzystaliśmy. 

Kto by odmówił?

Przykład Milli Vanilli pokazuje, jak bardzo ludzie chcą sławy. Jak wiele są w stanie dla niej poświęcić. Jak bardzo mocno ludzie chcą, aby ich życie miało sens. 

Wszyscy nie mogą osiągnąć sukcesu

Pod jedną z moich ostatnich notek czytelnik umieścił komentarz: „Żeby ktoś mógł osiągać sukcesy inni muszą być planktonem. Wszyscy nie mogą osiągnąć sukcesu. To niemożliwe.”

Pomyślałem: jesteś w błędzie chłopaku. 

Ludzie, owszem, bardzo często uważają, że sukces w życiu jest policzalny. W euro, dolarach, złotych czy jenach. Dużo pieniędzy. Dużo sławy. Luksusowe kosmetyki, luksusowe bryki, dobre narkotyki. 

Dużo darmowych gadżetów.  Kobiety/mężczyźni na wyciągnięcie ręki. Ścianki, artykuły w plotkarskich serwisach. Ludzie o tym marzą i aby to zdobyć gotowi są kłamać, kraść oraz oddawać swoje ciało. 

Kiedy siedzi się dużo w domu, czas płynie zupełnie inaczej. Oglądamy seriale, które wydaje nam się, że już widzieliśmy. Pijemy alkohol, którego ciągle jest za mało (na miłość Boską otwórzcie knajpy, bo zaraz wszyscy wpadniemy w alkoholizm). Przez głowy przewija się lawina myśli. Niepokój o przyszłość. Ludzie zastanawiają się czy podjęte decyzje miały sens. Decyzje odnośnie pracy. Związku. Dzieci.

“Nie ma mnie na ściankach. Nie jestem Tylor Swift. Pracuję w przedszkolu. Zmarnowałam życie?”

Ktoś inny chce być aktorem. Od dzieciństwa o tym marzy. I zdaje do szkoły teatralnej, dostaje się tam, kończy ją i nagle: gra tylko ogony. Na scenie trzyma tylko halabardę. Czy zmarnował życie? Ja jestem pisarzem, tworzę książki. Nigdy nie dostanę literackiego Nobla. Czy to co robię ma wobec tego sens? Czy warto pisać? 

A z drugiej strony pisarka Candace Bushnell, autorka „Seksu w wielkim mieście” – biblii wyzwolonych kobiet – rok temu w wywiadzie dla Sunday Times Magazine powiedziała coś takiego: “Kiedy rozwiodłam się mając 50-kilka lat, zobaczyłam nagle jak bardzo jestem samotna. Ludzie, którzy mają dzieci, posiadają jednak jakąś kotwicę w życiu.”Ona ma zaś tylko karierę. To tak jakby papież powiedział, że nie wierzy w Boga.  

Jaki z tego płynie wniosek? 

To, czy nasze życie jest zmarnowane czy nie, zależy tylko i wyłącznie od naszego wewnętrznego osądu.

Każdy z nas, niezależnie od tego ile ma w portfelu, wcześniej czy później zmaga się z samotnością i strachem przed śmiercią. I nikt nie ucieknie od wątpliwości, czy to co zrobił i osiągnął jest w ogóle cokolwiek warte. 

Czy rzygasz, myśląc o swojej pracy?

Kilka lat temu mój dobry przyjaciel Ufo, od 20 lat zajmujący się sprzedażą przyjechał do bardzo ważnego klienta. 

Zatrzymał się na parkingu, otworzył drzwi od swojego volvo s60, po czym rzygnął. Otarł następnie usta i uznał, że można mówić o pewnym zmęczeniu materiału i niechęci do pracy. Po tym, jak już wytarł usta i przeżuł gumę miętową, postanowił dowiedzieć się, czy może nie wziąć by się za coś innego w życiu. 

Wynalazł specjalistyczną firmę doradczą z ładnymi wizytówkami. Przeszedł długie testy, przeprowadził długie rozmowy, zapłacił za to miliony kruzejros, a na koniec siadł przed szpakowatym dobrze ubranym mężczyzną, który mu powiedział: jest pan typem analitycznym, bardzo dobrze radzi sobie pan z ludźmi, ma wielkie zdolności społeczne, oraz przywódcze, jest pan samodzielny posiada dużą inicjatywę, dobrze pan sobie radzi z rozwiązywaniem problemów, pana kariera jest w dużej korporacji, najlepiej w roli dyrektora sprzedaży. 

Ufo podrapał się po głowie i wrócił do swojego biura, gdzie na drzwiach ma tabliczkę ‘dyrektor sprzedaży’.

Jaki z tego płynie wniosek?

O tym, czy coś jest dla nas dobre, najwięcej wiemy my.

Owszem, możemy się też mylić. Ale również mamy najwięcej danych do podjęcia decyzji. I nikt tego nie zrobi za nas. 

Zawsze pracujesz dla siebie

Mój kolega, nazwijmy go Rafał, posiada wszystkie oznaki stabilizacji. Żonę. Dziecko. Kredyt. Konsolę Playstation. 

Przez dziesięć lat pracował w dużej firmie medialnej. Robił karierę, zarabiał pieniądze. Nagle zorientował się, że zupełnie nie sprawia mu to przyjemności. Rozchodzę to – postanowił. I tak chodził z tym półtora roku, aż w końcu rzucił papierami i odszedł. Znajomi mówili: “Czyś ty zwariował? Rzucać taką robotę?” To się nie mieściło nikomu w głowie. 

Kolega poszedł wymyślać gry. Popracował tak sześć lat. Obudził się pewnego dnia, spojrzał w lustro i nie spodobało mu się to, co zobaczył. Odszedł po raz drugi. Co mówili znajomi? “Czyś ty zwariował? Rzucać taką robotę?”

Czy to były łatwe decyzje? Nie. Żeby coś zmienić, trzeba pokonać strach przed zmianą.

Ten lęk jest paraliżujący. Boimy się zmian, bo mogą wywołać ból, finansowe problemy, zagrozić stabilności rodziny, etc. 

Co nie zmienia podstawowego faktu, który Rafał zrozumiał szybciej niż inni ludzie.

Zawsze pracujesz dla siebie. Nawet jeśli u kogoś innego.

Zawsze w pierwszej kolejności masz brać pod uwagę swoje dobro. 

Twoja wolność zaczyna się w momencie, kiedy możesz bez żadnego problemu zrezygnować ze swojej pracy i nie martwić się czy przez kilka następnych miesięcy będzie za co zapłacić za mieszkanie. Ten stan umysłu jest wart dużo więcej, niż nowy samochód, nowe buty, czy sterta ciuchów.

10 tysięcy dolarów za post

Żyjemy w czasach, kiedy możliwości zostania „gwiazdą” nagle raptownie się poszerzyły. To o wiele łatwiejsze niż kiedy karierę robiło Milli Vanilli. 

Pojawił się nowy zawód: influencer. Czyli ktoś, kto pokazuje swoje życie w Internecie, aby polecać produkty firm, które za to płacą. Ten biznes wart był w ubiegłym roku 6.5 mld dolarów i to nie jest żart. Prawie połowa osób odpowiadających za sprzedaż, jedną piątą swoich budżetów wydawała na influencerów. 

Osoba, która ma milion obserwujących bierze za reklamowy post minimum 10 tys. dolarów. W tym świecie gigantyczną popularność może mieć dzieciak z Koziej Dójki, pielęgniarka z Warszawy, graficzka ze Złotowa, architektka wnętrz ze Szczecina, czy absolwentka liceum dla dorosłych ze Świdwinia.

Ja też tego do końca nie rozumiem, ale, jak widać, po sławę może sięgnąć teraz każdy. Wiem za to jedno.

Kluczowym elementem sprawiającym, że człowiek czuje, że jego życie ma sens jest stan, gdy jest dumny ze swojej pracy.

Owszem, dawniej było o to łatwiej. Wiek temu jak szewc zrobił buty to była to czynność skomplikowana. Kiedy je kończył, był ze swojej pracy dumny. Teraz buty robi się hurtowo w Chinach. Ktoś może co najwyżej do nich przybić fleki. Czy to daje powody do dumy? Może, ale nie sądzę. 

Ale bez dumy z tego, co się robi, trudno w życiu o satysfakcję. 

Liczy się średnia z całej gry

Kiedy byłem dużo młodszy niż teraz, często oglądałem w telewizji NBA. Nie dlatego, że szczególnie lubiłem kosza, (wolę boks i tenisa), ale dlatego, że było to zwyczajnie modne i fajnie się o tym gadało na przerwach. 

Najwybitniejszym graczem w tamtych czasach był His Airness Michael Jordan. Sześciokrotny mistrz NBA, dwukrotny złoty medalista olimpijski. Jordan był doskonałym koszykarzem, ale tytuły mistrzowskie zaczął zdobywać dopiero wtedy, gdy przestał koncentrować się na sobie, a zaczął grać zespołowo. 

W pewnym momencie, jak nam nie wychodzi, trzeba po prostu zmienić metodę. Przyjąć, że to nie jest wina świata i niesprzyjających okoliczności, tylko nasza. 

– Spudłowałem w swoim życiu ponad 9 tys. rzutów. Przegrałem prawie 300 meczów. 26 razy rzucałem do kosza, w momencie gdy zależał ode mnie sukces całego meczu i spudłowałem. 

Ciągle zaliczałem w swoim życiu porażki. I znowu, i znowu i znowu i tak przez całe moje życie. I dlatego odniosłem sukces – mówił. To oczywiście pieprzenie. Tak niewiarygodnie utalentowanych osób o tak gigantycznej motywacji pracy jest niewiele. 

Ale chodzi mi tutaj o coś innego. Ludzie często oceniają swoje życie przez daną chwilę, moment, w którym aktualnie się znajdują. – Skoro teraz jest chujowo, to życie też jest chujowe – myślą (a jeśli jesz schabowego to jesteś kotletem wieprzowym w bułce i jajku). Tyle, że nikt, nawet Michael Jordan nie jest cały czas perfekcyjny. Każdy ma gorszy dzień, gorszy mecz, gorszy sezon. Trzeba więc skakać koło tego kosza i rzucać do niego piłki. Jak ktoś próbuje dostatecznie często, to w końcu zacznie trafiać. 

Liczy się średnia z całego okresu gry.

Liczy się uśmiech na twarzy, chwilę przed tym, zanim złożą nas do trumny i ostatnia myśl: fajnie było. 

Aha. Bądź dobrym człowiekiem nie na Facebooku czy Instagramie, ale w rzeczywistości. To zawsze pomaga. Pomagając innym, tak naprawdę pomagamy sobie. 

jon-tyson-Q_GnkCF1PrE-unsplash
Jak zmienić swoje życie? Na początek uświadom sobie jedną rzecz: czas nas zabija

Epilog

Rob i Fab po ujawnieniu sprawy Milli Vanilli nagrywają płytę, na której sami śpiewają. Album sprzedaje się w 2 tys. egzemplarzy. Rob w 1998 roku umiera z powodu przedawkowania mieszanki leków i alkoholu. Fab ciągle występuje. 

Ufo nadal pracuje w tym samym miejscu, ale zaczął jeździć na Podlasie, aby obserwować zwierzęta. Jak twierdzi – to go odpręża. 

Ostatnio od czasu do czasu mówi o prowadzenie restauracji bądź pensjonatu, choć z jedzeniem go łączy tyle, że lubi żreć, a z pensjonatem, że lubi w takowych spać.

Rafał na moment założył własną firmę. Twierdzi, że pozwoliło mu to odzyskać poczucie kontroli nad własnym życiem. Teraz znowu pracuje dla kogoś, ale robi to z podejściem, że jak nie będzie mu się podobało, to po prostu odejdzie. „Jestem lojalny, ale nie jestem fanatykiem i mam już odwagę, powiedzieć (sobie) dość.” 

Candace Bushnell, autorka „Seksu w wielkim mieście” na swojej książce zarobiła 47 mln dolarów. 

Po wywiadzie dla Sunday Times Magazine odwołała swoje słowa.

 

 

11 uwag do wpisu “Czy chce ci się rzygać, kiedy myślisz o swoim życiu? 

  1. Nie chodzi o hajs, tylko satysfakcję i dumę z tego co robimy. W Polsce człowiek pracuje średnio 8 h dziennie, 1/3 doby! Przykre, gdy ktoś wstaje i już jest zawiedziony własnym życiem bo idzie w miejsce , którego nienawidzi, przebywać wśród ludzi, których nie cierpi, robić coś, co sprawia że jest nieszczęśliwy. Smutne.

    Polubienie

  2. Znam kilka osób, które zostawiły znienawidzoną pracę i zawodowo zajęły się robieniem pieniędzy na swojej pasji. To był największy błąd, bo w ten sposób straciły całą pasję. Nigdy natomiast nie słyszałam o nikim, kto przestawiałby budzik o dziesięć minut wcześniej, żeby móc cieszyć się dziesięć minut dłużej tym, że idzie do ukochanej roboty. Tak to zwykle jest, że zapalamy się do czegoś, wydaje nam się fajne (pisanie np.) a kiedy uczynimy z tego przymus i ciężką, wyrobniczą pracę, to już zmienia się nieco perspektywa. Jeśli ktoś mówi mi „kocham to co robię” i robi to dłużej niż rok, średnio po osiem godzin dziennie, średnio pięć dni w tygodniu, to ja mu nie wierzę. Wydaje mi się, że inteligentny człowiek może swojej pracy nienawidzić, albo tylko nie lubić, bo powtarzalność i rutyna, a zwłaszcza pewnego rodzaju społeczny przymus i oczekiwania, zawsze mocno go przygniatają.

    Polubienie

    1. Zgadzam się z Tobą, w przypadku niektórych ludzi uczynienie z pasji stałego zarbku może być bardziej zabijające niż rutyna w pracy. Śpię spokojniej od kiedy przyznałam się sama przed sobą, że kocham grafikę, sztukę, typografię, teatr, ale nie mogę tego robić zawodowo, bo wtedy to zajęcie traci na autentyczności. Wciąż to robię, ale nie pod publiczkę, instagrama, na pokaz, na sprzedaż, jak można swoje dzieci sprzedawać, swoją duszę? Zaczyna wtedy być to produkt, działanie pod klienta, nie ma w tym nic złego o ile czegoś takiego chcemy. Nie obchodzi mnie jak mnie i moje wybory oceniają inni ludzie, dla mnie są najlepsze. I co z tego, że 10 lat poświęciłam sztuce, po to by na koniec czuć się jak szklanka po brzegi wypełniona wodą, szklanka, z której się ulewa. Miałam dość obrazków istniejących na ekranach przez 3 sekundy, nadprodukcja wszystkiego, wszechogarniającym krzykiem. Być może u kogoś innego inna strategia się sprawdzi. I wiesz co, można z uśmiechem iść do pracy, teraz jestem kontrolerem jakości i od 4 lat wykonuję całkiem inny zawód i nigdy nie byłam szczęśliwsza, a znalazłam się w tym zawodzie przez przypadek i nigdy przez myśl by mi nie przeszło, że ja kiedykolwiek coś takiego polubię i odnajdę w tym powołanie. Doceniam bardzo tę rutynę, odpowiedzialność, oczekiwania, pracuję od 46 do 60 godzin tygodniowo, od niedzieli do piątku i wiesz, mi to pasuje, a po pracy wciąż mam czas na moją sztukę i nie mam wyrzutów sumienia. Napisałam kilka bajek, które teraz ilustruję, dla siebie, dla moich przyszłych dzieci. Miłe to jest uczucie, czuć satysfakcje ze swoich wyborów. Nie wykluczam w przyszłości podjęcia innej pracy, np. zaczęłam myśleć o studiach medycznych dla siebie i dla kobiet, które chciałabym wspierać, bo mnie to interesuje, nie dla kariery. Człowiek wszystko co robi powinien robić dla siebie i w zgodzie ze sobą. Nie wykluczam, że jeszcze z 5-6 razy zmienię zawód i co z tego? Kto mnie z tego rozlicza? Tylko ja sama mam prawo siebie rozliczać. Zerwalam kontakt ze wszystkimi, którzy „dobrze mi życzyli” doradzając, odradzając, komentując, ingerując w moje wybory. Teraz mój dom to moja twierdza i bardzo nieliczne grono ma do mnie dostęp, a mają go, bo po prostu dają akceptację i przyzwolenie na życie jak się chce. Nie komentują, nie doradzają, nie nadzorują, to co u nich się sprawdzi, niekoniecznie jest moim pragnieniem. To właśnie myślę jest spory problem, ludzie zazdroszczą innym tego, że potrafią być szczerzy ze sobą i mają odwagę żyć tak jak im jest wygodnie, a nie tak jak oczekują teściowie, rodzice, znajomi. Pozdrawiam i życzę wszystkim odwagi w poszukiwaniach oraz w podejmowaniu nowych, całkiem nawet irracjonalnych pragnień.

      Polubienie

      1. To fajnie, że jesteś zadowolona ze swojego życia. I faktycznie, masz rację, są i tacy, których rutyna uskrzydla, a raczej daje im poczucie stabilizacji i wewnętrzny spokój, więc tym samym i wolność. Podobnie jak religia, lub inne kajdany, czy okowy. Nie neguję tego, absolutnie. Śmiem nawet twierdzić, że dużo trudniej jest umiejętnie i w zgodzie ze sobą płynąć z prądem, niż tak od czapy pod prąd. Łatwiej jest być popaprańcem, czy innym bezrobotnym nekrofilem, albo psem urwanym z łańcucha, który cieszy się z niecnych procederów i występków, stale tylko obciążając konto rodziców kolejnymi kolegiami, niż człowiekiem wstającym każdego dnia o 6, po to, żeby z radością na ustach, sprawdzać miary, wagi tudzież inne uchybienia przeoczone na taśmie produkcyjnej.
        Ja to bym zawodowo najchętniej buszowala w zbożu, albo odwiedziła Davos-Uzdrowisko, albo Dolinę Muminków, albo „patrzyła na chmury typu cumulus w kolorze białym
        Natomiast niebo byłoby przy tym niebieskie”. Tylko że ja, jestem niestabilna emocjonalnie, więc mnie wypada się do tego przyznawać. 😉

        Polubienie

    2. !00% prawdy. Na szczescie da sie jeszcze cofnac po sparzeniu. Ja tez sprobowalem zyc z pasji, wspinaczki w moim przypadku. Zabieranie ludzi za kasa na Aconcague, czy w skalki Peak District. Szybko zrozumialem swoj blad, teraz naprawiam sobie Tower Bridge w Londynie, a wspinac sie jezdze tylko z przyjaciolmi.
      I tego zycze tez innym. Troche wodki i tanca, troche rutyny, troche sexu lub milosci, troche pasji. Nadwyzka i zawahania procentowe w tych podstawowych skladnikach zycia niekoniecznie oznaczaja szczesliwosc wieczna.

      Polubienie

  3. „Aha. Bądź dobrym człowiekiem nie na Facebooku czy Instagramie, ale w rzeczywistości. To zawsze pomaga. Pomagając innym, tak naprawdę pomagamy sobie.”

    Zważywszy na to jak wiele kobiet – szczególnie młodych – czuje pociąg do samców, których zespół cech osobowości zawiera się w tzw. „ciemnej triadzie” to nie sądzę aby bycie dobrym było receptą na wszystko.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.