Największe kace swojego życia miałem zawsze na Wschodzie. Pamiętam jak ostro zmiękczony, chwiejąc się nieco nad pisuarem, gdzieś na Ukrainie, usłyszałem: “Jebany Polak”. I już, przyznaję, chciałem bić w ryj, za polski Lwów (w końcu rządzą nami trumny), za biało – czerwoną na maszcie, kiedy zorientowałem się, że słowa te nie są skierowane do mnie tylko do nieco osłabionego przedstawiciela naszej nacji, który zasnął na kiblu i obrzygał sobie spodnie. Siedział, ale nadal w ręku trzymał butelkę wódki marki Lex. Pokiwaliśmy z kolegą Ukraińcem z uznaniem głowami nad takowym ordalium, któremu dobrowolnie poddał się ten zawodnik, i wymieniliśmy kilka internacjonalnych uwag o twardych głowach braci Słowian. Po czym umyliśmy ręce.

Pamiętam, jak pewnego dnia w Kijowie zaczął padać deszcz. Mieszkaliśmy tam na pierwszym piętrze rozsypującej się kamienicy, gdzie piętro pod nami przed drzwiami były dwie kamery i długo z kolegą Marcinem dyskutowaliśmy, czy mieści się tam dom publiczny z wyjątkowo bezpiecznym seksem czy po prostu ktoś ma wysoko postawione standardy jeśli chodzi o swoje bezpieczeństwo. Chałupa miała wielkie okno na ulicę i miniaturowy balkon. Siedzieliśmy na nim, piliśmy wódkę, a dookoła lało.

IMAG0117jpg.0

To była taka letnia burza, gdzie woda jest ciepła, noc jest ciepła i masz ochotę wyjść na ulicę, wznieść głowę do nieba i czuć jak po tobie spływa deszcz. W 20 minut na ulicy było wody po pas. Wylewała się z samochodów, ludzie brodzili w niej jak w gigantycznym jeziorze. Studzienki nie wyrabiały. Później przeczytałem, że ulica przy której mieszkaliśmy nazywa się – o zachwycie! – Basenowa. W przypływie fantazji wleźliśmy do tej wody w klapkach, porozmawialiśmy chwilę z przechodzącymi akurat tubylcami, po czym wróciliśmy na górę.

IMAG0121

Kijów. Za chwilę wejdziemy do wody. Będzie jej więcej

I mniej więcej godzinę później ogarnął nas żal odnośnie straconej okazji. Jakiż byłby to wypas, założyć jeszcze czepek, popłynąć do pobliskiej restauracji, wyjąć z gaci kartę i postawić kolejkę całej knajpie. Niestety, wody już nie było. Stracona życiowa szansa, następnym razem nie popełnię tego błędu.

Pamiętam, jak wstałem pewnego ranka w Bukareszcie i na serio zacząłem się zastanawiać czy nie dopadł mnie jakiś pokątny seks analny, który nie wiadomo dlaczego łatwo było przegapić. Okazało się, że coś ugryzło mnie w nocy w dupę i naprawdę bałem się, że to mogły być pluskwy (są dwie siły niepowstrzymane, polski turysta i czerwonoarmista).

Pamiętam, jak raz schodziłem ze schroniska na Piątce w Tatrach, bo spieszyłem się na mecz Euro 2012. Mogłem go obejrzeć w innym schronisku. I mniej więcej w połowie drogi zachciało mi się, hmmm…. Najprościej mówiąc, odczułem gwałtowną potrzebę fizjologiczną. A że ruch ludzi był spory i nie dało się tego załatwić na uboczu, bez ekspozycji pod tytułem ‘jeleń na rykowisku’, to zacząłem biec. Ależ jak ja schodziłem z tej góry!!! W jakim tempie!!!

Śmigałem wręcz po kamieniach. Unosiłem się nad powierzchnią. Nie muszę mówić, że to był mój rekord zejścia. Ostatnie kilkaset metrów pokonałem biegiem. Jakże byłem szczęśliwy że toaleta jest wolna… Nie pamiętam kto grał w tym meczu, ale scenę ze schodzeniem pamiętam. Moi kumple też ją pamiętają.

Pamiętam moment, jak siedzę w małym pubie gdzieś w centrum Lizbony, jest po północy, zamawiam gin z tonikiem, (bo ja zawsze jak nie wiem co mam zamówić to zamawiam dżin z tonikiem) a na minimalnej powierzchni 22-letnia piękna brunetka tańczy salsę z jurnym jak poseł Niesiołowski 65-latkiem w kaszkiecie oraz pięknej klasycznej marynarce w kratę, który przed momentem poprosił ja o taką uprzejmość. I obydwoje zaśmiewają się do rozpuku i bawią przy tym tak, jakby jutro miało nigdy nie nadejść.

Tak, zgadzam się, wiele moich wspomnień jest powiązanych z alkoholem.

Mówi się, że większość ludzkich problemów bierze się z pożądania erotycznego. Zaprawdę odpowiadam, że nie, w większość problemów wpadłem pijany albo na kacu, będąc gdzieś poza domem. 

Ale to wszystko we mnie zostanie. I zdychając będę miał to wszystko przed oczami. 

View this post on Instagram

A ten widok zabiorę że sobą do grobu

A post shared by Piotr C. (@pokolenieikea) on

Ludzie jeżdżą w różnych celach. 

Żeby zrobić jedno zdjęcie.

Psycholog Jacek Walkiewicz, którego bardzo szanuję, powiedział kiedyś coś takiego:

Podróże kształcą? Tak, ale tylko wykształconych ludzi. Ludzie jadą do Egiptu, stoją pod piramidami i mówią: Patrz, jaka niska, wyższa się wydawała. I to jest koniec refleksji na temat 3 tysięcy lat historii. Jadą do Meksyku i na pytanie ‚Jak było?’ mówią: Meksyk jak Meksyk, ciepło było. (…)

Bo teraz często nie jedzie się oglądać, smakować, doświadczać ludzi, jedzenia, etc. Jedzie się przede wszystkim zrobić jedno zdjęcie i wrócić. Żeby inni spojrzeli i zazdrościli. Double tap na insta i lecą serduszka.

Czy podróż bez zdjęcia się liczy?

Czy jeśli się coś zje i nie sfotografuje to zjedliśmy czy nie?

Czy jeśli zjedliśmy i zapomnieliśmy, że zjedliśmy, to byliśmy w danym miejscu i czasie czy nie?

Czy ten kadr utrwalony gdzieś na telefonie czy w chmurze jest ostatecznym dowodem naszej bytności? A może zapominamy pewne rzeczy, bo możemy liczyć na telefon?

Że on nam zawsze przypomni?

Nie wiem.

Wiem, że mi żal takich osób. Jechać po to, aby się tylko pochwalić, że się gdzieś było to jak polizać sutek przez materiał i odejść. Jak za miłość uznać samogwałt. Jak za burgera to co podają w Macu. Tak jakby z książki przeczytać tylko jedną stronę. 

Żeby nie musieć podejmować decyzji.

Wolność to w dzisiejszych czasach możliwość picia nieograniczonej ilości wódki, zażywania nieograniczonej ilości dopalaczy, seksu z kim się chce i możliwość kupienia rzeczy z Vitkaca.

Tak jak to było u Himilsbacha: trzeba dużo pić i jebać, żeby się z nędzy wygrzebać.

Wtedy można pewne rzeczy zagłuszyć. Na moment wyłączyć całe to pogubienie. Zagłuszyć pytania:

w kim znaleźć oparcie jeśli wszystko jest bez sensu? No to seta. Jak sobie poradzić z samotnością? Druga seta i butelka wina do tego. Z presją świata? Piguła.

Jak odróżnić iluzję od rzeczywistości, fejk od marmuru, silikon od ciepła ludzkiego dotyku?

Trochę fety i jakoś pójdzie.

Ja w tym celu wolę jeździć. 

Podróże to sposób na pustkę. Mój ojciec mając 30 lat miał już mnie. Ja, mając 30, lat byłem na etapie: gdzieś tutaj był mój pad od konsoli oraz ostatni kawałek pizzy. W sensie, priorytety jakby się nieco pozmieniały. Dojrzewa się dłużej.

Podróże są odskocznią od podejmowania poważnych decyzji w życiu. Od decydowania. Co dalej. Z pracą. Z kobietą albo facetem. Z zaangażowaniem.

Podróże to sposób na tęsknotę. Za życiem, które minęło, za miłością, która odeszła

Są takie momenty w naszym życiu, które nas definiują. Zazwyczaj jest to szkoła. Później są to znajomi i przyjaciele. A później ludzie zastygają w swoich przyzwyczajeniach. I coraz częściej dostrzegają, że pewne sprawy są już dla nich pozamykane.

Ostatnio rozmawiałem z kumplami przy tatarze i flakach po warszawsku z pulpetami o tym, kiedy wewnętrznie poczuliśmy, że przestaliśmy być młodzi. Padały różne odpowiedzi. Po liceum. Po studiach. Po narodzinach pierwszego dziecka.

Ale ze wszystkich płynął jeden wniosek. Żaden z nas nie czuł się już młody.

Zapytałem niedawno kumpelę o to, czemu jeździ. Odpowiedziała: “Czegoś szukam, przed czymś uciekam, coś znajduję, odświeżam emocje”.

To często tęsknota za niemożliwym.

Bywam smutna przez świadomość, że nic więcej już nie przeżyję.

Pamiętam takie sytuacje ileś lat temu. Moja kamienica na Hożej znalazła się wtedy w rejestrze zabytków i przez długi czas mieliśmy zepsuty domofon. Konserwator się nie zgadzał na coś tam, żeby go naprawić. Kiedy przychodził do mnie J, musiałam iść po niego przez „studnię” do bramy wejściowej. Kiedy zamknę oczy widzę siebie. Mam ciemniejsze włosy i ubrana jestem w czarną sukienkę, dopasowaną w talii, szeroką do kolan. Jestem szczuplejsza i mniej umalowana. Pachnę Black Cashmere Donny Karan.

Wychodzę na „studnię” i czuję zimny wieczór na policzkach. Jest we mnie radość, niepokój, wyczekiwanie, to ulotne poczucie, że oto właśnie dzieje się w moim życiu coś wyjątkowo pięknego. To jest miłość. Idę przez „studnię”, słychać echo moich kroków, jak to tylko słychać na małych podwórkach wysokich kamienic. Nie wiem jeszcze co będzie później. Nie wiem nic o przemocy, bólu i strachu. Idę do niego. Otwieram bramę. Spojrzenie na mnie, moje spojrzenie na niego. Idziemy razem do windy, gdzie trzyma mnie za rękę i odgarnia kosmyk włosów z mojej twarzy. Tak, że pamiętam do dziś jak przechodziły mnie dreszcze i krew pulsowała mi w ustach. Jak wypełniała mnie miłość.  

I ona ma dobrego mężczyznę pod bokiem, ale ciągle gdzieś wewnątrz tęskni za miłością, która odeszła i która już, jej zdaniem, druga taka nie nadejdzie. I aby zagłuszyć ten skurcz żołądka o czwartej nad ranem kupuje kolejny bilet na samolot.

Podróże budują nas na nowo.

Dwa lata temu o tej porze byłem jak bokser po walce z rozbitym ryjem, którego bandażują, a dla pewności jeszcze obwiązują srebrną taśmą power tape, po to, aby nie rozpadł się na kawałki. Zawsze tak jest, kiedy kończę książkę. Przez kilka miesięcy nie mogę dojść do siebie. Nie chce mi się pisać. Chce mi się pisać. Odrzuca mnie od klawiatury. Ciągnie mnie do klawiatury. Ja jestem z tego pokolenia, które jak nie pracuje to ma wyrzuty sumienia. Świetnie nadawałbym się na protestanta i do przybijania różnych tez do kościołów, gdyby nie to, że lubię wino oraz cycki. Whisky też lubię.

Wtedy było jednak inaczej niż zazwyczaj. Naprawdę miałem dość. Myślałem jak w tym memie “I tak gonisz i gonisz te marzenia, a one spierdalają i spierdalają.” Stwierdziłem, że to czas, aby coś zmienić.

I zmieniłem. W następnym roku wypoczywałem najwięcej od 20 lat. W kolejnym tak samo.

Znów zacząłem podróżować. Na razie byłem w 30 krajach świata.  Czasami wpadają mi przez przypadek w ręce zdjęcia z tych wyjazdów. Patrzę na nie i nie wierzę. 

To ja? To naprawdę ja?

Całkiem nieźle wyglądałem.

Taki opalony, szczupły, z włosami.

Wyglądam teraz inaczej, ale i stałem się inny.

Podróże uczą nas otwartości względem innych ludzi. Widzisz nagle, że ludzie są do siebie podobni. Mają te same tęsknoty, te same pragnienia, te same kompleksy. Uczą nas wyrozumiałości. Radzenia sobie z sytuacjami, z którymi wydaje się sobie nie poradzimy. Uczą nas cierpliwości. Bawią. Podróże sprawiają, że nasze horyzonty są szersze.  Że rośnie nasza pewność siebie.

Podróże nauczyły mnie zwracać uwagę na rzeczy naprawdę ważne.

Bo przejmując się wszystkim w naszym życiu doprowadzamy się do stanu, kiedy nie czerpiemy z niego żadnych przyjemności.

Obniżyły moje potrzeby.

Wiem, że auto może być porysowane, bo auto jest od tego aby jeździć i przewieźć z punktu do punktu – nic więcej. Samochód nie musi być luksusowy. Nie musi błyszczeć pokryty ochronną ceramiką.

Dzięki podróżom przypomniałem sobie, że galeria to sklep z obrazami.

Nagle mam wrażenie, że życie na krótki moment przestało mi uciekać. 

Podróże to sposób na złapanie dystansu do siebie

Będąc za granicą zażenowany jesteś nieustająco, i nieustająco wychodzisz na idiotę. Lecz po pewnym czasie ze zdumieniem odnotowujesz, że tak naprawdę wszyscy mają to w dupie, a 15 minut później nikt o tym nie pamięta.

I jeśli uda ci się tę świadomość przewieźć z powrotem do kraju to będzie to wyzwalające.

Jak dziś, pamiętam historię opisaną przez kumpelę u siebie na blogu, która będąc w Londynie wybrała się na kolacje z pewnym rugbistą. Facet zabrał ją do hiszpańskiej restauracji, bo zapamiętał, że uczy się ona hiszpańskiego, a więc doszedł do wniosku, że tapas w takim przypadku i czerwone wino to jest to.

Przy wejściu rugbista stwierdził, że ma rezerwację dla dwóch osób, z tą różnicą, że informacja ta była podana przez niego płynną hiszpańszczyzną, co jest dowodem na to, że szerokie barki nie zawsze wpływają upośledzająco na mózg. I on prosi, że skoro ona się tego hiszpańskiego uczy to może złoży zamówienie w tym języku.

Toteż koleżanka wypaliła do kelnera:

– De primero quiero calamares y como plato principal quiero polla.

Kelner zrobił się lekko blady i mówi już po angielsku, że mu przykro ale tego to akurat w menu nie ma. Więc ona sfochana powtarza jeszcze raz sentencję kelnerowi, rugbysta zaczyna się turlać po podłodze, kelner śmieje się już otwarcie i bezczelnie.

Bo w języku hiszpańskim owszem pollo to kurczak, ale polla to kutas. Więc być może wychodząc przyszłościowo z zagadnienia zamówiła na przystawkę kalmary, a na danie główne kutasa.

Jest co wspominać, nieprawdaż?

Wyjazd gdzieś daleko pozwala przemyśleć różne rzeczy.

Masz tak, że świat cię wkurwia, stres pulsuje w żyłach, czujesz, że tracisz kontrolę nad swoim życiem i przestajesz wiedzieć czego chcesz i kim jesteś?

Spakuj torbę. Potrzebujesz krótkiej przerwy. 

Lubię ten stan, gdy idziesz przed siebie i nie liczy się co masz. Ile masz. Chodzi o to, aby dojść. Coś zjeść. I położyć się spać. Zaczynasz mieć coraz bardziej wyjebane na niektóre rzeczy, dostrzegasz, że nie mają one znaczenia.

Wychodzi się z pewnej sytuacji i staje obok. Z pewnego układu, presji ze strony kumpli, kobiety, faceta, rodziny. Patrzysz z dystansem.

Nagle problemy są mniejsze.

Możesz się zastanowić, czego naprawdę chcesz.

Możesz się zastanowić, za czym tęsknisz.

I za kim.

Tak jak rapował Tede w jednej ze swoich lepszych piosenek, w której pokazywał, że nie jest tylko Panasewiczem rapu.

zawsze gdy siadam gdzieś na końcu świata

zawsze gdy siadam gdzieś na końcu świata

patrzę w dal

wtedy wydaje się tak małe co zostało tam

poukładać jeszcze w głowie muszę tyle spraw

tylko ja i ja

sam na sam.

Podróże nadają nam sens.

Pamiętam jak na ukraińskiej ulicy kupiłem od pewnej starej kobiety, która przypominała mi moją babkę, z 10 kilo jabłek, czyli wszystko co miała, płacąc jej 50 euro, bo to był najwyższy nominał jaki znalazłem w portfelu.

I później szedłem ulicą gryząc jedno z tych jabłek i czułem się tak dobrze, jak dawno się już nie czułem.

Podróże sprawiają, że na nowo odkrywasz to, kim jesteś. Odkrywaj to. Warto.

Mając 80 lat chcę mieć świadomość, że żałuję rzeczy które zrobiłem, a nie tych, których nie zrobiłem. A Ty?

christopher-campbell-39303-unsplash

Photo by Christopher Campbell on Unsplash

14 uwag do wpisu “Jak będziesz mieć 80 lat na karku to czego będziesz żałować? [Najbardziej osobista notka]

    1. Nikt tu nie każe Cię się uzależniać. To tak jakbyś napisał że wole nie próbować alkoholu bo będę alkoholikiem… wszystko jest dla ludzi. Wszystkiego można próbować

      Polubienie

  1. W sam punkt! A dodatkowo podróże, szczególnie te dłuższe, to dobry sprawdzian dla ”przyjaźni”. Okazuje się wtedy, że niektórym ciężko rozumieć i w pełni zaakceptować Twoją potrzebę skupienia się tylko i wyłącznie na sobie.

    Polubienie

  2. Myślę, że autor pisząc o próbowaniu nie miał poza narkotykami jeszcze na myśli: kazirodztwa, kanibalizmu, pedofilii i wielu innych tematów. Raczej chodzi o wychodzenie ze swojej strefy komfortu i ‚zmuszanie się’ – bo ewolucyjnie jesteśmy tak stworzeni, by nie marnować ani grama energii (czyli jesteśmy leniami), stąd nie łatwo czasem się zmusić.

    Polubienie

  3. Weź głęboki oddech, zachwyć się pięknem i prostotą, poczuj te prawdziwe emocje i spokój. Nie trzeba wyjezdzać, „uciekać” od świata, zeby odnaleźć siebie.

    Polubienie

  4. Ostatni grosz oddam na podróż do miejsca, które mnie zaciekawi.
    I to, że nie noszę przy sobie Furli Srurli, nie jeżdżę Audi, czy nie pijam kofi w Starbucks onli mi nie umniejsza. Upokarza mnie fakt, że nie stać mnie na wyczekany wyjazd. I jeśli któregoś dnia poddam się i powiem „pierdolę, nigdzie nie jadę, nie chce mi się” – ubijcie mnie proszę, bo to będzie mój niekwestionowany kres.

    Polubienie

  5. Podróże są fajne, jakkolwiek motyw podróżowania często nie jest jasny dla podróżników – fajnie, jeśli robimy to dla siebie, a nie na pokaz i dla zdjęć, albo uciekając w ten sposób z wynajmowanych lub kredytowanych mieszkań przed pracą, ludźmi i związkami…

    A Lex, to nie marka wódki, tylko gatunek Nemiroffa – jedna z lepszych gorzał świata imho 😉

    Polubienie

  6. Nie dożyję 80-tki, ale niezależnie od tego, ile będzie na liczniku na finiszu, z całą pewnością nie będę niczego żałować. Chyba, że czegoś potwornego, co zrobiłem, a co jeszcze się nie wydarzyło.
    Owszem, mam nadzieję na jakąś jedną, dwie wyprawy podróżnicze – takie po kilka miesięcy miesięcy ale póki co takich nie miałem, a jakieś tam, zanim stwierdziłem że to bez sensu – kilka wylotów na Kanary czy w popularne hotelo-zwiedzaliska po kilku razach odpuściłem całkiem.
    To, co się obecnie nazywa „podróżowaniem” to zwykły element lifestyle. Owszem, rozwija, ale wyłącznie chwilowy „high towarzyski” gdy ludzie wrzucają foty.
    Jeśli chodzi o to, to znacznie bardziej ludzi by rozwinęło przeczytanie kilku książek na temat kultury danego kraju, niż posiedzenie w nim dwa tygodnie w hotelu z basenem lub bez ale jednak wypreparowanym „miejscem dla obcych”.
    W obecnym stanie klimatu i biosfery, jedyne czego można będzie żałować tak realnie za 20-30 lat, to że całkowicie ją zniszczyliśmy i odebraliśmy przyszłym pokoleniom możliwość normalnego życia na planecie, takiego jak je toczyły tysiące pokoleń, wliczając Pokolenie Ikea.
    I tak, między innymi podróżami również.
    Wszystko inne czego byś chciał żałować, drogi autorze, jest tak nieistotne jak puszczenie bąka przez jakiegoś mamuta kilka tysięcy lat temu. Pufnął, umarł i świat przeszedł nad tym do porządku dziennego. Może żałował że się tak przeżarł? Ale kogo to…
    Natomiast końca sensownego życia na planecie nie przeoczymy. Dla co młodszych czytelników tego bloga 80-tka to abstrakcja. Obecne przyspieszenie upadku biosfery nie daje ludzkości tyle czasu na pożegnanie się i zamknięcie spraw.

    Polubienie

    1. Całkiem dobry wpis, nie licząc tej zupełnie zbędnej paniki dotyczącej tej (jakoby straszliwej) degradacji środowiska. Zapewne strasznie stresuje cię problem „globalnego ocieplenia” i inne takie. Zaiste, powiadam Ci: „nie lękaj się”! 😉

      Dla planety Ziemia takie zmiany klimatyczne jakie wywołuje działalność człowieka to pryszcz. I żadne zagrożenie. Zginie może parę gatunków. Powstaną inne, nie pierwszy to raz i nie ostatni… W ogóle istnienie naszej cywilizacji to jest dokładnie to, co napisałeś o kłopotach gastrycznych pewnego anonimowego mamuta… 😉

      Oczywiście pewne zmiany będą odczuwalne dla nas. Ale bez przesady, zmiany klimatyczne nawet szybkie nie następują z dnia na dzień. W dodatku w dużej mierze są naturalne, bo zwyczajnie wciąż wychodzimy z ostatniej epoki lodowcowej. Do jakiej optymalnej dla siebie temperatury dąży Ziemia, tego – póki co – żaden mądrala nie potrafi powiedzieć. Nam pozostaje się tylko przystosować, albowiem po to natura zainwestowała w rozum, a nie po raz kolejny w kły i pazury. Najwyżej będzie nas trochę mniej – to już zależy od nas i technologii którą stworzymy. Na razie wolimy inwestować w smartfony, konsole i rakiety balistyczne. Więc zagrożenie nie jest poważne… 😉

      Warto sobie przy okazji uświadomić, że z epatowania zmianami klimatu i zagrożeniem dla „Ziemi” żyje całkiem sporo ludzi i organizacji. Ale jak trzeba się dogadać w sprawie jakiegoś miedzynarodowego prawa czy akcji to już lipa. Jak trzeba wyrzucić swój własny „supertelefon” do kibla, w ramach wspierania ekologii – to też nie do przełknięcia. Więc może nie bądźmy śmieszni… Sami się kompromitujemy, a do realnych zmian zmusi nas dopiero realne zagrożenie. Może będzie już na to zbyt późno, może zdążymy, a może wcale tego zagrożenia jednak nie ma?

      No i to co zniszczymy, zbudujemy i jak przeżyjemy życie, choćby cudzym kosztem – to jest jednak nasze egoistyczne doświadczenie, które z lubością będziemy wspominać na łożu śmierci: „Patrz, synek – tata wcinał schabowe z prawdziwej świni, a ty nie wiesz nawet jak smakuje naturalnie wychodowane zwierzę. Jedliśmy prawdziwy chleb i mleko, ty tylko syntetyki z soi. Piliśmy prawdziwą wódkę i piwo, a nie te szczyny so sprzedają teraz. Bzykaliśmy prawdziwe kobiety, a nie androidyi wirtuale… etc.” 😉

      Może to okrutne i często głupie, ale nikt nam tego nie zabierze. Jesteśmy egoistami. Facet który wystrzelał 200 słoni czy tygrysów, bo chciał sobie nabić rekord, też nie przejmował się czy zobaczą je przyszłe pokolenia. W końcu co one dla nas znaczą? Tyle co my dla nich – nic…

      Bo czy naprawdę ktoś się przemuje umarlakami sprzed więcej niż 2-3 pokoleń? To tylko Odrobina historii, sentymentu, może jakaś tam spuścizna, wkład w budowę cywilizacji lub jej destrukcję. W końcu wielu morderców swoich bliźnich, zupełnie bez sensu, wciąż zajmuje miejsce na cokołach pomników. A istnienie tego co zbudowali przodkowie, może przekreślić jeden przycisk lub kawałek skały z kosmosu…
      Warto sobie zaprzątać tym głowę? Czy starożytni Grecy i Rzymianie się nad tym zastanawiali i coś w tym kierunku robili? A takiego wała, chlali wino, żarli oliwki i dymali niewolnice. A i tak coś po nich pozostało… 😉

      Polubienie

  7. „Masz tak, że świat cię wkurwia, stres pulsuje w żyłach, czujesz, że tracisz kontrolę nad swoim życiem i przestajesz wiedzieć czego chcesz i kim jesteś?

    Spakuj torbę. Potrzebujesz krótkiej przerwy.”

    Piotrze! Jak to zrobić ?
    Jak sakować się i wyruszyć – jak być samemu ze sobą podczas takiej podróży i nie zwariować ?

    Polubienie

  8. Podoba mi się jak wiele Fromma umieściłeś w tym wpisie i jednocześnie jak fajnie uzupełniłeś to wszystko o swoje doświadczenia pokazując jak można uciekać „do wolności” :). Dzięki za ten wpis.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.